Od dawna słyszę, że literatura ma trudności z opisem współczesnej Polski. Podobnie zresztą narzeka się na naszych filmowców. „Polska zza okna” wymyka się im, przecieka między palcami; objawia się w karykaturach, pastiszach, można ją ująć tylko w skonwencjonalizowanych ćwiczeniach rzemieślniczych.
Często jednak łatwiej zdobyć się na szczerość mówiąc nie wprost, posługując się alegoriami i metaforami. Spowiedź poczyniona w trzeciej osobie mniej boli. Sekrety, których dzieci otwarcie nie wyznają, pokazują na kolorowych rysunkach. Wyciągnięci wygodnie na kozetce u psychoanalityka opowiadamy fantastyczne sny.
Co opowiedziałaby narodowemu terapeucie Polska AD 2004?
Począwszy od roku 1829, przez kilkanaście lat, w Petersburgu, Dreźnie i Paryżu, Adam Mickiewicz pisał monumentalne dzieło pt. „Historia przyszłości”, w którym prognozował dzieje Polski i Europy w XIX i XX wieku. Powstały co najmniej cztery wersje „Historii”; przetrwały strzępy i relacje z drugiej ręki. Mickiewicz sukcesywnie darł, palił, wyrzucał rękopisy. Wiadomo, że była to rozbuchana fantastyka polityczna, naukowa, społeczna, nawet z elementami historii alternatywnych. Polska urastała do rangi mocarstwa, to znów wpadała pod rosyjską tyranię; Europa stawała się areną barbarzyńskich wojen albo utopią klimatyzowanych miast i luksusowych machin latających.
Czy Mickiewicz naprawdę wierzył w swoje projekcje? Jaki był cel tej literatury? Jeśli w ogóle można mówić o „celu literatury”. Pisał o Polsce prawdziwej – bo akurat nieistniejącej - czy też przez ucieczkę w przyszłość od prawdy o Polsce się bronił? Co z tych fikcji możemy odczytać dzisiaj i co odczytaliby jemu współcześni? Co takiego mógł przekazać, pisząc o Polsce jutra, czego nie przekazałby w żaden inny sposób? Nie był przecież w owej metodzie pośród polskich pisarzy ani pierwszy, ani ostatni.
Sądząc po naszej literaturze, Polska zawsze istniała bardziej w przeszłości i w przyszłości aniżeli w teraźniejszości.
Postanowiłem zastosować analogiczną metodę. Aby zaś uzyskać obraz możliwie pełny – nie ograniczać się do wizji jednego pisarza, lecz zaprosić ich do przedsięwzięcia wielu, możliwie różniących się stylem, doświadczeniem i poglądami. Tak narodził się pomysł antologii „PL +50. Historie przyszłości”.
Pierwszy adres, pod który należało się zwrócić, był oczywisty: autorzy science fiction. I rzeczywiście, ich teksty stanowią większość antologii. Ale przecież chyba każdy posiada pewne wyobrażenia o przyszłości Polski, żywi na jej temat jakieś nadzieje i lęki. Jeśli zaś nigdy ich dotąd nie próbował wyrażać, tym bardziej może teraz zadziwić. Zwróciłem się więc także do pisarzy nie kojarzonych z fantastyką. Otrzeźwiający kontrast zapewnia zaś kilka prób prognoz bardziej serio – Edmunda Wnuka-Lipińskigo, Jadwigi Staniszkis, Lecha Jęczmyka, Zygmunta Baumana.
Dlaczego akurat +50? Wynika ono nie tyle z okrągłości liczby, co z faktu, że jest to horyzont obecnego pokolenia, data, na której załamuje się nadzieja, że ujrzymy tę Polskę. A także, nie da się ukryć, dystans na tyle duży, by właśnie odkleić wizję od kontekstu dzisiejszych uwikłań politycznych. Zarazem jednak nie na tyle wielki, by wyrzucić ją zupełnie z teraźniejszości w ulotne fikcje.
Ma być to „Polska wyłaniająca się zza widnokręgu”.
Moment wejścia do Unii Europejskiej nadaje się natomiast doskonale jako punkt odniesienia dla podobnych projekcji. Kiedy, jeśli nie w takich chwilach, myślimy o przyszłości kraju w kategoriach pokoleń i próbujemy odgadnąć możliwe scenariusze jej rozwoju? Jest to jasna i wyraźna cezura, dzieląca historię Polski na „przeszłość przed Unią” i „przyszłość w Unii”.
