Pożytek z krytyki

Poniższy artykuł ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Science Fiction” nr 27 (2003-06).

Mój sąsiad z łamów „Science Fiction”, Rafał Ziemkiewicz, pomieścił na nich miesiąc temu osobistą refleksję o stanie i roli recenzji literackich w Polsce, podważającą sam sens ukazywania się recenzji jako recenzji. Pisał: „Recenzje właściwie nie mają na nich [czytelników] wpływu. Ani nie zmieniają sprzedaży, ani, przypuszczam, nie przekonują nikogo do niczego. Osobiście zwracam na recenzje uwagę tylko jako na źródło informacji: o, ukazało się to i to. To, czy recenzja jest negatywna, czy pozytywna jako czytelnika nie obchodzi mnie w ogóle; wymagam tylko, by ukazała się szybko, a nie wtedy, gdy cały nakład dawno już wyprzedano lub puszczono na przemiał”.

Idealnie więc byłoby, gdyby miast recenzji ukazywały się notki wydawnicze, krótkie, suche i niewartościujące, zawsze o czasie.

Ponieważ z tym postulatem – a i po części z diagnozą stanu obecnego – się nie zgadzam, pozwolę sobie lekko zapolemizować z poszczególnymi argumentami przytaczanymi przez Rafała i zdiagnozować problem trochę dokładniej.

1. Filtr redakcyjny

To prawda, nie wszystkie książki są recenzowane równie szybko we wszystkich czasopismach; niektóre wcale. Istnieje w redakcjach swoisty filtr, odsiewający – jeszcze przed etapem regularnej krytyki – część tytułów. Ów odsiew jest konieczny z przyczyny bardzo prozaicznej: książek ukazuje się zbyt wiele w stosunku do miejsca przeznaczanego w prasie na omówienia literatury; czy też na odwrót: nie ma gdzie tych recenzji pomieścić. Stosuje się więc selekcję.

Stosuje się selekcję i chyba się zgodzimy, że jest ona konieczna, idiotyzmem byłoby poświęcać tyle samo miejsca dziesiątemu tomowi „Magicznego miecza” i nowej powieści Kurta Vonneguta czy Neala Stephensona. Diabeł tkwi natomiast w szczegółowych kryteriach tej selekcji. Czy uczciwe będzie przyjęcie np. takiej zasady: „recenzujemy wszystkie książki autorów polskich?”. Jeszcze niedawno przytaknąłbym bez wahania, lecz ostatni rok-dwa przyniósł taki wysyp polskich książek fantastycznych (z którego oczywiście bardzo się cieszę), że mam już wątpliwości. Które książki są tu więc bardziej ważne? które trzeba zrecenzować?

Do tego wysypu przyczyniła się głównie (obok Runy) właśnie Fabryka Słów. „Nowa Fantastyka” istotnie po recenzji z „Kronik Jakuba Wędrowycza” Pilipiuka ponad rok temu dopiero teraz poświęciła uwagę „Achai” Ziemiańskiego (tzn., żeby było jeszcze bardziej personalnie, poświęciła miejsce dla mojej z „Achai” recenzji). Sądzę, że błędem było przemilczenie zbioru opowiadań Ziemkiewicza czy „Wilczego gniazda” Komudy, ale już w przypadku kolejnych tomów przygód Wędrowycza i np. powieści Pawła Siedlara takiej pewności nie mam.

Wątek domysłów Rafała na temat motywów stojących tu za taką, nie inną selekcją dotyka kwestii interesów wydawców oraz tzw. patronatów medialnych; o nich niżej.

Tymczasem należy jednak wziąć również pod uwagę, iż polityka redakcyjna w praktyce napotyka na rozmaite trudności w realizacji swych jakkolwiek rygorystycznych założeń. Istnieją np. książki, którymi nie ma ochoty się zająć żaden recenzent – bynajmniej nie dlatego, że są one tak koszmarnie złe, lecz ponieważ są do tego stopnia nijakie, że właściwie nie sposób napisać o nich cokolwiek inteligentnego. W tej kategorii mieszczą się kolejne tomy cykli fantasy czy SF, które można kwitować standardową formułką: „To samo, co poprzednio; dla miłośników”. Nadto w przypadku literatury fantastycznej krytyką tradycyjnie zajmują się częstokroć pisarze; a nie każdy ma ochotę na publiczną szczerość wobec dzieł kolegów, sam przez lata tego unikałem. Zwłaszcza że w tym środowisku nie należą do rzadkości gniewne kontrataki na recenzenta ze strony dotkniętych autorów. Sytuacja jest więc skomplikowana, szczytna teoria w praktyce kuleje.

