Siadam do pisania ...

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks” nr 18 (1999-01).

Siadam do pisania kolejnych polecanek i patrzę na skreśloną naprędce listę książek z ostatnich miesięcy. Cóż, nie jest źle, są tu pozycje wcale dobre - nie ma jednak ani jednej wybitnej, ani jednego tytułu, którym - w podświadomym skojarzeniu - pamiętać się będzie ten rok, jak było to z np. „Diamentowym wiekiem” Stephensona. Coraz większe odstępy między kolejnymi przełomami, krzywa się wygładza, umysł przyzwyczaja do egzotyki...

Zacznę może zatem od powieści, która była moim zdaniem najbliższa owemu progowi czystego zachwytu (choć go nie przekroczyła). Mam na myśli „Stacje przypływu” Michaela Swanwicka, cieniutką książeczkę wypuszczoną przez obudzonego z półrocznego letargu MAG-a. Sam bym z przyjemnością coś takiego napisał. Greenawayowe rozbuchanie scenograficzne (planeta o ekscentrycznej orbicie, oryginalnej biosferze, wszystko tu rośnie albo gnije), Greenawayowy nastrój (przeddzień zagłady/przemiany świata), przebitki cyberpunkowe, kryminalna intryga, mistyczny background... I napisane to wszystko lepiej niż poprawnie, w odrobinę skrzywionym spojrzeniu. Słowem: więcej Swanwicka, proszę! (Żal jeno, że MAG zmienił format i szatę graficzną serii, upodabniając się do wydawnictw Zyska i S-ki).

I druga skromna objętościowo rzecz MAG-a: „Skok w konflikt: Prawdziwa historia” Donaldsona (tego od „Kronik Thomasa Covenanta Niedowiarka”). Żeby tak prawdę rzec a nie skłamać, to nie bardzo jest za co polecać tę pierwszą część wieloksięgu. Problem w tym, że właśnie jest to dopiero początek większej całości, bodaj najlepszej space opery ostatnich lat. I teraz: albo czytamy wszystko, albo kładziemy lagę. Nie jest to najuczciwsze ze strony autora, ale cóż... Każdy orze jak może. „Skok w konflikt” stanowi krótkie intro do kosmosu Donaldsona; opowiada historię dwóch rywalizujących ze sobą piratów próżni i jednej pięknej policjantki. Od nieświeżej psychologii trochę przyciężkawe - można sobie również na razie darować posłowie autora. Najlepiej kupić i czekać na dalszy ciąg. (Do czego to doszło, że nie wstydzę się takich rad dawać...!)

Skoro już jestem przy space operach i początkach serii: „Wspomnij Phlebasa” Iaina M. Banksa sporo jest grubsze od „Skoku”, lepiej się czyta i można spokojnie potraktowac jako autonomiczną całość (choć to wszak pierwszy tom słynnego cyklu o Kulturze). Wszystko tu jest jak Pan Bóg przykazał: tuzin inteligentnych ras, skolonizowana galaktyka, wojna, w której giną planety i słońca, kilometrowe statki kosmiczne, agenci tajni a metamorficzni... Być może nawet zdobyłbym się na parę słów gorętszej zachęty, ale przydarzyło mi się z tą książką, co zazwyczaj zdarza się z książkami, na które zbyt długo się czeka. Otóż znając z grubsza jej fabułę i założenie, na którym Banks ją oparł - konflikt religijny między kosmicznymi cywilizacjami mianowicie - zdążyłem je sobie dokładnie przemyśleć i dojść we własnym wyobrażeniu do takich literackich pułapów, że biedny Banks nie miał innego wyjścia, jak tylko mocno mnie rozczarować. No bo jednak - taka ksenodżihad to jest pomysł...! Tym niemniej - fest czytadło.

A teraz coś z odrobinę innej beczki: wojna nie w kosmosie, lecz na alternatywnej Ziemi. Niejaki S. M. Stirling spłodził powieść pt. „Szturm na Gruzję”. Przyjemność czytania podobnych historii w dwóch trzecich bierze się z odkrywania różnic w liniach czasowych ich świata, nie będę więc tutaj go opisywał - dość powiedzieć, że jest naprawdę oryginalny (żadne tam zwycięstwo Niemiec w II wojnie światowej!). Co ciekawe, Stirling napracowawszy się nad tym światem wykorzystał go następnie do poprowadzenia fabuły typowej dla powieści wojennej, krwawej beletrystyki frontowej. Ponieważ historia jest alternatywna - mamy tam zatem alternatywne ubzrojenie, alternatywne mocarstwa, alternatywne strategie. Coś jakby nowy podpodgatunek: technothriller hipotetyczny.

Zysk wypuścił jeszcze jedną powieść autora dotąd w Polsce nie znanego (bo w rzeczy samej debiut): „Struktor Bohra” Lindy Nagaty. Tytuł to zmyłka: nie ma nic wspólnego z żadnym z Nielsów Bohrów. Chociaż w istocie sprawa obraca się dookoła pewnego subatomowego konstruktu, produktu zakazanej nanotechnologii. Jest w tej powieści trochę z „Diamentowego wieku”, choć brak jej jego subtelności - są tu bohaterowie pozytywni, są negatywni, jest konflikt konserwatystów z postępowcami, są efektowne pościgi. W żadnym jednak razie nie można mówić o wtórności, Nagata radzi sobie też z językiem... Porządna, twarda SF.