Jest czymś więcej – bo nie tylko pustym symbolem – ale zdarzeniem realnie wpływającym na niemal wszystkie dziedziny życia: tu zamocowano zawiasy, na których obraca się nasza przyszłość.
I autorzy równie dobrze, co Polskę po 50 latach rozwoju w UE, mogli pokazać Polskę, która z UE wystąpiła, albo wręcz Unię w rozpadzie; czy jakikolwiek inny wariant, optymistyczny lub pesymistyczny. Nie musiała też ta wizja być (nawet nie chciałem, by była) tematem pierwszoplanowym - raczej spójnym, przemyślanym tłem dla opowieści w dowolnej konwencji, o dowolnej intrydze.
W sumie otrzymałem ponad pół setki tekstów, od karykaturalnych humoresek do obrazów jak najbardziej serio. Najlepsze z nich znalazły się w antologii „PL +50. Historie przyszłości”. Powiada się, że literatura danego narodu potrafi dać wgląd w jego zbiorową podświadomość. Być może więc książka ta pozwoli wejrzeć na moment w Polaków kolektywne lęki i marzenia o przyszłości ich kraju.
Jaka jest pierwsza dostrzegalna regularność i wzór odczytywalny z porównania indywidualnych wizji? Że włączenie Polski do organizmu zjednoczonej Europy stanowi jedynie przejaw – odbicie, przybliżenie - większego, głębszego i zupełnie już niepowstrzymywalnego procesu: globalizacji.
Im wizje bardziej serio, im konwencje bardziej realistyczne, tym mocniej objawia się przekonanie autorów o nieuniknioności procesów globalizacyjnych. Globalizacja jest już postrzegana niczym nadciągająca epoka lodowcowa: konsekwencja bezosobowych praw natury, której ludzkość nie powstrzyma. Sprzeciw wobec niej ma tyleż sensu, co protest przeciwko Słońcu i kosmosowi. Można ją oceniać negatywnie, lecz rozsądnemu człowiekowi pozostaje tylko podjąć w porę odpowiednie przygotowania i przystosować się do nowych warunków.
W prognozach niebeletrystycznych wyrażone jest to dosłownie.
Jadwiga Staniszkis w „Podwójnej pętli” pisze o rządach bezosobowych procedur, które narzuca sama natura wyścigu do modelu maksymalnej efektywności państwa; podobnie nikt przecież nie zadekretował praw ekonomii i nie można ich bezboleśnie zignorować.
Zygmunt Bauman w swoich „Pięciu przewidywaniach” zapowiada kres „państwa społecznego” – wkrótce sens będzie miała wyłącznie „społeczna planeta”. Wszelkie mechanizmy, za pomocą których można rozwiązywać problemy w rodzaju bezrobocia, biedy, głodu, analfabetyzmu, nierówności społecznych – przeniosą się ostatecznie z poziomu państw na poziom gospodarki światowej. Poszczególne rządy będą miały znikomy wpływ nawet na warunki ekonomiczne własnych obywateli.
Edmund Wnuk-Lipiński, opisując w „Strudze czasu” normalny dzień przeciętnego mieszkańca Warszawy połowy XXI wieku, we wszystkim, prócz warszawskiej scenografii, opisuje dzień przeciętnego Europejczyka: znajomi rozrzuceni po połowie kontynentu, podobna obyczajowość, praca na identycznych warunkach, co wszędzie...
Także w większości opowiadań nie odnoszących się do globalizacji, jej składowe pojawiają się w tle jako elementy „przyszłości oczywistej”: dalszy rozwój komunikacji elektronicznej, włączenie Polski w krwiobieg światowej gospodarki, unifikacja kulturowa.
W „Wyhoduj mnie, proszę” Macieja Żerdzińskiego Śląsk nie został zgermanizowany – został zeuropeizowany, zglobalizowany, wyrównały się poziomy kultur. Nastąpiło „pomieszanie języków”: bohater mówi i myśli nawet nie gwarą śląską, lecz jakąś telewizyjną „gwarą McLuhanowską”. Podobnie jak nie istnieje istnieje kraj, w którym językiem ojczystym jest owa międzynarodowa odmiana angielskiego, jaką posługują się spikerzy satelitarnych serwisów i transkontynentalni biznesmeni – tak nie sposób powiedzieć, że jakikolwiek kraj czy naród najechał tu Polskę. Zostaliśmy – zostaniemy - najechani przez świat.