Stanowisko Rafała odbieram jako postulat absolutyzujący: skoro nie da się pisać równo o wszystkich, nie piszmy o nikim; a każda inna strategia to manipulacja. Otóż nie jestem takim radykalistą. Nawet rzadkie i preselekcjonowane recenzje są lepsze niż żadne – niż sucha notka informacyjna.

2. Nieobiektywność recenzji

Skoro już jednak zapadła decyzja i recenzja się ukazuje, powstaje pytanie: czy należy jej wierzyć? Ziemkiewicz do opisu recenzji wg niego dobrych używa terminów w rodzaju „niezależność”, „obiektywizm”, „uczciwość”. Spróbujmy dociec, co właściwie miałyby one oznaczać.

W najbardziej potocznym rozumieniu recenzent niezależny to taki, którego oceny nie zależą od jakichś zewnętrznych nacisków, np. osób zlecających mu recenzję. Jego przeciwieństwo stanowi recenzent piszący „na zamówienie”. Z mojego doświadczenia, jakkolwiek skromnego, wynika jednak, że żadne aż tak melodramatyczne machinacje nie są konieczne. Autor książki skierowanej do recenzji dopytuje się tylko niespokojnie: „A komu ją przydzielili?” Różne są bowiem gusta i co jeden recenzent szczerze pochwali, to inny równie szczerze zgani – a obaj w swej robocie całkowicie niezależni. Nie chcę przez to powiedzieć, iż obowiązuje tu pełen determinizm ocen, boć byłaby to głupota; można jednak z dużym stopniem pewności przewidywać reakcje, podobnie jak niewiele bym ryzykował obstawiając reakcję Rafała Ziemkiewicza na nową powieść Pilcha.

Czy więc recenzja napisana po takim przydziale jest „niezależna”, „obiektywna”, „uczciwa”, czy nie? A gdyby recenzentowi nie trawiącemu języka autora X redaktor zabronił pisania o jego książkach – czy to byłoby uczciwe? Przecież tak samo manipuluje, tyle że in plus; ale manipulacja jest manipulacja. A gdy się z ludźmi współpracuje przez kilka lat, poznaje się ich preferencje i nie sposób wybierać „na ślepo”. Co więc robić? Brać ciągle nowych z ulicy?

W praktyce jednak istnieje znaczne skrzywienie na korzyść omawianych książek. Być może już dawno powinienem był głośno zwracać na nie uwagę. Otóż recenzenci nierzadko sami z góry „zaklepują” sobie książki, chcą pisać o tym, co ich interesuje, o czym mają najwięcej do powiedzenia. Inni, nie tak zafascynowani danym pisarzem czy tematem, oczywiście nie nalegają. Statystycznie więc ów dobór działa jak system naturalnego podnoszenia oceny do maksimum właściwego dla danej puli recenzentów.

Powiedzmy jednak, że książka została przydzielona recenzentowi na drodze losowania i nie wie on nawet, do jakiej gazety ją pisze. Byłby więc w tym sensie niezależny – lecz czy obiektywny? Literatura jest sztuką, a sztuka podlega ocenie w kategoriach estetycznych. Estetyka i etyka to dwie aksjologie, w których o żadnym obiektywizmie ex definitione nie może być mowy. Czy dany przedmiot jest piękny i czy dany czyn jest zły, decyduje arbitralny dobór aksjomatów. Ponieważ żyjemy w tej samej kulturze i wymieniamy poglądy w ramach tej samej konwencji językowej, u dowolnych dwojga osób oba te zbiory aksjomatów w sporej części się pokrywają; lecz nigdy nie są do końca tożsame. A nie da się logicznie argumentować na gruncie jednej aksjologii przeciwko innej aksjologii.

Każdy więc recenzent jest subiektywny. Ziemkiewicz żałuje, że nie do wszystkich „można mieć zaufanie”. Otóż możemy mieć zaufanie do tych, którzy są subiektywni w podobny sposób, co my.

Wreszcie kryterium „uczciwości”. Pojmuję je tak: ten recenzent jest uczciwy, który szczerze zdaje relację ze swych wrażeń wyniesionych z lektury. Proszę zauważyć: można nie spełniać kryteriów „niezależności” i „obiektywizmu”, nadal pozostając uczciwym.

Rzecz w tym, że czy dana książka została zrecenzowana uczciwie, wie tylko Pan Bóg i recenzent (przy czym ten ostatni po jakimś czasie też jest podatny na zwątpienie). Pozostali mogą się tylko domyślać.

