Tekst Jacka Dukaja „Policja eschatologiczna na tropie duszy” (TP nr 27/2008), będący omówieniem mojej powieści „Miasto dusz”, przeczytałem z zainteresowaniem, jako zbiór rozważań o problemach związanych z koncepcją duszy i nieśmiertelności. W kilku miejscach artykuł wzbudza jednak mój sprzeciw, stąd konieczność krótkiej merytorycznej polemiki.
Pierwsze nieporozumienie bierze się chyba stąd, że Dukaj zakłada, jakoby w książce kwestia duszy została ujęta w „rygorze nauk przyrodniczych”, co w konsekwencji rodzi „kolejne pęknięcia logiczne”, i „generuje problem za problemem”. Zwracam łagodnie uwagę, że świat przedstawiony, niedookreślona rzeczywistość tytułowego miasta, w którym żyją bohaterowie dotknięci amnezją, nie jest rzeczywistością porządku organicznego. Jest to przestrzeń specyficzna, tajemnicza, zagadkowa. Cała powieść zasadza się na docieraniu do prawdy o tożsamości miasta, a jego koncepcja wymyka się prostym regułom „istnieje”/ „nie istnieje”, „prawda”/ „fałsz” itp. W żadnej mierze nie możemy tutaj mówić o prostej rzeczywistości przyrodniczej. Przykładanie do literackiego świata powieści „szkiełka i oka”, niczym do preparatu anatomicznego, powoduje zniekształcenie percepcji. Dukaj dokonał złego wyboru narzędzi do rozpracowania i omówienia problemu – stąd pewnie znajdowanie dalszych „skaz w marmurze”, etc. I nie jest to ze strony autora książki asekuracja, lecz zwrócenie uwagi na kilkuwymiarową strukturę powieści, której analiza na jednym („organicznym”) poziomie jest spłaszczeniem treści książki. Zresztą nawet na tym polu odczytane przez Dukaja reguły nie są tak oczywiste. Jedna z postaci wyraża następującą wątpliwość: „Cały ten temat jest nieco śliski (…) Może wszystko jest tylko grą pozorów: bezdusznym wydaje się, że wydalają dusze, a eschatologicznym, że je znajdują. Ktoś tego kiedyś dotknął? Ktoś to widział, sprawdzał? Energia duchowa, zasada zachowania duszy, a wcześniej ten cały Kodeks praski – może to zwykłe parapsychologiczne bzdury, gadki o aurze i tego typu rewelacje…”. Cytat ten zwiastuje pewien zwrot fabularny (szalenie istotny dla powieści), będący przewartościowaniem koncepcji ontologicznej świata przedstawionego. Szkoda, że Dukaj przechodzi nad tym do porządku dziennego.
Po drugie, problem oddzielania duszy od osobowości. Cała idea konstytucji natury ludzkiej przyjęta na potrzeby książki opiera się na wyraźnym trójpodziale: ciało, psychika, dusza. Dusza to nie psychika, stąd po oddzieleniu duszy od ciała możliwe jest dalsze trwanie człowieka w wymiarze wyłącznie psychofizycznym. Zmiany w psychice zachodzą, owszem, gdyż wyrwana z porządku metafizycznego psychika grawituje ku sprawom cielesnym, wiążąc się mocniej z biologiczną stroną człowieka. A książkowa koncepcja samej duszy? Kluczowy dla jej zrozumienia jest fragment, w którym jeden z bohaterów wyjaśnia: „Dusza to metafizyczny podkład, który przez całe życie nasiąka naszą osobowością, na którą składają się marzenia, lęki, ambicje, emocje, sny, myśli i odruchy, grzechy i dobre uczynki. To dusza zabiera nas do nieba albo piekła. Nie jesteśmy nią, lecz ona staje się w jakiś sposób nami – jest niematerialnym nośnikiem naszych indywidualności, które się w niej odciskają, i przez to stajemy się nieśmiertelni – jakby odbici w metafizycznym wzorcu (…) Człowiek nie jest właścicielem duszy. Dusza to umowa z Bogiem, spisana i zapieczętowana. Tylko tyle i aż tyle.” No właśnie. Tymczasem po lekturze artykułu odniosłem wrażenie, że sformułowane w nim zastrzeżenia pomijają powyższy koncept, a autor polemizuje z własnym wyobrażeniem na jego temat.