Alegoria Macieja Żerdzińskiego idzie jeszcze dalej: skoro (jak wmawiają nam politycy) górujemy nad materialistycznym Zachodem potęgą ducha, to Zachód, zgodnie z zasadą popytu i podaży, będzie z nas tego ducha sukcesywnie wykupywał – jak najbardziej dosłownie, za dobra materialne. Jeśli bowiem czynimy wartości duchowe przeciwwagą dla dóbr doczesnych, automatycznie zaczynamy mierzyć je tą samą miarą: oddajemy ducha pod rządy praw ekonomii, rzucamy duszę na pastwę wolnego rynku, fluktuacje giełdowe wyważą cenę pakietu kontrolnego Miłości & Nienawiści.
Następny efekt globalizacji wyraźnie widać w opowiadaniach: podział na kilka-kilkanaście procent elity (wykształconej, zarabiającej, posiadającej) i resztę społeczeństwa (niewykształconą, niepracującą, wywłaszczoną).
Stanowi ona zbędny ciężar, z którym nie wiadomo, co począć. Zamknąć w enklawach, gettach? Bardzo zresztą prawdopodobne, że sama się tam zamknie. W moim „Cruxie” blokowiska, zapuszczone przedmieścia, Polska popegieerowskich wsi i miasteczek permanentnego bezrobocia – oderwała się na dobre od Polski „zglobalizowanej”, uczestniczącej w światowej gospodarce i korzystającej z jej dobrodziejstw.
Schizma jest głęboka: kulturowa, językowa, religijna, ideologiczna. Wkrótce coraz mniej wyobrażalne staną się także małżeństwa mieszane, nastąpi podział biologiczny – w Polsce i na świecie - na Podnaród i Nadnaród.
Izolacja bowiem nie jest żadnym wyjściem: odciąwszy się od „globalnego kapitalizmu”, zdegenerujemy się w kulturowych enklawach. Tak dzieli się u Jarosława Grzędowicza w „Weekendzie w Spestreku” cała Europa: na społeczeństwo „zglobalizowane” i enklawy (Specjalne Strefy Ekonomiczne – Spestreki), gdzie utrzymany został model państwa socjalnego. Jest to możliwe dzięki zawieszeniu w Spestrekach reguł wolnego rynku i równemu podziałowi biedy. Odmalowany przez Grzędowicza kontrast między „Polską gospodarki globalnej” i „Polską zamkniętą przed globalną gospodarką” czyni wybór oczywistym dla każdego, kto pamięta PRL: tu mamy kolorowy, bogaty Zachód, gdzie się jeździ, by ciężko pracować i zarabiać, a tu – bezpieczną szarość siermiężnego socjalizmu.
Z kolei Cezary Domarus w „Białej krwi” jako rozwiązanie proponuje hibernację: usypianie bezrobotnych, póki nie znajdzie się dla nich praca - realizację myślenia już dzisiaj obecnego w sejmowych metaforach naszych polityków. Kto nie pracuje i pracy nie szuka, lepiej się państwu przysłuży znikając nad rok-dwa w Śpitalu – przynajmniej nie będzie marnować podatków obywateli pracujących; nie umrze też z głodu.
Polska B tak naprawdę żyje przecież we śnie. Czyż nie słyszymy tych nawoływań? „Weźcie sprawy w swoje ręce!” „Sami stwórzcie miejsca pracy!” „Przebudźcie się!”
Jaka jest rozpiętość tych wizji? Jakie lęki najgorsze i jakie nadzieje najśmielsze? Do jakiej przyszłości wydajemy się najbardziej przekonani?
Rozczaruje się, kto szuka w „PL +50” lektury „ku pokrzepieniu serc”. Nie znajdzie optymizmu w opowieściach o Polsce połowy XXI wieku. Żadnych obrazów Polski mocarstwowej - a wydawałoby się, iż to jest atrakcja niezawodna. Nie ujrzymy nawet Polski jako silnego, bezpiecznego, dostatniego i spokojnego kraju europejskiego.
Najbliższy takiej prognozie jest Edmund Wnuk-Lipiński, choć przecież też od utopii daleki: ukazuje raczej swoją wersję „przyszłościowej normalności”, w której Polska stała się po prostu zwykłym krajem kapitalistycznej Europy. Co samo w sobie czyni jego wizję najbardziej optymistyczną ze wszystkich. Że nie spadły na nas żadne wielkie klęski, że jakoś mieścimy się w europejskich standardach, że nie osunęliśmy się w anarchię, dyktaturę czy permanentny kryzys ekonomiczny – aż tyle, aż taki optymizm.
