Ponieważ nie dostąpiłem wcześniej tego niewątpliwego zaszczytu objaśniania Wielce Szanownych Czytelników „SFinksa” co do własnego czytelniczego gustu, a i teraz, jak się wydaje, występuję tu w charakterze efemerydy tudzież dublera - toteż walnę z grubej rury i już na początek za jednym zamachem polecę cztery cykle fantasy, łącznie dwadzieścia jeden tomów.
Wpierw Gene Wolfe, mój ulubieniec i faworyt. Jego „Księgę Nowego Słońca” („Cień kata”, „Pazur Łagodziciela”, „Miecz liktora”, „Cytadela Autarchy” i „Urth Nowego Słońca”) od dawna polecam każdemu kto się nawinie. Uważam ów cykl za arcydzieło i na razie nic nie wskazuje, bym miał się rychło wyzwolić spod jego uroku. Po prostu nie potrafię wskazać w nim żadnego słabego elementu. Wyważona, spokojna narracja, doskonałe opanowanie języka; wizja świata, której długo nie da się zapomnieć: mroczny barok wyobraźni, wszechpatologia życia, perwersyjna uroda śmierci - tu wszystko gnije, rozkłada się, degeneruje, popada w zapomnienie, umiera, nawet Słońce, w jądrze którego pęcznieje czarna dziura; bohater: kat Severian, przyszły Autarcha - z mięsa, a nie papieru; fabuła, przemyślana i precyzyjnie rozplanowana (Wolfe mówił w jakimś wywiadzie, że pisał „Księgę” - pierwsze 4 tomy - jako jedną powieść i dopiero później ją pociął; to szczera prawda: stanowią one zamkniętą i spójną kompozycyjnie całość). Pochwalić muszę także tłumacza, Arkadiusza Nakoniecznika, bo odwalił kawał dobrej roboty.
„Amber” Zelazny'ego polecany był już przez tyle innych osób, że trudno mi tu powiedzieć o nim coś nowego. Ja polecam go dla czystej frajdy lektury owej opowieści; nie są to książki, przy których można się nudzić. Jeśli kogoś przeraża ilość tytułów wchodzących w skład cyklu (10 mianowicie), może się ograniczyć do pierwszych pięciu, cokolwiek jednak lepszych od kontynuacji.
Trylogia Guya Gavriela Kaya „Fionavarski Gobelin” („Letnie drzewo”, „Wędrujący ogień”, „Najmroczniejsza droga”) to jest bodaj największe zaskoczenie 1995 roku. Autor zupełnie mi wcześniej nie znany, streszczenie historii opowiedzianej w trylogii sztampowe - a już po pierwszych kilkudziesięciu stronach czuję, że mimo wszystko jest to coś nowego. Chodzi mi tu głównie o styl. Cóż mianowicie Kay zrobił - „spsychologizował mitologię”, że posłużę się takim brzydkim neologizmem. W „Gobelinie” roi się od bogów, półbogów, magicznych stworzeń, magii w ogóle (bardzo tolkienowskiej - GGK swego czasu był zawodowym tolkienistą), odwiecznych przepowiedni i świętych wojen - a mimo to nie czuje się śmieszności patosu, jakim gęsto raczy nas autor. On to wszystko opowiada z punktu widzenia pięciorga młodych ludzi, klasyczną metodą „ściągniętych” do Fionavaru ze współczesnej Kanady; to ich psychologia dominuje, ich język: dosyć szybka narracja, chwilami nieomal behawiorystyczna. Dwa błędy, jakie, moim zdaniem, popełnił GGK: wmieszanie w historię mitu arturiańskiego (postmodernizm postmodernizmem, ale to jednak razi) oraz nadużywanie retrospekcji.
