SF^2

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w czasopiśmie „Miesięcznik ŚKF” nr 118 (1999-10).

Trzy lata czekaliśmy na drugi tom „Dominium Solarnego” Kołodziejczaka; warto było. Dobre, bardzo dobre. To jest dokładnie to, czego czytelnik się spodziewał po kontynuacji/zamknięciu „Kolorów”. Nie wiem, czy Tomek od początku miał w myśli teorię poziomów organizacji rzeczywistości, ale efekt wygląda jak od pierwszego zdania rozplanowana zagadka. I o to chodzi! To jest to, co tygrysy lubią najbardziej!

Teoria ta jest wyraźnie zadłużona u Snerga i Lema, jednak w takiej postaci, na ile się znam na SF - oryginalna. Oczywiście, mój rozpędzony umysł natychmiast zaczął produkować kolejne szczeble analogii: jak przedstawiałaby się świadomość na poziomie idei...?

Co mi się jeszcze podobało. Postać brata Diny. Rozwinięcia teorii naukowych (to lubię!). Parksowie i ich kultura, alternatywna filozofia nauki, bardzo solidnie odrobiona. Podróż przez hiperbramę jako wymuszona redukcja makrofunkcji falowej obiektu na stanie ze współrzędnymi przestrzennymi związanymi z inną osobliwością (coś mi dzwoni, że Baxter stosował ten numer). Podało mi się, że spopieliło Danielowi nogę z kodami; nienawidzę strzelby Czechowa, takie prawa ergonomii fabuły tylko zafałszowują świat przedstawiany. Bardzo mi się podobało bogactwo kulturalno-technologiczne układu Gladiusa; na palcach jednej ręki mogę policzyć SF tak wysokokaloryczną, to są okolice Bestera; owa absurdalnie popularna McMaster Bujold do pięt tu Tomkowi nie dorasta.

Wady. Jest jedna, podstawowa, i to ta sama, co w „Kolorach”, większość pozostałych to jej pochodne: język, język. Eufemistycznie rzec można: „poprawny”. Dużo, bardzo dużo wspaniałych obrazów/scen w znacznym stopniu zostało przez to zmarnowanych dla czytelniczej wyobraźni, serce się kraje, zwłaszcza przy tym podwodnym pościgu, w pokorgardzkich ruinach i na Diracu. Parę razy odniosłem wrażenie rażącej nieadekwatności użytych słów, sformułowań.

Paradoksalnie, w dialogach najlepiej wychodzi ów demoniczny Tankred - zapewne dlatego, że już jest karykaturą filmowych schwarzcharakterów. O niego mam zresztą do Tomka niejakie pretensje, ale już raczej nie w ramach krytyki literackiej. Otóż jeśli się chce sportretować negatywne cechy pewnego systemu jako systemu, idei jako idei, postawy jako postawy - nie robi się z ich przedstawiciela komiksowego psychopaty! Po pierwsze, to drastycznie zaniża ogólną wiarygodność. Po drugie, przenosi odpowiedzialność za zło (w odbiorze czytelnika) z cech konstytutywnych układu/idei na cechy osobnicze delikwenta. Po trzecie, tragedia jest, gdy nie-zły czyni zło (i tu brawa za Ramzesa; chociaż moment jego konwersji został trochę „puszczony”), lecz gdy pod znakiem zła idzie zły, mamy tylko amplifikację podłości.

Co tu jeszcze Kołodziejczaka radykalnie odróżnia od Ziemkiewicza: aksjologia etyki. RAZ miał chyba zawsze (w „Walcu” już explicite) jako podstawę argumentacji prokonserwatywnej metaetykę utylitarystyczną. Taka jest jego podświadoma deontologia: stosujmy się do etyki konserwatywnej PONIEWAŻ daje to na dłuższą metę większą efektywność. Kołodziejczak stoi na stanowisku etyki kodeksowej: stosujmy się do etyki konserwatywnej POMIMO IŻ nie daje to żadnych doczesnych korzyści. Nie wiem, czy ktoś to wcześniej zauważył, ale mnie ta różnica uderzyła po lekturze „Schwytanego”.

Fakt, że tyle tu miejsca poświęcam ułomnościom powieści, nie oznacza, iż są one proporcjonalnie tak duże lub że mi się ona nie podobała. Jak mówię, jest dobra, w niektórych aspektach (świat, pomysły) bardzo dobra. „Schwytany” jest nieporównanie bardziej naładowany pomysłami, „Kolory” były zaś gęstsze fabularnie. Co kto lubi; dla mnie rzecz posiada wysoki stopień „miodności”.

Kołodziejczak jest zresztą obecnie w Polsce udzielnym władcą w tym królestwie. Rozumie mentalność fana-hobbysty (w opozycji do fana-czytelnika, że się posłużę takim skrótem myślowym) i potrafi dać mu w beletrystyce dokładnie to, o czym ten marzy. To jest SF drugiego pokolenia: pisana z wyobraźni wyrosłej na SF pierwszego pokolenia. Tę metodę można nazwać Wielką Kompilacją; ponieważ jednak kompiluje z polotem, ze zrozumieniem kompilowanego i jeszcze dodaje od siebie oryginalne rzeczy, daje to w efekcie nową jakość, SF2.

Jacek Dukaj

Tomasz Kołodziejczak Schwytany w światła, Cykl Dominium Solarne, SuperNowa 1999