Europejska przeciętność - dalej nadzieja nie sięga.
Wydaje się, że autorzy wyczuwają ów głęboko zakorzeniony w podświadomości Polaków - nawet nie pesymizm, lecz zimny aksjomat stwierdzający, że jakikolwiek sukces Polski i Polaków jest po prostu niemożliwy. Że nawet w konwencji fikcji literackiej nie da się go wiarygodnie ująć; zostanie wyśmiany, natychmiast obróci się we własną karykaturę.
To prawda, iż utopie są literacko nieatrakcyjne i znacznie efektowniej wypadają wizje czarne. Ale że nikt nie podjął tu nawet próby? Smutne to świadectwo klimatu epoki.
Trafił się jeden obraz tryumfu militarnego Polaków - choć oczywiście w walce o cudzą sprawę; zresztą możliwy tylko dzięki interwencji sił nadprzyrodzonych. To jakoś przełkniemy, bo zostało podane w konwencji filmu akcji, z przymrużeniem oka: „Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła” Andrzeja Ziemiańskiego to w gruncie rzeczy bajka o wilczym patriotyzmie, dumie narodowej z góry ujętej w cudzysłów cynizmu i goryczy. Jeśli chcemy być wielkim narodem, musimy zapłacić cenę, jaką w XX i XXI wieku płacą za wielkość wszystkie mocarstwa: cenę krzywdy i krwi przegranych.
Pewien rys normalności próbują nadać Polsce +50 także Jarosław Grzędowicz, Bartek Świderski, Cezary Domarus; sam też przecież nie celowałem w ekstremum. Zawsze jest to jednak „normalność za jakąś cenę” – bilans wychodzi ujemny.
Grzędowicz daje szansę na normalność Nadnarodowi; Podnaród jest skazany na wegetację w podłych warunkach. W grotesce Świderskiego kłopoty życia rodzinnego i stresy biurokracji zdawałyby się nawet swojskie – gdyby nie cień prawie totalitarnego feminizmu. Cezary Domarus z lubością odmalowuje sceny towarzyskie ze zjaponizowanej Polski – plotki, pogaduszki, kliki salonowe – pozór normalności, który kryje brudną prawdę o kosztach władzy i mechanizmach sukcesu; o nich jednak nie mówi się głośno. Więc czy tak naprawdę nastąpiła jakakolwiek odmiana względem Polski dzisiejszej?
To chyba najstarsza zasada futurologiczna: Jak będzie? Tak samo, tylko bardziej.
Co w zmieniających się warunkach pozostaje jednak niezmienne i stanowi punkt odniesienia: człowiek.
„Prognozy humanistyczne” Daniela Odiji i Tomasza Piątka („Spacer”, „Gówniarze”) są niemal identyczne w wymowie: jedyna futurologia naprawdę interesująca, zdają się twierdzić, to Futurologia Człowieka; reszta to widmowa scenografia i przemijające bzdury. A natura ludzka jest taka sama, niezależnie od miejsca i czasu. Jeśli już się skupić na szczegółach, to zupełnie innych; na rzeczywistości słowa i ducha, znacznie silniejszej od rzeczywistości liczb, polityki i pieniądza.
Taką próbę ironicznej „fantazji humanistycznej” podejmuje w „Ostatniej poetce” Karol Maliszewski. Spogląda na przyszłą Polskę przez pryzmat jej literatury. Dlaczego projekcje oparte na prognozach ekonomicznych, politycznych, socjologicznych miałyby być „prawdziwsze” – ważniejsze – od wizji budowanych na fundamentach poezji? Kierunek wyznaczają nie Fukuyama i Toffler, lecz Świetlicki, Wencel i Podsiadło.
„Listy z Tytana”, groteska Macieja Dajnowskiego utrzymana w tradycji Mrożkowego „Wesela w Atomicach”, na swój sposób również przypomina o potędze normalności: nie ma takich warunków, do których człowiek się nie przyzwyczai i nie zbuduje poczucia swojskości. Zwłaszcza jeśli jest to polski chłop. Nie straszne mu deszcze meteorów, kosmiczna próżnia, ni cyjanowodór cieknący przez dach. Byle plony były dobre, a urzędniki nie nazbyt chciwe.
Przyznaję, spodziewałem się wizji oddających lęki przed utratą tożsamości narodowej. I rzeczywiście, pojawiły się, lecz w większości owo zagrożenie nadchodzi w nich jako skutek uboczny bezosobowej globalizacji. Nikt nam wówczas nie odejmie polskości – polskość zostanie, zgodnie z prawami rynku i popkultury, przytłoczona tym, co nadejdzie z Ameryki, Niemiec, Rosji, Azji...
