Przepis na bestseller

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 143 (1994-08).

Ja tak to sobie wyobrażam: facet miał lekką obsesję na punkcie Dalekiego Wschodu, a nie miał pieniędzy. Zdarzyło mu sie zapewne swego czasu skrobnąć to i owo, i akurat była to SF. Poszedł z konspektem do wydawcy - jak już, to na całość, żadne minima; trylogia, i to do kwadratu, czyli dziewieć ksiąg, a każda pięćset stron najmniej. Facet nazywa sie David Wingrove i mija właśnie półmetek swego cyklu „Chung Kuo”. Tłumaczę: Chung Kuo znaczy Państwo Środka, co jest zarazem tytułem pierwszego tomu. Tłumaczę tłumaczenie: Państwo Środka to oczywiście Chiny.

Książka ta to nie żadne arcydzieło, zwracam na nią uwagę z dwóch powodów pobocznych. Pierwszy - to samo założenie przyjęte przez autora: rasa żółta opanowuje świat. Chung Kuo to już praktycznie cała Ziemia. Z uwagi na rozmach projektu oczekiwałem tu jakiejś analizy i opisu kultury w szczegółach, a syntezy w filozofii w planie ogólnym, rozważań nad jej rozwojem - skoro się bierze za czas akcji cały XXIII wiek, a za jej scenę Wszechświat niemalże. Lecz Wingrove po prostu popłynął na fali fascynacji Azją i kasandrycznych przepowiedni o jej rychłej ekspansji. To smutne - ta jednowymiarowość widzenia Chińczyków jako narodu; jak głęboko sięgają stereotypy. Wingrove bez wątpienia przekopał się przez setki książek - Konfucjusz, historia Chin, haiku; teorie gier i wojen Wschodu, teksty Mao, pewnie i języków się uczył - lecz nie potrafi tego wykorzystać inaczej niż do budowania przeładowanej scenografii i epatowania czytelnika zgrabnymi cytatami.

Druga przyczyna, dla której uważam „Państwo Środka” za pozycję godną uwagi, zda się cokolwiek cyniczna. Ta książka stanowi niemal doskonały przykład pewnego systemu pisarskiego, który nazwę tu techniką wtórnych bestsellerów. Jego podstawa: temat gwarantujący maksymalny odzew wśród czytelników, maksymalnie „chwytliwy”; przy czym nigdy nie jest on kwestią wyboru, raczej szczęścia autora, że trafił ze swoją obsesją - w tym wypadku to Chiny. Teraz składniki konieczne: pieniądze, seks, władza, źli i dobrzy, ostre konflikty, przerysowane dramaty, akcja czyli krew. Ten szkielet jest niezmienny. I na to dopiero idzie mięso zależne od wybranego przez autora gatunku.

„Chung Kuo” to przypadek kliniczny, są w nim obecne wszystkie najgłośniejsze trendy SF, niektóre transplantowane tak bezceremonialnie, że można wskazać pierwowzór. Postać Kima, cały ten wątek, to kalka Cardowego Endera. Dickowskie zafałszowanie historii: Chiny panują od zawsze, biali to rasa niewolników, nie dokonali żadnego istotnego odkrycia, wszystko zawdzięczają Azjatom; rasa negroidaina nie istniała nigdy, to bajka (holocaust Murzynów). Dalej: erzatz cyberpunku, z wojnami molochowatych korporacji, komputerowymi neurostykami, barwnym podziemiem, genetycznymi manipulacjami. I „Diuna”: feudalizm w zderzeniu z techniką, bizantyjskie intrygi; dorastanie do władzy w arystokratycznej dynastii. I jeszcze mamy wstawkę jak z horroru, mroczne sekrety z przeszłości, krew bucha z odciętej ręki. Znajdzie się i motyw eksploracji kosmosu, już budują statki. Zaś co parę stron wyziera nam z opisów i dialogów, z atmosfery - nieśmiertelny James Clavell.

Wash and go, wszystko w jednym.

„Państwo” jest pierwszym tomem sagi, prologiem - to, niestety, widać. Teraz rodzą się bohaterowie, zawiązują wątki, ujawniają konflikty, malowana jest scena dla przyszłych dramatów - stąd Wingrove musi się posiłkować rozbudowywaniem starć drugoplanowych, żeby czytającego nie zanudzić. Dużo tu takich pakuł wypełniających szczeliny. Autor usilnie stara się powieść uatrakcyjnić, chwilami robi się z niej czysta space opera. Na tyle przynajmniej zna się na rzemiośle, że nie zdarzają mu się wpadki rażące. „Chung Kuo” jest całkowicie reprezentatywne dla tego typu „wielkich” cykli (nie tylko SF), które zaczynają zalewać nasz rynek, a różnią się między sobą jedynie scenografią, imionami własnymi, poziomem tłumaczenia i liczbą tomów - notabene wydawałoby się, że obowiązującą formą jest trylogia, lecz najwyraźniej trzy lata nie wystarczają, pisarze chcą mieć chleb zapewniony od razu na dekadę.

Mam żal do Wingrove'a, że zmarnował potencjalnie tak bogaty temat jak przyszłość Azji i konfrontacja stoicyzmu zen i w ogóle filozofii orientalnych z postępem technicznym. (Są o tym niezłe opracowania na przykładzie Japonii i pomniejszych tygrysów Wschodu.) Uproszczenia, od jakich roi się w książce, przyprawiają o ból głowy. Na przykład mandaryni stopują od stuleci rozwój nauk w obawie przed jakąkolwiek zmianą.(Utrzymując status quo utrzymujemy pokój). Jest to oś konfliktu, jedno z głównych założeń powieści; nierealistyczne przez niemożność wyegzekwowania podobnego zarządzenia. Naprawdę źle jest zaś wtedy, gdy zaczyna się charakteryzować postaci przez ich przynależność rasową. Nawet nie bardzo się mogę złościć na Davida Wingrove'a, facet chciał po prostu rzecz sprzedać. I sprzedał.

Jacek Dukaj

David Wingrove: Chung Kuo. Księga I: Państwo Środka. Tłum. Przemysław Znaniecki. Rebis 1993. Science Fiction.