Przeciętnemu czytelnikowi na hasło „polska fantastyka” przychodzi na myśl Stanisław Lem, poza nim Andrzej Sapkowski i, być może, Janusz A. Zajdel. Czytelnik bardziej zorientowany skojarzy zapewne nazwiska Rafała Ziemkiewicza czy Marka Oramusa; i to wszystko. Pada więc pytanie: jak właściwie wygląda ta fantastyka? I tu zaczynają się problemy, ponieważ mamy do czynienia z tworem tak amorficznym i niejednorodnym, że wszystkie uogólnienia będą ułomne i żadne nazwiska reprezentatywne.
Analogicznie, każda odpowiedź na pytanie o historię i kondycję polskiej literatury mainstreamowej musi być obszerna i skomplikowana: jest to zbiór indywidualności, których łączy tylko tyle, że piszą w języku polskim i są zanurzeni w polskiej kulturze. Fakt, że pewien ich podzbiór pisze o światach nie istniejących, nie czyni go automatycznie homogenicznym i żadne zdania bezwzględnie uogólniające (że polska fantastyka jest taka i taka) nie mogą być tu prawdziwe. Tak samo jak w głównym nurcie, można jedynie odnajdywać pewne trendy, autorów narzucających wzorce, szukać elementów wspólnych.
•Ostatnimi laty często słyszy się krytyków wyrażających zdumienie, iż najmniej kompleksów w próbach opisu polskiej współczesności przejawia właśnie fantastyka. Rzecz w tym, że polska fantastyka nie musiała wykształcać po temu żadnych nowych metod, narzędzi i konwencji: w opisywaniu i diagnozowaniu rzeczywistości przez fantazję posiada trzydziestoletnią praktykę i po prostu kontynuuje tradycję rozwiniętą w latach 70-tych i 80-tych przez tzw. SF socjologiczną.
Niektórzy mówią wręcz o fenomenie polskiej SF socjologicznej, mając na myśli jej popularność, żywotność i poziom najlepszych dokonań - w porównaniu z SF zachodnią czy większości krajów wschodnioeuropejskich jest to fenomen bez wątpienia.
SF socjologiczna nie zajmowała się budowaniem antyutopii czy dystopii, nie była to prosta kontynuacja metody Orwellowskiej czy Zamiatinowskiej; ewentualna dystopijność wizji stanowiła efekt uboczny. Podstawowym wyzwaniem, przed jakim stawali tu autorzy, była próba opisu/analizy danych aspektów życia w gierkowskim i pogierkowskim PRL-u. Z powodów tyleż cenzuralnych, co konwencjonalnych, opis ten musiał być zawsze alegoryczny, przy czym zadziwiające jest, na jak cienką warstwę alegorii godzili się cenzorzy: czasami wystarczało po prostu zamienić Polskę na kraj/planetę przyszłości, udziwnić nazwy i nazwiska, wstawić parę fantastycznych gadżetów - i niemal każda krytyka okazywała się już do przełknięcia.
Ta wymuszona-niewymuszona alegoryczność dawała autorom swobodę wyjaskrawiania, ekstrapolacji i projekcji nie do pomyślenia w prozie realistycznej. Możliwe (konieczne!) były fantastyczne obrazy „PRL-u do kwadratu”, „PRL-u za sto lat”, „PRL-u zwycięskiego”, „PRL-u w ostatecznej degeneracji” etc. Człowiek najbardziej jest do siebie podobny nie na fotografii, lecz w umiejętnej karykaturze.
Niekwestionowanym liderem tego trendu był Janusz A. Zajdel. Jego dorobek jest na tyle duży - ilościowo, pod względem rozległości tematycznej, jak i jakości najlepszych dokonań - że ustanowił on tu, może nie wzorzec, ale z pewnością punkt odniesienia dla wszelkich późniejszych realizacji tej konwencji. Zajdel (zmarły w 1985 roku inżynier-radiolog) prawie we wszystkich swych powieściach - w tym chyba najwybitniejszych: „Paradyzji” i „Limes inferior” - pozostawał wierny dominującemu schematowi fabularnemu: schematowi demaskacji.