„Lyonesse” Vance'a również był już polecany; dołączam się tu do chóru, podnosząc rzadką „baśniową czystość” cyklu i niewymuszony humor. Pierwszy tom najlepszy, ale i dwa kolejne niczego sobie. Spora praca wyobraźni autora. Charakterystyczne nagie okrucieństwo dziecięcych bajek.
Teraz, dla odmiany, coś, czego nikt nie polecał: „Historia Żyda Wiecznego Tułacza” Jeana d'Ormessona. Rzadko kiedy tytuł oddaje tak dobrze treść książki: bo jest to właśnie historia owego nieszczęsnego Żyda, który, powodowany zazdrością o ukochaną, odmówił Jezusowi na drodze krzyżowej kubka wody. Za co Jezus skazał go na „wieczną wędrówkę”: odtąd nieśmiertelny Szymon przemierza świat wzdłuż i wszerz, zawsze znając miejscowy język, zawsze posiadając pod dostatkiem pieniędzy. Jego pamięć zawiera całą historię cywilizacji chrześcijańskiej. Co ciekawsze fragmenty tej historii streszcza przypadkowo spotkanej parze. Bardzo interesująca lektura. Ci, którzy lubią powieści Umberto Eco, polubią i tę.
Tej książki chyba również nie polecano i dziwię się dlaczego. „Wampir Lestat” autorstwa Anne Rice to najlepsza z wydanych w Polsce jej powieści. Lepsza od „Wywiadu z wampirem”. Lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników literatury grozy i horroru. Zwracam uwagę na pomysłowość Rice w kwestii pochodzenia wampirów. Mroczna, mroczna książka; lecz jest jakaś poezja w tych samotnych krwawych mordach w świetle Księżyca stojącego ponad zaułkami dziewiętnastowiecznego Paryża. Polecam; można czytać wielokrotnie. To część cyklu („Kroniki wampirów”), będzie ciąg dalszy, całość liczy bodaj cztery tomy. Rozpoczęte przez Amber „Dzieje czarownic z rodu Mayfair” tejże samej autorki to trochę inna muzyka, lecz również godna uwagi. Niniejszym apeluję do wszystkich wampirów i czarownic czytających „SFinksa” (a co innego mieliby czytać, przecież nie „Wyborczą”) o krwawą zemstę na redaktorach Amberu za pocięcie „Godziny” na cztery tomy i pomiędzy tyluż tłumaczy. Już wydana w formie hard cover kosztowałaby o połowę taniej. Ach, kiedyż doczekamy się stabilnego rynku wydawniczego z hard coverami i paperbackami! (Nigdy, zapewne).
Na zakończenie trochę o twardej SF. (To wcale nie jest tak, że ja gustuję w fantasy - po prostu ostatnio wychodzi niewiele dobrych tytułów science fiction; w ogóle wychodzi mniej SF). „Słoneczny nurek” Davida Brina stanowi część niechronologicznie wydawanego cyklu, w skład którego wchodzą także „Gwiezdny przypływ” (polecam) oraz „Wojna wspomaganych” (nie polecam, a wręcz odradzam). „Nurek” jest pozycją niemalże klasyczną: zagadka naukowa, fascynujące teorie, pomysłowa scenografia SF, kosmiczna intryga. Bardzo ciekawie poprowadził tu Brin wątek kryminalny, można pogłówkować. Miałbym prawo ponarzekać na nadmiar niejasnej psychologii i maślane zakończenie, lecz nie uczynię tego, bo posiadam słabość do podobnych książek, a ostatnio wielki na nie nieurodzaj.
Natomiast w przypadku „Wiecznej wojny” Joe Haldemana, jeśli już miałbym na coś narzekać, to chyba tylko na to, że nie wydano jej w Polsce kilkadziesiąt lat wcześniej. Choć zestarzała się zaskakująco mało. Kawał porządnej space opery wysokiej klasy. Parę świetnych pomysłów. Czuje się, że pisał to facet po Wietnamie, i że miał już za sobą rewolucję hippisowską. Przyszłość Haldemana to świat opanowany przez homoseksualistów. Zżera mnie niezdrowa ciekawość do jakiego stopnia political correctness skastrowała mu „Wojnę” w ostatnich amerykańskich jej wznowieniach.