Podobnie jak człowiek wyrastający z domu rodzinnego nie wyrzeka się przecież ojca i matki – lecz stopniowo odgrywają oni coraz mniejszą rolę w jego życiu.
Inwazje kulturowe w rozumieniu dosłownym, jeśli nadejdą, to ze wschodu, z Dalekiego Wschodu: Chin, Japonii. Marek Oramus w „Siódmym niebie” pokazuje Polskę pod okupacją chińską; więcej – Polskę zchińszczoną, aż do poziomu języka i obyczajowości. W pierwszym odruchu wizja wywołuje uśmiech (cóż, takiego zaboru jeszcze nie przećwiczyliśmy...), ale za ziszczeniem Witkacowej przepowiedni przemawia zimna logika demografii i ekonomii. Także Lech Jęczmyk przewiduje dominację gospodarczą i kulturową Państwa Środka (Konkurs Chopinowski przeniesie się do Szanghaju, polscy pianiści zawojują Chiny). U Domarusa inwazja Japonii jest bezkrwawa, lecz skutki równie głębokie. Przyłożenie tradycyjnych kategorii japońskiego honoru do polskiej historii tworzy oryginalne paradoksy.
„Odpolszczamy” się też własnymi rękoma, przez własną głupotę i ślepe naśladownictwo dominujących trendów. Pojawiał się motyw politycznej poprawności rozwiniętej do postaci nowego totalitaryzmu. Nie był jednak tak powszechny, jak oczekiwałem. Apogeum tych lęków chyba już minęło, najwyraźniej okazaliśmy się odporni na amerykańskie obsesje.
Grzędowicz pokazuje więc polityczną poprawność wypchniętą ze społeczeństwa i gospodarki niczym obce ciało – w Specjalne Strefy Ekonomiczne, gdzie można ją kultywować bez szkody dla konkurencyjności gospodarki, bo Spestreki z założenia nie funkcjonują na zasadach wolnego rynku. W epoce globalizacji kapitalizm okazuje się na dłuższą metę po prostu nie do pogodzenia z polityczną poprawnością; a raczej – polityczna poprawność z kapitalizmem.
Andrzej Zimniak w opowiadaniu „Kochać w Europie” spogląda na całą tę ideologię z charakterystyczną dla siebie dobroduszną ironią: poprowadzone konsekwentnie do ekstremum pomysły zbiurokratyzowanych idealistów już tylko śmieszą. (Właściwie należałoby tu mówić o „obyczajowości brukselskiej”: specyficznej odmianie poprawności politycznej, rozwiniętej w hermetycznym środowisku unijnych polityków i biurokratów).
Jest to pewna recepta: gdy Brukselski Moloch wzbudza śmiech, nie sposób się go bać.
Najbardziej dosłowny opis Polski Minus daje Barnim Regalica. Jego „Et in Arcadia ego” pokazuje te lęki i zagrożenia w powiększeniu klinicznym. Polacy staną się mniejszością we własnym kraju, dotychczasowe mniejszości zaś przejmą władzę, a w każdym razie będzie je preferował system. System: splot polityki, ideologii i trendów kulturowych, władny narzucić narodowi nowe wzorce atrakcyjności. Polskość, patriotyzm, pamięć o historii – nic, że zakazane; gorzej, że staną się niemodne.
Polska Minus – Polska bez najwartościowszych Polaków. Lech Jęczmyk przychyla się w swej prognozie do wizji Polski wydrenowanej z ludzi najzdolniejszych i najlepiej wykształconych, a zalanej imigrantami ze Wschodu i Południa. Linię demarkacyjną stanowić będzie Wisła: na zachód od niej – Polska Przyniemiecka; na wschód – Polska Przyrosyjska. Rozbiór to czy naturalne przyciąganie podobnych formacji gospodarczych i kulturowych?
W XXI wieku nie mają zastosowania XVIII-wieczne kategorie polityczne.
Niejednokrotnie daje o sobie znać zasada „wahadła historii”: raz w tę, raz we w tę, poruszamy się po zamkniętych trajektoriach; w zależności od fazy cyklu – do punktu wyjścia lub punktu mu przeciwnego.