Tym niemniej istnieją pewne wskazówki i poszlaki zawarte w sposobie konstrukcji samej recenzji oraz te wynikające z jej porównania z innymi recenzjami tego samego krytyka; na ich podstawie możemy z niemałym prawdopodobieństwem zakładać, iż oto recenzent próbuje nam udowodnić tezę nie posiadającą łatwego oparcia w omawianym tekście. Po czym konkretnie taką taktykę rozpoznać – o tym będzie szczegółowo za miesiąc.

3. Patronaty medialne

Czy książka musi posiadać patronat medialny danego pisma, aby zostać w nim pozytywnie zrecenzowaną? Czy musi posiadać taki patronat, aby zostać zrecenzowaną w ogóle? Na czym właściwie polega ten mechanizm i o co w nim chodzi?

Pisze Ziemkiewicz: „Na udzielanie „patronatów prasowych” nad książką może sobie pozwolić takie pismo jak „Wprost”, które z założenia książek nie recenzuje, co najwyżej daje o niektórych nowościach informacyjne noty. Gdy jednak przedsięwzięciu sprzyja pismo mające stały dział recenzji, a już zwłaszcza, o zgrozo, pismo literackie, to wiarygodność jego recenzentów nieuchronnie zostaje podważona”. To rozumowanie w wersji radykalnej posiada zabawną konsekwencję: do patronatów nad literaturą najbardziej są powołane pisma nic z literaturą nie mające wspólnego.

Serio jednak: jest to niewątpliwie pewna pułapka. Jeśli logo pisma w patronacie stanowi formę rekomendacji danej książki przez pismo, to dochodzilibyśmy do znowu paradoksalnego wniosku, że pismo zrecenzować pozytywnie może tylko te książki, których nie poleca. Tych, które poleca – recenzować nie powinno w ogóle. W jaki sposób więc promować pozycje wartościowe? Wydawca nie powinien wykupywać dla nich reklam w pismach kojarzonych z literaturą, bo – zgodnie z rozumowaniem Ziemkiewicza – automatycznie uniemożliwi to uczciwe ich tam zrecenzowanie. I tak dalej, absurd za absurdem.

Wydaje mi się, że rozumiem intencje Rafała, to dążenie do maksymalnej czystości i ostrego rozdziału funkcji ocennych od jakichkolwiek kontekstów komercyjnych (recenzentom więc np. nie powinno się płacić). Moim skromnym zdaniem jednak, miast rozdzierać szaty i postulować niemożliwe rozwiązania totalne, należy dokonać bilansu korzyści i strat i pogodzić się z nieuchronnymi konsekwencjami dokonanego tak wyboru; żyjemy w świecie rozwiązań połowicznych i wiedzy ułomnej.

Postawmy więc pytanie: czy lepiej byłoby dla polskiej fantastyki, gdyby nie korzystała z żadnych patronatów i promocji medialnych? Tak czy nie?

Oczywiście osobną kwestią jest, na ile takie patronaty są w ogóle skuteczne. Jaką korzyść wynosi z nich pismo? Zapewne chodzi tu o prestiż, bo przecież nie o reklamę kilkudziesięciotysięcznego wydawnictwa na kilku tysiącach egzemplarzy książki; w takim razie pismu tym bardziej zależałoby, by nie patronować dziełom miernym. A może istotnie w grę wchodzą pieniądze – o tym nic nie wiem.

Jaką korzyść wynosi książka? Rodzaj i zasięg promocji oferowanej przez patronackie medium są tu bardzo różne; sądzę, że zależy to wyłącznie od wynegocjowanych warunków. Patronaty oferują także m. in. portale internetowe, stacje radiowe i chyba nawet telewizyjne. Jest to nowy, jeszcze przed 10 laty nie stosowany sposób na wypromowanie książek poza dotychczasowy krąg czytelników.

Nie wiem, jak rzecz się rozwinie w następnych latach, lecz ważąc na jednej szali oferowane tu możliwości, a na drugiej – ogłaszane przez Rafała zagrożenia dla wiarygodności recenzji, nie miałbym odwagi proponować fantastyce odcięcia się od tego systemu promocji.

4. Pozaliterackie mechanizmy promocji

Pisarz zyskuje rozgłos nie, jak kiedyś, dlatego że sprzedał wiele egzemplarzy książki i zyskała ona pozytywne recenzje, lecz dokładnie odwrotnie, książka się sprzedaje i jest pozytywnie recenzowana dlatego, że wokół autora narobiono rozgłosu”.