Droga bohatera (bohaterów) przebiegała w nim od spokojnego, acz ignoranckiego życia w społeczeństwie mniej lub bardziej jawnie totalitarnym - przez podejrzenia, bunt, do stanu pełnej wiedzy o mechanizmach władzy i prawdzie przez nią ukrywanej. Czasami fasada kryła prawdę o położeniu społeczeństwa jak najbardziej dosłownym, jak w „Paradyzji” (tzn. czy nadal lecą do odległej gwiazdy, czy już wylądowali na planecie), i drogą do niej była wówczas fizyka, prawa natury, których zataić, ani zafałszować się nie da; czasami zaś, jak w „Limes inferior”, odkrywano tożsamość prawdziwych władców: kosmicznych okupantów, dla których ziemscy władcy stanowili zaledwie parawan i bufor. Stopień represyjności i „peerelowatości” przedstawionego społeczeństwa był zmienny, w późniejszych utworach paralela socjalizmu nie bywała już dosłowna - dzisiaj niektórzy odczytują Argoland z „Limes” także jako (niezamierzoną?) karykaturę społeczeństwa kapitalistycznego.
Schemat demaskacji systemu/świata w procesie gorzkiego dojrzewania bohatera wykorzystywali także m. in. Maciej Parowski w „Twarzą ku ziemi”, Mirosław P. Jabłoński (w „Schronie”, „Trzech dniach tygrysa” i innych utworach), Ryszard Głowacki w „Algorytmie pustki”, Rafał Ziemkiewicz w swych wczesnych opowiadaniach, po części także Marek Oramus w „Sennych zwycięzcach”; schemat zapożyczali zresztą autorzy tworzący SF w innych konwencjach, jak np. Ziemiański w „Wojnach urojonych” - trudno zakreślić granicę wpływów SF socjologicznej.
Utwory późniejsze częściej przyjmowały stan opresji za oczywisty. Bohater poszukiwał tu już nie wiedzy o otaczającej go rzeczywistości, co raczej swojego w niej miejsca i ewentualnych sposobów zmiany tej rzeczywistości; pytania stawały się bardziej egzystencjalne niż epistemiczne. Nad wszystkim unosił się duch fatalizmu, dekadencji. Takie są m. in. powieści „Dzień drogi do Meorii” Marka Oramusa i „Wybrańcy bogów” Ziemkiewicza, wydawane z poślizgiem już po krachu systemu.
Edmund Wnuk-Lipiński, drugi polski specjalista od SF socjologicznej, w swej trylogii o Apostezjonie („Wir pamięci”, „Rozpad połowiczny”, „Mord założycielski”) zajmuje się nie tyle demaskacją samego systemu, co opisami różnorakich mechanizmów społecznych właściwych dla ustroju totalitarnego, w kolejnych częściach trylogii coraz bardziej dosłownie. Jest to obraz panoramiczny, obejmujący bodaj wszystkie warstwy społeczne i kilka etapów rozwojowych państwa (do upadku reżimu włącznie). Jest to zarazem fikcja o najcieńszej pokrywie SF: autor, co prawda, inkrustuje opowieść mnóstwem fantastycznych gadżetów, są to jednak operacje dla konstrukcji świata prawie bez wyjątku neutralne i Apostezjon zachowuje wysoki stopień podobieństwa do późnych demoludów. Sam wszakże spośród utworów Wnuka-Lipińskiego największy sentyment mam do krótkiej, humorystycznej fabularyzacji teorii rewolucji: opowiadania „Dialog przez rzekę”.
Perspektywa socjologiczna i zainteresowanie mechanizmami władzy tudzież regułami przemian społecznych w szczytowym okresie (końcu lat 70-tych, początku 80-tych) były w polskiej SF tak powszechne, że trudno wymienić znaczącego autora, który w ogóle nie uległby trendowi. Oprócz wyliczonych powyżej, takie akcenty pojawiały się także w utworach Wiktora Żwikiewicza, Bohdana Peteckiego (mam na myśli jego twórczość „dorosłą”, znany jest on bowiem głównie jako twórca SF młodzieżowej), Andrzeja Zimniaka, Marcina Wolskiego, Zbigniewa Prostaka...
