Ponure równania

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „Fantom” nr 3 (1999-05).

Zarówno autorzy, jak i krytycy, a ostatnio również czytelnicy, narzekają na kształt i strukturę rynku książki w Polsce. W szczególności fani SF&F występują z pretensjami do autorów i wydawców: dlaczego mianowicie tak skromnie, dlaczego tak rzadko, dlaczego tak mało? Np. w 1998 roku ukazała się tylko jedna polska powieść fantastyczna z prawdziwego zdarzenia: „Walc stulecia” Ziemkiewicza. Ex post nagłośniono jeszcze „Prawdziwą historię...” Krystyny Kwiatkowskiej (czy Mędrcy „Fantoma” słusznie uczynili, przekonać się sam nie mogę, bom pozycji tej w księgarni żadnej dotąd nie uświadczył). Co czyni dwa tytuły na rok. Wliczając Sapka, który obsunął się w terminach bodaj przez chorobę, byłyby trzy.

Dlaczego tak mało? Czemu, ach, czemu nie ma w Polsce „normalnego” rynku książki, z zastępem zawodowych pisarzy sprzedających po jednej porządnej powieści rocznie etc.? Podaje się kontrastowe przykłady z innych krajów. Wskazuje na szkodliwość mechanizmu tzw. „taniej książki” (poniekąd słusznie zresztą). Wini ideologiczną nieprawomyślność polskich twórców SF&F (wg teorii Wojciecha Orlińskiego Sapkowski sprzedaje się w nakładach dziesięciokrotnie wyższych, ponieważ - w odróżnieniu od pozostałych - nie propaguje żadnego konkretnego światopoglądu).

Doszło w końcu do tego, że sam się zacząłem nad sprawą głowić, ale, jak zwykle, zacząłem od oczywistości. Ktoś to gdzieś musiał przeanalizować, rozpisać, na pewno nie jestem pierwszy - niemniej jakoś nie trafiłem na taki tekst, zbudowałem więc równanie samemu. Równanie to określa ilość zawodowych pisarzy możliwych do udźwignięcia przez dany rynek, a wygląda tak:

n = (P * S * D * M * X + C) * U / K

Jest to takie Równanie Drake'a dla rynku książki. Z pewnością od tamtego w większym stopniu obliczalne, jednak nie dla obliczeń je przedstawiam, jeno dla uświadomienia fundamentalnych zależności.

Przystąpmy do rozszyfrowywania.

P jest zmienną mówiącą o wielkości danego rynku. Dla Polski wynosi nieco ponad 30000000 (od ludności kraju odjąć należy bowiem analfabetów oraz osoby zbyt młode i ew. zbyt stare, by samodzielnie czytać). Dla USA P jest trudniejsze do ustalenia z uwagi na mniejszości nieanglojęzyczne oraz bonus wynikający z anglojęzyczności Kanady, Australii, Wielkiej Brytanii (możemy przyjąć 200 milionów).

S to pochodna współczynnika scholaryzacji, odzwierciedla strukturę wykształcenia. Prócz ujęcia procentu absolwentów szkół wyższych, powinna oddawać proporcje między gorzej wykształconymi.

D określa dostępność książki, wynika ze stosunku średniej ceny książki do mediany „wolnego dochodu”. Jako „wolny dochód” rozumiem dochód na gospodarstwo domowe minus koszty stałe utrzymania. Mediana lepiej oddaje rzeczywistość od średniej, ponieważ nawet bardzo wysokie dochody małej części społeczeństwa nie spowodują wzrostu nakładów (ile w końcu może przeczytać jeden człowiek, nawet milioner?).

M to współczynnik korygujący P, wprowadzony, aby odzwierciedlić strukturę demograficzną. Studenci i emeryci czytają więcej od zabieganych 30-40-latków.

X zbiera resztę czynników wpływających na sprzedaż książek, choć już w mniejszym stopniu i nie tak bezpośrednio. W grę wchodzą tu rzeczy takie jak: tradycja czytelnictwa, mody, ilość księgarni, jakość systemu ich zaopatrywania, popularność księgarni wysyłkowych, ilość i zaopatrzenie bibliotek etc.

C jest sumą ewentualnych ogólnych dotacji rządowych.

U to średni procentowy udział autora w dochodach ze sprzedaży książki, po opodatkowaniu, bez uwzględnienia ew. kosztów uzyskania itp.

K to minimalny koszt utrzymania się pisarza (względny, w korelacji z D).

I co tu możemy zmienić, poprawić? P, S, D i M znajdują się całkowicie poza naszą kontrolą, zależą od trendów, na które niewielki wpływ mogłaby mieć bodaj tylko zdecydowana polityka rządu. P lekko maleje, S wyraźnie rośnie, D spada, rośnie, znowu spada, M ostro rośnie. Obliczona metodą Pirxa prognoza dla tego członu byłaby ostrożnie optymistyczna: w perspektywie 10 lat wzrost o nawet 100%, o ile D nie zwariuje. Przyjęcie do UE na krótszą metę pogorszy sytuację, na dłuższą - poprawi, przez wymuszenie standardów wykształcenia. Niemniej nawet przy niezmiernie korzystnych zmianach P, S, D i M - n nie zwiększy się w sposób wystarczający dla zrewolucjonizowania rynku książki.