A propos - dopiero co przeczytałem najnowszą produkcję Rafała A. Ziemkiewicza pod buńczucznym tytułem „Pieprzony los Kataryniarza”. (Ludzie, którzy lubią śledzić tok pracy pisarza nad tekstem, powinni zajrzeć do „Voyagera” #8, gdzie zamieszczono fragment wcześniejszej wersji utworu). Jest to najbardziej ponura, pesymistyczna, przygnębiająca książka, jaką ostatnio zjadłem, a zarazem najlepsza polska powieść SF licząc od „Arsenału” Oramusa. Kupujcie to i czytajcie! Osobom, które nie znają politycznego tworu o nazwie UPR i jego programu, grozi bez wątpienia mały szok; osobom, które definicji słów w rodzaju „interfejs”, „serwer” lub „emulacja” szukają w Kopalińskim, zagraża coś jeszcze gorszego, bo kompletny czop myślowy. Dla cyberpunkowców - uczta. Nie wiem, czy Ziemkiewicz sam to wymyślił, czy też ściągnął skądś podczas swego pobytu w USA - lecz jeśli to jego oryginalny pomysł, należą mu się wielkie brawa. Chodzi mi o jego koncepcję cyberprzestrzeni, bardzo różną od tej Gibsonowskiej, znanej z „Neuromancera”. Ziemkiewiczowa idea wizualizacji architektury Sieci, pracy i poruszania się w niej, jest o niebo logiczniejsza. Może nie tak efektowna, lecz prawdopodobna w realizacji, a o niewielu wynalazkach autorów SF mogę to powiedzieć. Wszelako owo ponuractwo, które sygnalizowałem wyżej, zalega w opisie Polski XXI wieku. No, siąść i płakać. To w ogóle jest powieść „opisowa”, fabularnie chyba rozciągnięta z opowiadania, bo nie dzieje się w niej aż tyle („jeden dzień z życia Kataryniarza”; Kataryniarz, indirect controler, to właśnie netrunner RAZ-a), a niektóre wątki z punktu widzenia rozwoju intrygi wydają się wręcz zbędne - lecz potrzebne dla pełniejszej prezentacji przyszłej Polski. Oj, przejechał się Ziemkiewicz po politykach; i nie tylko. Gdyby ktoś miał wątpliwości: to jest powieść z kluczem; nie będzie nagród za rozszyfrowanie atrap Krzaklewskiego, Szczypiorskiego, Jęczmyka. Radykalizm autora przejawia się nie tylko w ostrości politycznych ocen; mamy tu do czynienia z inteligentnie podaną spiskową teorią dziejów, tylekroć przecie już skompromitowaną przez Ludluma i sparodiowaną przez Eco. RAZ widzi czarno-biało, odrzuca całkowicie cynizm na rzecz prostoduszności grożącej infantylnym banałem; i jest to nawet w jakiś sposób odświeżające - wszak snobizm to właśnie nie uleganie modom. Długo mógłbym tak jeszcze. Przeczytajcie, dodacie własne trzy grosze; o tej książce będzie się mówić.
W charakterze post scriptum trzy „odradzanki”. Ograniczę się do tych tytułów, które mogą czytelnika zmylić. A zatem odradzam dwie produkcje Silverberga: „Zamek lorda Valentine'a” (bo po prostu nudny) i „Oblicze wód” (bo jeszcze bardziej nudne) oraz cykl Eddingsa „Malloreon”, jako całość stanowiący sequel - wcale niezłej - „Belgariady” (bo to popłuczyny po niej).
I to by było na tyle. Kupujcie, ludzie, książki, bo powymierają nam pisarze. Amen.
Jacek Dukaj