W latach 80-tych trend stopniowo tracił na sile, nigdy jednak do końca nie zanikając - przeszedł on moim zdaniem w żywy w ostatniej dekadzie nurt political fiction. Gdy opadły okowy totalitaryzmu, uruchomione zostały naturalne mechanizmy demokratyczne i Polska upodobniła się pod tym względem do świata zachodniego - środek ciężkości przesunął się ku polityce i gospodarce. Wówczas też można już było pisać otwartym tekstem. Najdobitniejszym przykładem, omal znakiem zmiany epoki w polskiej SF, jest powieść Ziemkiewicza „Pieprzony los kataryniarza”, równie ognista i bezkompromisowa, co jej tytuł, osadzona w Polsce bliskiej przyszłości i opisująca (z goryczą idealisty ostatkiem sił broniącego się przez zalewem cynizmu) potajemny rozbiór Polski, odbywający się w scenografiach hi-tech i virtual reality, a zawiniony głównie przez te same, fatalne, odwieczne wady Polaków (polskiej elity politycznej), co rozbiory XVIII-wieczne. Po „Losie” nastąpił bardziej już wyważony i dociekliwy „Walc stulecia”; swoją wizję prezentował też Ziemkiewicz w opowiadaniach. Political fiction, w mniej lub bardziej czystej postaci (czasami po prostu jako „SF zaangażowaną politycznie”), uprawiali także: Tomasz Kołodziejczak (dylogia „Dominium Solarne” i opowiadania), Konrad T. Lewandowski, Marcin Wolski, a w pojedynczych opowiadaniach - wielu innych autorów.
•Z opisem kolejnego trendu jest większy kłopot, nawet z nazwą trzeba być ostrożnym. Określenie „fantastyka rozrywkowa”, przerzucane z wrogimi intencjami od zwolenników do przeciwników owego nurtu, przeszło ewolucję podobną do ewolucji recepcji terminu „political correctness”: zrodzone z szyderstwa, przyjęte za dobrą monetę, funkcjonuje już w nazbyt wielu kontekstach. Co do przyczyn narodzin trendu również snuć można rozmaite przypuszczenia: że była to klasyczna kontestacyjna reakcja na sieriozną, zaangażowaną SF socjologiczną; że tak powracała tęsknota za dawną „SF pomysłu i przygody”; że próbowano się w ten sposób upodobnić to komercyjnej fantastyki zachodniej; że był to przejaw alergii do dominującego w polskim mainstreamie pustego formalizmu; czy wreszcie, że korzenie tkwią w sporze personalnym z redaktorem działu polskiego ówczesnego jedynego czasopisma fantastycznego, „Fantastyki”, Maciejem Parowskim. Być może wszystko to wpłynęło po trochu; rzeki powstają ze zlania się wielu drobnych strumieni.
Nurt ten miał swój program i instytucjonalną reprezentację w postaci Klubu Tfurcuf. Byli z nim związani m. in.: Rafał Ziemkiewicz, Tomasz Kołodziejczak, Konrad T. Lewandowski, Feliks W. Kres, Jacek Piekara. Spośród tego grona właściwie tylko Ziemkiewicz miałby rzeczywiście duże kłopoty z przypisaniem się do „fantastyki rozrywkowej”: ciężko znaleźć taki jego tekst, którego fabuła nie stanowiłaby zaledwie pretekstu dla przedstawienia kwestii daleko ważniejszych. I, wbrew pozorom oraz zapowiedziom samych autorów, nie wszystkie i chyba nawet nie większość tekstów pisanych pod tym hasłem stanowiła jeno puste ćwiczenia z atrakcyjności literackiej w ramach konwencji. Dobrym przykładem jest tu ewolucja twórczości Kołodziejczaka, który, nigdy nie porzucając formuły space opery (epickiej sensacji w kosmosie dalekiej przyszłości), stopniowo nasączał ją treściami głębszymi.
