Są w sztuce dwie bariery. Pierwsza: bariera śmieszności; druga: bariera szczerości. Twórcy pod progiem śmieszności (zazwyczaj są to młodzi debiutanci) starają się powiedzieć coś bezpośrednio od siebie, przedrzeć się z nagim przekazem, porozmawiać bezwstydnie o Rzeczach Naprawdę Wielkich; obraca się im to jednak w infantylne, samoośmieszające się, nieporadne konfesje, które nawet przykro czytać. Więc w naturalnej reakcji obronnej uciekają w cynizm, w silne konwencje, gry powierzchowne - i to jest 99% współczesnej sztuki. Dopiero nieliczni mistrzowie potrafią ponownie przebić się przez barierę szczerości i ponad konwencjami (które opanowali jako posłuszne narzędzie), ponad cynizmem (który zaakceptowali i przezwyciężyli) porozumieć się z odbiorcą.
Niestety, literatura fantastyczna wypada pod względem proporcji powyższych strategii jeszcze gorzej od mainstreamu, ponieważ konwencje są tu tak niesamowicie silne - w fantasy bardziej niż w horrorze, w horrorze bardziej niż w science fiction. Utwory wychodzące poza permutacyjne gry scenografią, oferujące pewną „wartość dodaną”, są niesamowicie rzadkie - i tym wyżej należy je cenić.
Za taką odważną próbę o wysokim stopniu ryzyka mam „Arsenał” Marka Oramusa. Jest to jego druga powieść, powstała na początku lat 80-tych; i chyba najwyższy dotąd punkt na jego artystycznej krzywej.
Założenie fabularne powieści jest proste: statek badawczy wysłany do Saturna natyka się w okolicy giganta na fenomen astrofizyczny (później ochrzczony Arsenałem). Połowa książki to historia wyprawy, trochę w duchu klasycznej SF eksploracyjnej; połowa - opis podejmowanych prób zbadania Arsenału czy też - kontaktu z nim. Arsenał porozumiewa się najwyraźniej wpływając bezpośrednio na psychikę, i tam rozgrywa się druga część powieści: w głowie głównego bohatera, Adama Nyada.
Konstrukcja psychologiczna Nyada (a ze świecą szukać w SF równie tu przekonującej roboty) podsuwa atrakcyjną metaforę dla tezy o dwóch kataraktach sztuki. Jest to człowiek o tak cienkiej skórze, z nerwowodami duszy podatnymi na najlżejsze podrażnienia, że aż chyba niezdolny do funkcjonowania bez stałego pancerza ochronnego - pancerza cynika, prześmiewcy, gbura. Pancerz chroni go od zewnątrz (przed zgubnym obnażeniem się przed innymi) i od wewnątrz (przed koniecznością samoanalizy: wszak wciąż może sobie mówić: „To nie ja; ja - gram”). Lecz w końcu musi się Nyad tej zbroi pozbyć, choć przyrosła jak druga skóra, by stanąć przed Arsenałem nagim; tylko prawda zbawia.
Jest to wyzwanie/kryzys, przed którym twórca staje w sposób nieuchronny. Nie wiem, na ile Marek uczynił Nyada świadomie swym porte-parole, niemniej widzę wyraźnie, jak od kolorowych, efektownych „Sennych zwycięzców”, w ostatnich rozdziałach próbujących (jeszcze trochę nieporadnie) osiągnąć ten poziom szczerości, przechodzi do „Arsenału”, gdzie na moment przebija się przez wszelkie maski i konwencje; i jak potem coraz bardziej się im poddaje w „Dniu drogi do Meorii” i „Święcie śmiechu” - napisanych bez wątpienia sprawniej, ale też z o ile większym dystansem...!
Powiada się, że tylko młodość daje tę bezczelność niezbędną dla porwania się (w literaturze, filozofii czy fizyce) na Absolut. Wszyscy wiemy, że te próby nigdy nie kończą się powodzeniem - niemniej człowiek młody potrafi sobie na jakiś czas wmówić, że on właśnie zwycięży, gdzie poległo tylu. Potem pozostają zapisy wspaniałych porażek. Czytamy je z przyjemnością.
Tak leci Adam Nyad na spotkanie tajemniczemu Arsenałowi, w którego sercu otwiera się furta do wszechmożliwości. Jaka przeszłość za Nyadem? Jaka teraźniejszość pozostawionej za rufą „Megahicle” Ziemi? W świecie przedstawionym zieje tu pustka, lecz w wyobraźni Nyada/Arsenału rozgrywają się sceny kodujące rzeczywistość stanu wojennego, metaforyzacje paralelne do „Raportu z oblężonego miasta” Herberta. Gdzie kończy się Nyad, a zaczyna Oramus? Gdzie kończy się Arsenał, a zaczyna Bóg? Skojarzenia podsuwa autor nachalnie: Nyad wręcz myśli cytatami z Jezusa. Bo skoro się już przekroczyło próg szczerości, nie istnieje kategoria „wstydu”. Możemy nazywać wtedy rzeczy po imieniu. I tak Oramus próbuje opisać Absolut.
Próba to, oczywiście, nieudana. Piszę „oczywiście”, ponieważ taka jest natura Absolutu. Transcendencja opisana stoi mi na półce nad biurkiem obok perpetuum mobile, kwadratowego koła i punktu idealnego. Lecz przecież Oramus zdawał sobie sprawę z niemożliwości. W sztuce obowiązują jednak inne prawa, nie da się zalgorytmizować arcydzieła; twory „złamane”, w widoczny sposób nie sięgające celu potrafią wywierać daleko większe wrażenie, aniżeli łatwe perfekcje. „Arsenał” jest takim utworem ułomnym, także na poziomie konstrukcji fabuły - jak sam Marek przyznaje, bardziej dał się pociągnąć powieści, aniżeli sam ją prowadził. Zarazem jednak pozostaje ta książka wyjątkową na tle SF polskiej (tu mógłbym wskazać tylko Snerga), a i rzadkością na tle światowej (Dick, Ballard, niektórzy dojrzali cyberpunkowcy - kto jeszcze?) - właśnie dla tej niebanalnej szczerości. Prawie nikt tu tak nie pisze - nikogo nie stać, nikt się nie odważa, nie potrafi. Czytelnicy też zresztą wydają się lubić raczej gry kolorowymi elementami konwencji, doskonałe i domknięte, niczym do końca ułożone puzzle. Powieści w rodzaju „Arsenału” przeznaczone są dla tych kilku procent, które bywają śmiertelnie znudzone owym powierzchownym teatrem wyobraźni (chociażby dlatego, że po kilkuset przeczytanych tomach równie dobrze mogą go odgrywać samodzielnie) i szukają czegoś, co potraktuje ich serio - tekstu, spoza którego autor spojrzy im prosto w oczy.
Ale - spyta teraz ktoś - czemu wobec tego fantastyka? Po co ten płaszcz?
Lecz czy istotnie są to jedynie barwy ochronne? Jakże bowiem w ogóle możliwa jest realistyczna powieść o spotkaniu z Absolutem?
Jacek Dukaj
Marek Oramus „Arsenał”, Solaris 2000, cena: 25.00 zł