To, niestety, w wielu przypadkach prawda. Argumentacja przebiega więc tak: ponieważ recenzje nie wpływają na gust ogółu, lecz stanowią gustu tego martwe odbicie, nie są już potrzebne; zachowały się jako swoisty wyrostek robaczkowy z poprzedniego etapu ewolucji życia literackiego.

Ale zaraz, moment – kiedy właściwie była ta złota era, gdy autorzy zdobywali pozycję jedynie dzięki sprawności pióra, a kontekst pozaliteracki nie miał wpływu na sprzedaż książek i ton recenzji? Ziemkiewicz w porę się sumituje: „Nie, właściwie nie pamiętam czasów, kiedy „w recenzjach”, czy to głównonurtowych, czy naszych, było dobrze, uczciwie i obiektywnie”.

Skoro nie recenzenci, to może swego czasu przynajmniej czytelnicy nie zwracali uwagi na ów „rozgłos wokół autora”? Zaraz przychodzą mi jednak do głowy przykłady np. poetów romantycznych, budujących swój tragiczny image niczym dzisiaj gwiazdy rocka.

Prawda jest taka, że krytyka literacka zawsze stoi jedną nogą w „czystym tekście”, a druga jej noga grzęźnie w brudnej codzienności, w tym, co doraźne i względem sztuki zewnętrzne. Raz ciężar spoczywa mocniej na tej stopie (i wtedy Pilch narzuca światu swoje upodobanie do Masłowskiej), raz na tamtej (i wtedy recenzenci zachwycają się Coelho, głosem wykupujących go licealistek).

Mody przychodzą i odchodzą, zmieniają się gusta i normy, podług których ocenia się literaturę; i recenzenci również podlegają tym zmianom, byłoby nienaturalne – i w istocie dyskwalifikowało taką księżycową krytykę – gdyby pozostawali na nie uodpornieni. Źle natomiast jest, gdy sami nie zdają sobie z tego sprawy i gdy zmieniają się wszyscy równocześnie, w ten sam sposób. Każdy nowy trend indukuje bowiem kontrtrend, awangarda staje się snobizmem i wreszcie kontestowaną klasyką. Czy doprawdy medialne chwalby Masłowskiej nie wywołały u części krytyki reakcji na Masłowską zgoła alergicznych?

Rzecz w tym, że „narobienie rozgłosu” wokół autora nie jest bynajmniej wystarczającym warunkiem sukcesu książki. Czasami największy nawet rozgłos nie pomaga, telewizyjni idole zawodzą w kontakcie z posiadającym wolność wyboru odbiorcą – a czasami rzecz chwyta; i żaden pijarowiec nie jest w stanie ze stuprocentową pewnością przewidzieć sukcesu.

Rozgłos nie jest nawet warunkiem koniecznym: wbrew słowom Ziemkiewicza, sukces pisarza całkowicie nieobecnego w mediach zdarza się i dzisiaj, że przypomnę casus Łysiaka. Czyż zresztą kariera samego Andrzeja Sapkowskiego nie pokazuje właśnie pisarza, który „zyskuje rozgłos dlatego że sprzedał wiele egzemplarzy książki i zyskała ona pozytywne recenzje”?

Zwyczajnie sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana, wszystkie te mechanizmy współistnieją ze sobą, raz zadziała silniej ten, raz tamten, przekładnie zgrzytają, piasek chrzęści w maszynie, nawet doświadczony felietonista nie przewidzi, co z siebie wypluje czarna skrzynka.

5. Pożytek z krytyki

Zdaje się, że słabo do tej pory oponuję przeciw tezom Ziemkiewicza. Miast twardo przeczyć, pokazuję większe komplikacje i zaciemniam obraz, usiłując przedstawić sprawę w większej perspektywie i wskazać na wszystkie uwikłania praktycznych rozwiązań (oraz ich alternatyw). Odnoszę zresztą wrażenie, że w gruncie rzeczy powtarzam banały.

Po co komu recenzje? I autorzy, i czytelnicy oczywiście mogą się bez nich obejść. Czy jednak pozbawienie ich dostępu do tej krytyki – w całej jej mizerii, ze wszystkimi opisanymi powyżej kłopotami, ułomnościami i grzechami – będzie postępkiem dla literatury ozdrowieńczym czy szkodliwym, wzbogacającym czy zubażającym? Oto jest prawdziwe pytanie.

Bo puentą i morałem, do którego, mam nadzieję, dotrę w tym wywodzie, byłoby twierdzenie następujące: o ile istotnie pożytek z pojedynczej recenzji jest dla czytelnika zawsze wątpliwy, o tyle pożytek z recenzji w ogóle, pożytek z krytyki– nadal przeważa nad negatywami.