C od dawna jest w Polsce niewielkie; jeśli już jakieś większe dotacje się zdarzą, są to dotacje celowe (tzn. na konkretny tytuł, autora, wydawnictwo), choć zazwyczaj kompletnie bezcelowe (tzn. na tytuł i tak znany bardzo dobrze lub znany za mało, by miało to jakikolwiek sens, autora nędznego lub zgoła noblistę, wydawnictwo skumplowane z decydentami lub i tak upadające). Teraz zresztą C spadnie do 0.

Żadne wielkie manipulacje U nie są możliwe: koszt wydania książki w Polsce już i tak osiągnął pułapy zachodnie.

Pozostaje X, i tu można pomajstrować, to są te rejestry: „tania książka” RAZ-a, uczciwi hurtownicy i księgarze, przyzwoity system dystrybucji. Załóżmy jednak, że zmaksymalizujemy wszystkie składniki X (utopia, ale załóżmy). O ile to może zwiększyć n? Dwukrotnie? Trzykrotnie? Dziesięciokrotnie? (Zaszalejmy!)

Równanie sugeruje takie przełożenie. W rzeczywistości jednak sprawa jest bardziej złożona. Równanie pokazuje bowiem pewien obraz wyidealizowany, model. Tak naprawdę mówi ono jedynie ilu pisarzy utrzymałoby się z danego rynku, gdyby każdy z nich miał w nim równy udział a ludzie w ogóle nie kupowaliby tłumaczeń, wznowień klasyki itp.

Wyciągnięcie „n realnego” (nr) wymaga pewnych dodatkowych operacji:

nr = R * A * n / J

J dzieli n w stosunku odpowiadającym udziałowi w rynku książki polskiej oraz tłumaczeń. W istocie zależność ta jest bardziej skomplikowana, wykładnicza, albowiem J samo poniekąd zależy od nr. W USA, które są niemal nieprzenikalne dla prozy obcojęzycznej, J bliskie jest jedności.

R obrazuje procentowy rozkład wielkości sprzedawanych nakładów. Jest on właściwie stały (prawo wielkich liczb). R znacznie zmniejsza nr przez uwzględnienie faktu, iż suma sprzedanych książek nie dzieli się równo między wszystkie tytuły: parę superbestsellerów obniża średnią dla reszty.

A także jest niższe od 1. Zmniejsza ono nr o „martwe dusze” (wszystkich Sienkiewiczów i Mickiewiczów) oraz niskonakładowych „amatorów”, którzy piszą i wydają tak czy owak, niezależnie od ew. dochodów, uczestnicząc jednak mimo wszystko w rynku.

Zaskakujące, jak wiele analiz rynku książki zatrzymuje się na poziomie n (zapewne dlatego, że czynione są z punktu widzenia wydawcy bądź księgarza). Postulując zwiększenie któregoś ze składników X, wyciąga się wnioski obiecujące prostoliniowy wzrost. W istocie wykres funkcji n(X) jest linią prostą. Ale ten uproszczony model nie oddaje rzeczywistości. Wykres nr(n) jest już krzywą hiperboliczną, zaczynającą się od pewnej wielkości silnie zależnej od A i przez bardzo długi czas płożącą się prawie równolegle do osi n, by zacząć silniej odbijać wzwyż dopiero po minięciu wartości granicznej.

Oznacza to, iż istnieją rynki o takich P, S i D (są to bowiem trzy zmienne najsilniej różnicujące), które NIGDY nie „zaskoczą” na poziom nr choćby w przybliżeniu proporcjonalny do poziomu USA, i nic na to nie poradzą ŻADNE usprawnienia systemowe. Obecny stan rynku książki jest dla Polski w zasadzie normalny. Nie twierdzę tak dlatego, iż mi się on podoba - lecz z uwagi na chłodną analizę Równania. Po prostu każde znaczące zwiększenie nr wymagałoby podniesienia jednej lub większej ilości zmiennych tak wielkiego, że aż przeczącego zdrowemu rozsądkowi.

Być może faktycznie wypisuję tu oczywistości śmieszne aż do banału i niepotrzebnie straszę równaniami, wykresami itd. - ale wydaje mi się, iż należało rzecz cierpliwie wyłuszczyć, by rozbić żywione przez niektórych złudzenia. Oczywiście z radością powitam wzrost współczynnika X (uregulowanie systemu dystrybucji, rozwiązanie sprawy „taniej książki”, zwolnienie książek z opłat pocztowych etc.), lecz to wszystko nie podniesie nr bodaj o punkt. ZALEŻNOŚĆ NIE JEST PROPORCJONALNA. Zmiany mogą z pozoru wydawać się znaczące (jak powtarzam, na tak płytkim rynku górę biorą efekty kwantowe), zwiększą np. sumaryczne zyski wydawców - ale nie wygenerują zastępu zawodowych pisarzy i nie stworzą ciśnienia komercyjnego pozwalającego na rozruch marketingowej maszyny analogicznej do amerykańskiej.

nr dla SF&F, jako ułamek ogólnego nr, zwiększyć może się tylko jego kosztem, jak to się stało w przypadku Sapkowskiego. Nie istnieje zatem jakieś specyficzne, wydzielone nr[SF&F], oparte o odmienne zależności. Dwóch-trzech zawodowych pisarzy zahaczających o fantastykę, to wszystko, na co możemy liczyć. Nie oszukujmy się: taka jest polska norma. To zawsze będzie rynek amatorów, z wszystkimi tego pozytywnymi i negatywnymi konsekwencjami.

Jacek Dukaj