„Jeśli dusza jest nieśmiertelna, to nie ginie po odcieleśnieniu i zostanie potępiona/zbawiona wedle postępków swoich, nie >pustego ciała<. Bo czy bezduszny może odpowiadać przed Bogiem za swoje czyny?” – pyta dalej Jacek Dukaj. Otóż nie może, i jest to jedno z głównych założeń powieści. Wydalenie duszy prowadzi do paradoksalnej sytuacji: normalnie oddzielenie duszy od ciała oznacza śmierć, a więc Sąd Boży. Natomiast pomysł powieści (jej element fantastyczny) opiera się na dopuszczeniu możliwości oddzieleniu duszy od ciała bez skutku w postaci śmierci psychofizycznej organizmu. Ciało obdarzone psychiką żyje dalej, lecz bez duszy. Dusza nie idzie ani do nieba, ani do piekła lub czyśćca. Dusza pozostaje na ziemi, jako niepotrzebne rezyduum – oto zwycięstwo ruchu bezdusznych nad religią i Bogiem! Ucieczka spod Bożej jurysdykcji, niezależność od zaświatów, gwarancja nicości po śmierci (wszak bez duszy nie można trafić w zaświaty) – to ich główny cel. Ma to charakter metafory – zgoda. Alegoria cywilizacji śmierci i obraz bezduszności jako „hedonistycznej socjopatii” – jak najbardziej. Zbyt łatwo jednak Dukaj wrzuca mnie w pułapkę Wielkiego Inkwizytora, wyczytując z kart książki niechęć wobec samej wolności do błędu. Veto. Sprawa nie jest taka prosta. Czym innym bowiem wolność do błędu, gdy wszyscy podlegamy perspektywie eschatologicznej, a czym innym sytuacja, gdy można tę perspektywę skutecznie wykluczyć. Nazwałbym to wolnością do błędu drugiego stopnia. Bezduszni nie odpowiedzą nigdy przez Bogiem – i to jest główny problem: swoista ucieczka od zaświatów. Nie chcą jakiejkolwiek nagrody czy kary. Zyskują przerażającą – z punktu widzenia wiary – wolność absolutną. Kwalifikacja etyczna ich czynów nie ma sensu. Bezduszni wybierają nie tyle życie wbrew Bogu, co życie z pominięciem Boga. Parafrazując Dostojewskiego („Jeżeli nie ma Boga, wszystko wolno”), mogliby powiedzieć: „Chociaż Bóg istnieje, wszystko wolno” – gdyż dusza wydalona z ciała równa się derogacji Sądu Bożego, jest swoistym ontologicznym immunitetem, wykluczającym odpowiedzialność eschatologiczną. Per analogiam do świata zwierzęcego: zwierzęta, jako pozbawione dusz, również nie podlegają osądowi po śmierci, choć jakąś psychikę (zwłaszcza wyższe ssaki) przecież posiadają. Lecz nie duszę nieśmiertelną! Jeżeli Dukaj przywołuje Mikołaja Bierdiajewa, pozwolę sobie przywołać go również: „Śmierć to przejaw wieczności w świecie grzechu (…) Piekło potrzebne jest nie po to, aby ci, którzy czynią zło otrzymali zapłatę, lecz po to, aby wolność nie była gwałtem zadanym człowiekowi (…) Wyznacznikiem piekła jest wolność a nie sprawiedliwość”. W świecie „Miasta dusz” bezduszni unieważniają tę regułę, choć z drugiej strony potwierdzają ją a contrario – ich ona już nie dotyczy. Zyskując wolność ludzkiego zwierzęcia, okaleczają się straszliwie, gdyż zadają metafizyczny gwałt samym sobie: ograniczeniem ich wolności są tylko możliwości psychofizyczne człowieka, gdyż znika perspektywa życia wiecznego. Udaje im się wyeliminować to, co w teorii prawa nazywa się sankcją nadprzyrodzoną. Co nie może pozostać bez wpływu na moralność. Pascal: „To, czy dusza jest śmiertelna czy nieśmiertelna, musi stwarzać zupełną różnicę moralności”. I znów Bierdiajew: „Śmierć to znak, który wskazuje, że istnieje wyższy sens życia”. To dlatego bezduszność jest tak kontrowersyjnym ruchem społecznym. Wywalczona przez bezdusznych wolność, polegająca na oszukaniu zaświatów, zakuwa ich jednocześnie w kajdany immanentnej niewoli – choć sami nie zdają sobie z tego sprawy. To jest główny pomysł fantastyczny zawarty w powieści na omawianej przez Dukaja płaszczyźnie. A że w jakimś stopniu paradoksalny? Równie paradoksalna jest wiara w zamieszkiwanie nieśmiertelnych dusz w naszych śmiertelnych ciałach.
Czy „Miasto dusz” jest mimowolnym manifestem materializmu? Nie sądzę, choć odczytanie go w ten sposób jest pewnie uprawione w ramach swobody interpretacyjnej. Natomiast omawianie książki z pominięciem koncepcji tytułowego Miasta Dusz – centralnej idei powieści – wydaje mi się dość jałowe. Głównie stąd konieczność niniejszej polemiki. Jacek Dukaj to zauważa, lecz uznaje wprowadzenie do książki owego „ostatniego miasta”, „enklawy nieśmiertelnych”, za niegodną literatury autointerpretację („nakładkę na rzeczywistość”). Jest to jednak zabieg kluczowy dla całej powieści, która powinna być oceniana jako całość. Także łącznie z tym, co zostało w tekście zbagatelizowane jako „ucieczka w Borgesowe klamry à la Biblioteka Babel, wirtualne sny i anamnezje”. Zdaniem Dukaja jest to siatka asekuracyjna autora. Temat na osobną dyskusję, która jednak zahaczałaby o aspekty literackie, a z tym polemizować autorowi recenzowanej książki nie wypada. Poprzestaję więc na powyższych uwagach, odsyłając jeszcze do rozprawki „Sto zabobonów” J.M. Bocheńskiego, w której poświęcono osobny fragment zabobonom dotyczącym duszy. Pisząc „Miasto dusz” pilnowałem się, aby uniknąć zabobonu „reistycznego” i „materialistycznego”, o których wspomina Bocheński. Teraz od Jacka Dukaja dowiaduję się, że nadaremnie… Obstaję jednak przy własnym stanowisku, gdyż wydaje mi się, że rozbrojenie literackiej „bomby teologicznej” Jackowi Dukajowi się nie powiodło. Jestem jednak wdzięczny za próbę krytycznego spojrzenia na warstwę koncepcyjną powieści.
Wojciech Szyda