Niezależnie od Klubu Tfurcuf istniała (a właściwie wciąż istnieje; o Klubie również nie należy mówić w czasie przeszłym) silna trójca złożona z wrocławskich pisarzy uprawiających taką fantastykę: Eugeniusz Dębski, Andrzej Ziemiański, Andrzej Drzewiński. Zwłaszcza ten pierwszy posiada tu imponujący dorobek ilościowy: sam jego cykl powieści o przygodach detektywa Owena Yatesa liczy sobie tomów siedem. Za samodzielnego lidera owego trendu uważany był przez niektórych Jacek Sawaszkiewicz. Autorzy ci bliżsi już byli fantastyce rozrywkowej w dosłownym rozumieniu - utwory takie jak „Zabójcy szatana” nawet nie próbowały aspirować do czegokolwiek ambitniejszego niż kolorowy komiks prozą. Choć sprawności warsztatowej (zwłaszcza Sawaszkiewiczowi) faktycznie nie sposób odmówić.
Pozostaje specyfiką polskiego rynku książki, iż tak rozumianą „rozrywkowość” wybiera się jako program literacki. Rynek jest tu zbyt płytki, by wygenerować w każdej konwencji naturalną piramidę utworów i twórców. Książki składające się na szeroką jej podstawę importujemy z Zachodu; rodzimi pisarze czują się zobowiązani tłumaczyć z podobnej twórczości - skoro nie tłumaczą jej pieniądze.
•Najsłabszy, efemeryczny trend pojawił się na początku lat 90-tych. Stosuje się nazwy „fantastyka religijna”, „fantastyka klerykalna” - chociaż tę drugą już do węższej klasy utworów i/lub w znaczeniu pejoratywnym. Początek trendu to czas mocnego wejścia Kościoła w politykę, co wyindukowało nastroje i ruchy antykościelne. Fantastyka pokazała tę opozycję w kilku głośnych opowiadaniach. Jedna z antologii komponowanych co kilka lat przez Wojtka Sedeńkę, „Czarna msza”, miała w zamierzeniu zaprezentować tę tendencję - fantastyka nie poszła jednak w tym kierunku. Zainteresowania autorów skierowały się ku religii w ogóle, metafizyce, nie zaś ziemskim uwikłaniom instytucjonalnych reprezentantów duchowego porządku rzeczy. Z tych dociekań poczęły się utwory już to łączące sztafaż SF z manifestacjami sił nadprzyrodzonych, już to bezpośrednio przedstawiające królestwa transcendencji. W sumie mowa tu zaledwie o kilku autorach (Ziemkiewiczu i jego „Jawnogrzesznicy”, Marku S. Huberacie i jego „Karze większej”, Oramusie i „Święcie śmiechu”, opowiadaniach Macieja Żerdzińskiego czy nawet Jacku Inglocie i „Quietusie”...); trend nie zaowocował więcej niż czterdziestoma tekstami.
•Bije go pod tym względem na głowę fantasy. Obok powieści Anny Borkowskiej „Gar'ingawi, wyspa szczęśliwa”, która stanowi klasę sama dla siebie, czy baśni typowo dziecięcych, za pierwsze sygnały fantasy w polskim wydaniu należy uznać pochodzące z początku lat 80-tych: „Twierdzę Trzech Studni” Jarosława Grzędowicza, późniejsze opowiadania Jacka Piekary, Krzysztofa Kochańskiego i Feliksa W. Kresa. Trend jednak na dobre przybrał na sile dopiero z wejściem na scenę Andrzeja Sapkowskiego z jego „Wiedźminem”. Kres, Sapkowski, Brzezińska i Białołęcka - oto jest polska fantasy.