Taką też jest „Światło wirtualne” Williama Gibsona. W ogóle po tych kilku jego powieściach rzec już mogę z jaką taką pewnością, iż zalicza się Gibson do tych pisarzy, którzy nie schodzą nigdy poniżej pewnego poziomu przyzwoitości (w jego akurat przypadku wcale wysokiego) i można kupować ich książki w ciemno, „na nazwisko”; a to rzadkość, wielka rzadkość. „Światło” nie należy do Trylogii Ciągu, mniej tu cyberpunku, więcej owej „twardej SF”. Pierwotna wizja przyszłości Gibsona, ta z „Neuromancera”, wyraźnie się zdeaktualizowała (tak, tak, proszę państwa, przyszłości też się dezaktualizują, i to jak szybko!), widać, że Gibson w międzyczasie przemyślał wiele rzeczy, odszedł od ekstrapolacji technologicznych w stronę refleksji kulturowych i socjologicznych. „Światło wirtualne” także czyta się lepiej od „Mony Lizy”, coraz częściej przebija spod Chandlerowskich obserwacji luźny, skojarzeniowy humor. Łatwiej też śledzić intrygę, narracja bardziej przyjazna dla czytelnika. No i nareszcie Gibson oddaje na koniec inicjatywę bohaterom, choć raz bezduszne korporacje nie okazują się wszechwładne, jest nawet coś na kształt happy endu. Polecam (każdemu). Aha, nie jest prawdą, co pisze na tytułowej karcie wydawca: książkę przetłumaczył bowiem nie Piotr Cholewa, lecz Zbigniew Królicki.

„Prestiż” Christophera Priesta wywołuje odruchowe skojarzenia z „Krainą Cieni” Strauba: też jest to taki klimatyczny quasi-horror o iluzjoniście, sprawnie napisany. Priest jednak znacznie dokładniej obmyślił fabułę, precyzyjnie wymierzył suspens; przegrywa jednak na polu języka i owego specyficznego nastroju wieloznaczności, który charakteryzuje tego rodzaju „horror z pogranicza” z literackimi ambicjami. Może właśnie przez ową dosłowność do końca przemyślanej intrygi... Jest wszelako w tej historii człowieka poświęcającego sztuce iluzji całe swe życie (niszczącego je w jej imię) pierwiastek cichego, niefektownego obłędu, który nie został do końca wykorzystany. Nie chcę psuć radości zaskoczeń - przeczytacie, będziecie wiedzieć, o co mi chodzi. Cóż za szarada psychologiczna...!

Wahałem się, czy polecać „Wyprawę skrytobójcy” Hobb, dwutomowe w polskim wydaniu zwieńczenie trylogii o Bastardzie Rycerskim. Wspominałem tu już o „Uczniu skrytobójcy”, i to w takim mniej więcej tonie: „na bezrybiu i rak ryba” - pijąc ogólnie do fantasy. Właściwie to samo mógłbym rzec o „Wyprawie” (o części drugiej, „Królewskim skrytobójcy”, zmilczę, bo to klasyczny przykład pustego środka trylogii, papierowego łącza między początkiem a końcem). Co różni „Wyprawę”: jeden duży minus, jeden duży plus i jeden mały plus. Duży minus jest oczywisty: objętość! Zaraza jakaś, te megacykle fantasy stosują się do recepty brazylijskich producentów oper mydlanych: „jeśli bohater łamie sobie nogę, to zrób z tego wydarzenie na sześć odcinków, z trzema kulminacjami, dmiewa scenami tragicznymi i jedną spowiedzią życia”. Duży plus jest taki: zakończenie. Tu akurat nie ma łatwego happy endu, konwencja nie łamie psychologii, każda otrzymana przez bohatera rana pozostaje mu na całe życie. A mały plus to kamienne smoki - pomysł może nie rewelacyjny, ale na pewno oryginalny; jest smutek w tej majestatycznej wizji. (Tu szczegółów też nie zdradzę; kto ciekaw, niech przeczyta, he he).

Na koniec „Pistolet z pozytywką” Jonathana Lethema, do której to powieści zabrałem się ze znacznym opóźnieniem, gdy już wszyscy zdążyli się nią stosownie pozachwycać. Istotnie, jest w niej pewna świeżość, znamię oryginalnej wyobraźni. Czyta się to niczym Chandlera przepuszczonego przez „Alicję w Krainie Czarów” i z lekka doprawionego Dickiem; lekki odlot innymi słowy. Pozwalam sobie jednak mieć nadzieję, że to dopiero rozbieg Lethema i jego rzeczy najlepsze dopiero nas czekają. Utwierdza mnie w tym wydawca, który zdobył się na następującą notkę o autorze (przytaczam ją w całości): „Jonathan Lethem urodził się w latach sześćdziesiątych, oglądał telewizję w latach siedemdziesiątych i zaczął pisać w latach osiemdziesiątych. Teraz pracuje nad następną książką”.

Przyjemnej lektury!

Jacek Dukaj

(który w latach dziewięćdziesiątych polecał książki czytelnikom „SFinksa”)