Nie miałem przed lekturą „Miliona nowych drzwi” Johna Barnesa wielkich oczekiwań, więc nie zawiodłem się. Poprawnie napisana przygodowa SF o kolorowym świecie (a nawet dwóch). Nie czytałem z wypiekami; ale też nie z bólem.
Barnes zbudował swój kosmos podług algorytmu znanego w SF od dziesięcioleci (z powodzeniem stosowali go m. in. Le Guin, Simmons, McMaster Bujold czy Kołodziejczak). Migracja w kosmos licznych społeczności opartych o ekscentryczne konstytucje kulturowo-prawne, które to społeczności sukcesywnie kolonizują i terraformują wszystkie dostępne planety. Kiedy prędzej czy później następuje Powtórny Kontakt, mamy scenę gotową. W dowolnym momencie możemy wprowadzić dowolną ekstrawagancję; każda scenografia, każda postać, każda niespodzianka technologiczna będzie usprawiedliwiona i nie złamie kreacji. Nic dziwnego, że potem pisarze nie czują już potrzeby generowania nowych uniwersów i mieszczą kolejne swoje pomysły w jednym i tym samym; algorytm nieuchronnie generuje cykle powieściowe. Również „Drzwi” posiadają swój ciąg dalszy.
Ekumena Barnesa zwie się Tysiąc Kultur. Powieść zaczyna się na Nou Occitan, skąd pochodzi główny bohater (jest to kultura gloryfikująca archetyp romantycznego kochanka, szermierza-poety, renesansowego macho); rychło przenosi się do Kaledonii, niemal dokładnego przeciwieństwa Nou Occitan (teokracja za pomocą ekonomii wdrażająca doktrynę Boga ultraracjonalistów), także klimatycznego. Kolonie dzieli ładnych parę lat świetlnych, lecz natychmiastowy przeskok jest możliwy dzięki wynalazkowi teleportera. Tenże wynalazek jest przyczyną tzw. „szoku zjednoczeniowego”: fali nieuniknionych wstrząsów kulturowych, ekonomicznych itd. przetaczających się przez kolonie „powtórnie przyłączane”. Nasz bohater trafia do Kaledonii właśnie jako członek ekipy mającej tam złagodzić ów szok. Miast tego katalizuje rewolucję.
Barnes porównywany jest do Heinleina i, zaiste, chwilami miałem wrażenie, że czytam książkę RAH pochodzącą z lat 60-70-tych, jeno przyozdobioną w niektóre gadżety wynalezione przez SF później - np. nanoboty - z których wszelako autor nie wyciąga nigdy konsekwencji fabularnych/kreacyjnych: są, a jakby ich nie było; słowa. Pod nimi - Heinlenowska SF sprzed ćwierćwiecza. Sposób pierwszoosobowej narracji, konstrukcja psychiczna bohatera, jego ironiczne komentarze na tematy polityczne i erotyczne - pozornie głębokie, a po sekundzie zastanowienia zapadające się pod ciężarem ogólników... Heinlein lat 90-tych; i nie jest to komplement. Cała naiwność „Drzwi” wychodzi na wierzch w opisie przewrotu na Kaledoni. Jest do dokładnie klasa Heinleinowskiej „Luny”. Wyobrażenie mechanizmów polityki na poziomie szkoły podstawowej.
Wbrew pozorom nie są „Drzwi” klasyczną space operą; więcej tu romansu niż akcji. I za to należy się Barnesowi mały plusik: że mianowicie zakochał bohatera w kobiecie fizycznie zdecydowanie nieatrakcyjnej, i konsekwentnie tak ją przedstawia; a nie jest to miłość z litości. Dla tego wątku i dla opisów egzotycznych światów warto książkę przeczytać; niczego więcej oczekiwać nie należy, jeśli nie chce się zostać zawiedzionym.
Jacek Dukaj
John Barnes „Milion otwartych drzwi”, tłum. Michał Jakuszewski, MAG 1999, cena: 25.00 zł