Odbiór fantasy w Polsce w ogóle jest nieco skrzywiony na skutek faktu, że najpopularniejszy jej autor tworzy raczej postfantasy niż fantasy per se; trudno bowiem wskazać utwór Sapkowskiego, w którym świat przedstawiony nie byłby wzięty w nawias ironii, a same elementy składowe tego świata - podebrane z setki innych utworów, fantasy i nie fantasy. Tutaj nie wymaga się od czytelnika zawieszenia niewiary, autor od początku daje znaki, że sam w wykreowaną przez siebie rzeczywistość nie wierzy; tekst oczekuje nie naiwności dziecka, lecz przymrużenia oka dorosłego.
Z tego grona najbardziej „klasyczną” fantasy tworzy Ewa Białołęcka: skierowane raczej do młodzieży, skupiające się na relacjach uczuciowych, nie zaś systemach magii czy konfliktach polityczno-militarnych opowiadania, tworzą cykl, otwarty „Tkaczem Iluzji”. Jest to zarazem fantasy najbliższa baśni, z największym obszarem niedomówienia.
Trylogia Anny Brzezińskiej - z której na razie znamy dwa tomy: „Zbójecki gościniec” i „Żmijową harfę” - wyróżnia się na tle polskiej, ale i światowej fantasy, trzema rzeczami: staranną stylizacją (Sapkowski stylizuje już na stylizacje, poza tym nie stara się utrzymać jednorodności językowej); oddaniem realiów quasi-średniowiecza nie tylko w scenografii, ale przede wszystkim w mentalności postaci (co jest w fantasy naprawdę rzadkością); oraz walką z niewolącymi gatunek schematami fabularnymi: bohaterowie nie są tu głupsi od czytelnika i próbują „przechytrzyć konwencję”.
Jeśli jednak miałbym wskazać autora, który jest twórcą naprawdę oryginalnej fantasy, byłby to Feliks W. Kres. To pisarz bardzo nierówny, jednak jedyny w Polsce, o którym można rzec, iż pozostaje w swej wyobraźni niepodległy wobec tradycji gatunkowych; wszyscy inni cierpią, w mniejszym lub większym stopniu, na chorobę toczącą fantasy od dziesięcioleci: kalkomanię. Zdawałoby się wręcz, iż „oryginalna fantasy” to oksymoron, można jedynie permutować z góry dane elementy. Otóż Kres, w swym cyklu opowieści o Szererze, ma odwagę jednak fantazjować od podstaw.
Oprócz tej czwórki mamy w Polsce wielu innych autorów próbujących sił w fantasy; po sukcesie Sapkowskiego stał się to ulubiony gatunek debiutantów. Opowiadania (a teraz i powieści) trudno zliczyć; wydawnictwa są zasypywane maszynopisami. Z tej prawie jednolitej masy wyróżnia się jeszcze paru twórców: Artur Szrejter, Jacek Komuda, Konrad T. Lewandowski, Mirosława Sędzikowska.
•Istnieją wszakże pisarze (i ci zazwyczaj są najciekawsi), których nie sposób przypisać do konkretnego trendu lub przynależący po trochu właściwie do wszystkich - jak Rafał Ziemkiewicz, jedna z najsilniejszych osobowości polskiej fantastyki, który, do kompletu, popełnił także należącą do nurtu „słowiańskiej fantasy” powieść „Skarby stolinów”.
Na pewno taką osobowością był też Adam Wiśniewski-Snerg, twórca m. in. „Robota” z jego metafizyczną teorią Nadistot, „Według łotra” i „Nagiego celu”; osobowością zbyt silną dla jego własnego dobra - dopadła go najstraszliwsza nemezis pisarzy SF: uwierzył we własne naukowe fikcje.
Osobną drogą szedł też Marek Oramus. Piszę w czasie przeszłym, bo właściwie zarzucił on już beletrystykę na rzecz krytyki literackiej. Indywidualistą, aż do granicy ekscentryzmu, był Wiktor Żwikiewicz, zakochany w języku i obrazie ponad wszelkie abstrakcyjne fantazje. Nie dadzą się również sprowadzić do konwencji fantastyki religijnej - Marek S. Huberath ze swoim „Gniazdem światów”; czy rozrywkowej - Jacek Sawaszkiewicz, autor „Kroniki Akaszy”. Zapisali się w pamięci z pojedynczymi książkami m. in.: Jerzy Grundkowski z „Annapolis”, Jacek Natanson ze „Złotym Brighton”; czy Marek Baraniecki, Krzysztof Kochański ze swoimi opowiadaniami. Samotnie idzie też Marcin Wolski, tworzący niezmordowanie swoje humorystyczne i/lub historyczne fikcje, a pamiętany głównie za diaboliczną groteskę „Agent Dołu”.