Krytyka – także ta popularna, gazetowa – jest rodzajem zbiorowej pamięci sztuki, ogólnodostępnym bankiem kontekstów literackich, tezaurusem wyobraźni i przewodnikiem intertekstualnym. Krytyka– nie zaś pojedynczy jej tekst.

Weźmy za przykład choćby fantastykę. Oto czytelnik nie mający o niej zielonego pojęcia chce znaleźć jakąś książkę fantastyczną pasującą do jego gustu i zainteresowań. Z braku krytyki co mu pozostanie? – wylosować? zawierzyć reklamom wydawców? Idźmy dalej: jakimś cudem znalazł taką książkę. Co z niej naprawdę zrozumie? Ile straci przez nieznajomość kontekstu, tradycji gatunkowej i subtelnych odniesień do poprzedników? Z tym wszystkim może łatwo się zapoznać, sięgając po stosowne opracowania krytyczne, kompetentne recenzje; inaczej pozostanie mu samodzielnie przedzierać się przez historię literatury.

Chętnie się zgodzę, że większość recenzji i recenzentów nie dorasta do tak pojmowanej roli krytyki; że stanowią te teksty mechaniczne odbicie dominujących trendów. Nawet wówczas jednak – właśnie jako całość, jako krytyka – pełnią ważną funkcję, wykreślają mianowicie swoistą mapę drogową literatury, w nich zachowuje się gipsowy odcisk łapy potwora pop-kultury.

Ci, co oceniają, nagradzają i karzą, często ulegają złudzeniu, iż w ten sposób opisują i wartościują sztukę. Lecz sztuka jest mocniejsza, sztuka jest bardziej trwała – tak naprawdę te oceny opisują i wartościują samych oceniających. Głos krytyki jest tu dźwiękiem rezonującego świata, w który uderzyła książka.

Zbyt górnolotnie? Powiedzmy więc i tak: im więcej recenzentów, im większy chaos i rozstrzał w ocenach, im większe pomieszanie wartości i im większy szum medialny, tym, paradoksalnie, większa szansa, iż każdy z czytelników zdoła odnaleźć w tym dotkniętym przekleństwem pluralizmu świecie chociaż jednego recenzenta o wystarczająco zbieżnym guście (i/lub uprzedzeniach), że lektura jego recenzji zaoszczędzi mu odtąd kłopotu zapoznawania się z literaturą na zasadzie chybił-trafił. Niemożliwe? Sam przetestowałem.

Oczywiście nie każdy czytelnik potrafi korzystać z krytyki równie dobrze; do lektury recenzji również wymagane są pewne umiejętności, bynajmniej nie tak bardzo się różniące od umiejętności, jakie powinien posiadać aspirujący do niezależności obywatel i konsument z XXI-wiecznych demokracji liberalnych. Tak samo przecież zgubne byłoby dla niego zawierzenie pojedynczemu politykowi czy pojedynczej reklamie, albo nieznajomość kontekstów, w jakich funkcjonują, mechanizmów za nimi stojących.

Analogicznie, na szczegółowych przykładach można atakować – i atakuje się – demokrację i wolny rynek, teoretycznie w owych szczegółach zawsze mając rację. Uczciwym postawieniem sprawy jest tu wszakże jedynie porównanie systemu jako całości – z innym możliwym systemem.

I tak jak różni się gospodarka czasu kapitalizmu od gospodarki czasu PRL-u, tak różni się kapitalistyczny świat książki od świata książki w PRL-u; a żaden człowiek nie rodzi się z pełną znajomością reguł nowego systemu i umiejętnościami orientacji i poruszania się w nim. Trzeba go ich dopiero uczyć.

Jak? Swego czasu napisałem prowokacyjny tekst pt. „10 sposobów na zgnojenie książki”; pozwolę go sobie przy tej okazji zaprezentować dla edukacji czytelników „Science Fiction” w następnym numerze. Pokazuje on metody, którymi można w recenzji skutecznie przekonać o marności książki samemu uważanej za dobrą, i to bynajmniej nie mijając się z prawdą.

Podobnie bowiem jak każdy prędzej czy później uczy się czytać między wierszami umów, interpretować obietnice polityków, wyszukiwać ostrzeżenia zamieszczane drobnym druczkiem na urzędowych formularzach, uodporniać na reklamy i omijać na ulicy nachalnych żebraków – tak samo czytelnik winien umieć poruszać się po wolnym rynku literatury.

Nie mówię przecie: wszystkie recenzje są dobre. Mówię: w ogólnym rozrachunku nawet te złe są pożyteczne.

Jacek Dukaj