W kilku tekstach pojawiła się mianowicie Polska pod rządami kobiet, w swoistym odwróceniu dyskryminacyjnego modelu. Co akurat wydaje się trzeźwą ekstrapolacją: rola kobiet rośnie systematycznie - dlaczego proces miałby się zatrzymać w punkcie równowagi płci? Bardziej prawdopodobne jest wywichnięcie wahadła historii w przeciwną stronę.
Tak więc Maja Lidia Kossakowska opisuje w „Sercu wołu” odwrócenie ról jak najbardziej dosłowne: świat pogańskiego matriarchatu, feminizm usankcjonowany zgoła religijnie – mężczyźni pozbawieni zostaną nawet praw wyborczych. Uzasadnienia dostarcza argumentacja o przypisanej mężczyznom skłonności do agresji i przemocy, od której wolne są kobiety – znamy ją doskonale z wypowiedzi niektórych pań posłanek.
U Bartka Świderskiego w „Łabędzim śpiewie Ministra Dźwięku” dominująca rola kobiet wynika z technokratycznych kalkulacji, lecz efekt kulturowy jest bardzo podobny. Także Jarosław Grzędowicz oddaje w swych Spestrekach władzę kobietom, wyciągając logiczne konsekwencje z haseł politycznej poprawności.
Jadwiga Staniszkis przewiduje dla kobiet rolę nadzorczyń przemysłowego procesu produkcji wiedzy: same posiadając mózgi nie dosyć twórcze, sprawnie jednak egzekwują procedury konieczne dla maksymalizacji wydajności.
Wahadło historii może się wychylić w stronę przeciwną, ale może też cofnąć się do położenia uprzedniego. Autorzy przewidują mianowicie powrót tradycji, mód, całych form kulturowych znanych z przeszłości. Oto wzbiera pod gładką i błyszczącą powierzchnią rzeczywistości medialnej potężny „nurt retro”.
Literatura oczywiście przejaskrawia, konsekwentnie rozwijając metafory: że cofniemy się do przedchrześcijańskiej słowiańszczyzny, do kultów pogańskich, przeszłość przykryje nas powracającą falą - albo sami w tę przeszłość uciekniemy.
„Rubież” Olgi Tokarczuk daje obraz nowego „przedmurza chrześcijaństwa” w postkastroficznej Europie: za nami cień klasztornych bibliotek i dźwięk dzwonów, przed nami dzikie hordy stepowe.
Łukasz Orbitowski sięga w swoim „Władcy Deszczu” jeszcze głębiej: to już nie będzie Polska, lecz Lechia, kraj Peruna, świętych gajów i płanetników, gdzie chrześcijaństwo jest podziemną, wyjętą spod prawa sektą.
Maja Lidia Kossakowska też funduje swój matriarchat na pogańskiej tradycji i estetyce. W kultach i ideologiach New Age’owych one już otwarcie powróciły; pozostaje kwestia znalezienia drogi do praktycznej realizacji ich postulatów.
W „Cruxie” również podążam za przeczuciem nawrotu tradycji sarmackich – że stanie się to po prostu modne: szlachectwo, szabla, delia, łeb podgalany i pierścień herbowy na palcu.
Wreszcie Jerzy Sosnowski w „Autorewersie” sam jest owym cofającym się wahadłem historii. Tytuł opowiadania zdradza ogólną zasadę: naszą przyszłością jest nasza przeszłość. Polska +50 może ulec zagładzie i zniknąć z powierzchni Ziemi, lecz nic już nie zniszczy Polski –50, -100, -200. Tam szukajmy ratunku i schronienia.
Owo przeczucie odwrócenia się wektorów rozwoju opowiada zapewne o głębszej zależności. Oto wyczerpuje się pula możliwych struktur politycznych i społecznych, i w sposób nieunikniony czekają nas teraz rekombinacje form znanych, ich mutacje wysokotechnologiczne.
•W sumie dominuje ton gorzkiej akceptacji. Jakże ma być lepiej, skoro nie wierzymy, iż lepsza Polska jest w ogóle prawdopodobna? Może być tylko źle - w to czytelnik uwierzy i pokiwa głową z ponurą satysfakcją. Literatura nie przewidzi przyszłości - pokaże jednak, które przyszłości są mniej prawdopodobne, bo dla ich realizacji brak w ludziach odwagi i przekonania.
Jakiej więc metody do Polski nie zastosować, jej przyszłość rysuje się w ciemnych, a w najlepszym wypadku - szarych barwach. Taka, niestety, jest wypadkowa marzeń i lęków Polaków Anno Domini 2004.
Jacek Dukaj