Musi też paść pytanie o wpływ Lema. Wpływ ten, owszem, jest: negatywny. Tzn. widać go nie w kontynuacjach, naśladownictwach (bo i jak tu naśladować Lema?), ale w prawie zupełnym braku klasycznej SF spekulatywnej, opartej na naukach ścisłych i futurologii, tzw. „hard SF”. Cień mistrza jest długi i głęboki, nic nowego w nim nie wyrośnie.
•Jak wygląda polska fantastyka dzisiaj i jaka będzie jej przyszłość? Króluje bez wątpienia fantasy, może nawet nie tyle na skutek zmiany preferencji fantastów, co przyciągnięcia czytelników nie identyfikujących się wcześniej z fantastyką. Kryzys rynku książki utrudnia wszelkie eksperymenty i zniechęca wydawców do stawiania na oryginalnych debiutantów. Wprawdzie na łamach fantastycznych czasopism („Nowej Fantastyki”, „Fenixa”) wciąż pojawia się wiele nowych nazwisk, wszystko kończy się jednak na jednym-dwóch opowiadaniach; trudno nawet zacząć dyskusję o jakości tej prozy, skoro autorzy nie mają okazji (chęci?) rozwinąć swą pasję. Chlubne wyjątki: Maja Lidia Kossakowska, Wojciech Szyda - przynajmniej coś gna ich do pióra. Także z fali owej wtórnej fantasy nie wyłaniają się żadne pisarskie indywidualności (chyba że wliczyć tu Brzezińską).
Może należy po prostu poczekać na wzbudzenie kolejnego ożywczego trendu? Bo jeśli chodzi o cyberpunk w Polsce, to skończył się on, zanim na dobre się zaczął. Czas cyberpunku (na świecie, a zwłaszcza w USA, bez których kultury jest on niemożliwy do pomyślenia) to lata 80-te; do Polski przeciekł on w latach 90-tych, kiedy na Zachodzie wyewoluował już w coś nazywanego „postcyberpunkiem”, a rozmaicie definiowanego. Bardzo trudno zresztą wskazać polskie utwory cyberpunkowe, właściwie przychodzi na myśl jedynie „Manipulatrice” Grzegorza Wiśniewskiego. Co prawda, niezorientowani krytycy obdarzają tym mianem m. in. political fiction Ziemkiewicza, ponieważ wykorzystuje się tam virtual reality - podług tej logiki byłbym w prawie zwać kryminałem każdy utwór, w którym popełnione zostaje morderstwo.
Nie chciałbym kończyć w minorowym tonie. Nie jest źle. Pisze się i dyskutuje. Ogólna recesja i kłopoty na rynku książki (wysokie ceny, niska sprzedaż, bałagan w hurtowniach) nie dotykają fantastyki ani bardziej, ani mniej. Jedne czasopisma padają (jak „Fenix”), inne powstają (jak „Science Fiction”). Od czasów PRL-u i przydziałów papieru na książki oraz odgórnie ustalanych honorariów to jedno się w fantastyce nie zmieniło: wciąż jest to literatura powstająca prawie wyłącznie ze szczerej fascynacji i potrzeby serca.
Z powodu ograniczeń objętościowych, jak i naturalnej konieczności selekcji, pominąłem wiele tytułów i autorów, którzy, zapewne, zasługują na uwagę; oczywiście pominąłem także twórczość własną.
Stosowanego tu w odniesieniu do SF i fantasy terminu „gatunek” używa się jako synonimu „konwencji”.
Jacek Dukaj