Skąd my to znamy?

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 258 (2004-03).

Wszystkie złe książki są do siebie podobne, każda dobra książka jest dobra na swój sposób.

Pozostaje to prawdą zwłaszcza w gatunkach znajdujących wartość w samej oryginalności - lub dla czytelników, którzy tu wartości szukają. Co jednak począć z konwencjami rządzonymi regułą inżyniera Mamonia, tzn. gdzie czytelnikowi podoba się tylko to, co już gdzieś wcześniej przeczytał?

Widocznie więc nie posiadam umysłu ścisłego, bo nie znajduję żadnej atrakcyjności w powtarzaniu znanych motywów. A tak, niestety, prezentuje się pierwsza (podzielona na dwa tomy) część sagi fantasy Iana Irvine'a „Widok w zwierciadle”: jako recycling stałych elementów gatunku, konstrukcja złożona z literackich klocków lego.

„Cień na szkle” jest ortodoksyjny aż do bólu: mapki, indeksy niewymawialnych nazw i imion, a w fabule: starożytny magiczny artefakt, złe Zwierciadło, i obarczona nim dwójka pozornie skazanych na porażkę protagonistów, która przez dwie trzecie książki ucieka przed wszystkimi potęgami świata, sumiennie przemierzając mapę wszerz i wzdłuż. Także sam świat wydaje się złożony z plastikowych modułów: legendy o wielkiej wojnie, uwięzieniu Złego (tu zwie się on Rulke), wygnaniu ludzkich ras z ojczystych światów, starożytne miasta, pozostałości minionej świetności...

Nic to, rzekłby inż. Mamoń, znamy, więc lubimy; ważne nie CO, lecz JAK. Tylko że z tym u Irvine'a też kiepsko. O języku nawet nie zawsze da się rzec, że poprawny; motywacje i charaktery postaci zmieniają się co chwila bez żadnej przyczyny poza wolą autora; obraz świata jest zadziwiająco dziurawy, bohaterowie poruszają się nie po kompletnej, funkcjonującej niezależnie krainie, lecz skroś scenografii z przeceny: miasta niemal puste, minimum statystów, rzekoma stolica jednej z potęg to bagienna strażnica itd. Co innego Irvine nam wmawia deklaracjami postaci, co innego pokazuje. Nie potrafi pokazać? To jego debiut, co niestety widać na każdym kroku; niewiele rzeczy trzyma się tu kupy.

Tymczasem wyraźny rozkwit przeżywa fantasy parahistoryczna. Oto kolejna realizacja tej metody, owocująca porządną, wciągającą powieścią przygodową: „Wyprawa Hawkwooda” Paula Kearneya. Jest to (znowu!) pierwszy tom pięcioksięgu pt. „Boże Monarchie”, ale proszę się nie przestraszyć: książki nie są grube, a Kearney to nie Jordan (czy Irvine) i nie marnuje papieru na pusty ruch fabularny. W istocie przeczytałem rzecz jednym tchem.

Od jakich wzorców historycznych Kearney się tu odbija? Wojen chrześcijaństwa z islamem (Zachód kontra Imperium Ottomańskie), podróży Kolumba i odkrycia Ameryki, schizmy w Kościele. Wiarę w Chrystusa zastępuje wiara w św. Ramusia, Turcy to Marducy, Kolumb to tytułowy Hawkwood - „Wyprawa” traktuje właśnie o rejsie na zachód przez niezbadany ocean. Co dodatkowo powinno zachęcić miłośników historycznej marynistyki: detale i klimat oddane są bardzo dobrze - znowu wracamy do czasów, gdy za horyzontem kryły się niezbadane, tajemnicze lądy; dreszcz przebiega po plecach. (Z Polaków bliski podobnemu pomysłowi był Tadeusz Oszubski, vide „Sfora” z „Voyagera” z 1992 roku).

Równoległym wątkiem są manewry polityczne królów i dostojników Kościoła, zwycięski marsz marduckiej armii na zachód. Tu znowuż otrzymujemy klasyczną batalistykę, oblężenia twierdz i kanonady, od których drży ziemia - tak, u Kearneya wynaleziono proch. Najbliższy analog cywilizacyjny to Hiszpania XVI wieku. Ponieważ to fantasy, mamy w „Monarchiach” realnie funkcjonującą magię. Ale jest to magia bardzo ograniczona w swych możliwościach, już zracjonalizowana do scholastycznych Dyscyplin, działająca dyskretnie i nie burząca historycznej wiarygodności świata.

Autorzy wychodzący od realiów historycznych znają tajemnicę epiki, której nie potrafi pojąć większość autorów fantasy: nie trzeba próbować odmalowywać całego wielkiego tła (w czym zawodzi Irvine), wystarczy przekonać czytelnika harmonią szczegółów w obrazach małych, lecz kompletnych. Autorzy powieści historycznych nie muszą przecież czytelnikowi dowodzić, że XVI-wieczna Europa naprawdę istniała.

Z pewnością nie mamy tu do czynienia z wydarzeniem literackim; ale takiej właśnie przygodowej fantasy chciałbym czytać więcej. Pytanie jednak: czy jej atrakcyjność zasadza się na oryginalności w ramach gatunku (bo tej epoki/scenografii jeszcze tak w fantasy nie rozegrano), czy na podobieństwie do tego, co dobrze znane: prawdziwych powieści historycznych?

Fama wydarzenia literackiego podąża bez wątpienia za nową powieścią Margaret Atwood. Atwood już wcześniej korzystała z konwencji fantastycznych (w słynnej „Opowieści podręcznej”); „Oryks i Derkacz” to SF tak klasyczna, że tylko zatwardziały krytyk głównonurtowy może ją z fantastyki wypychać.

Bowiem cała scenografia, wizja upadku cywilizacji (znana z setek powieści i filmów katastroficznych), ludzkości żyjącej w elitarnych enklawach i wielkich miastach slumsów, pod władzą perwersji technologicznych, szaleństw inżynierii genetycznej - to wszystko już było w SF właśnie. I znacznie lepiej, głębiej, mądrzej zrobione. Wycieczki mainstreamowców do fantastyki często dają interesujące efekty, lecz gdy Atwood sili się na futurologię serio, wypada to płasko i naiwnie. Używa słów zatrzymując się na poziomie ich brzmienia (co np. oznaczają „wirtualne naboje”?). Tak też tworzy wariacje genetyczne (tzn. po prostu miksując nazwy gatunków) - groteska bardzo zgrabna. Lecz Atwood z poważną miną podbudowuje ją naukowymi wywodami...

Powieść natomiast jest ciekawa i miejscami naprawdę poruszająca jako historia życia Jimmy'ego-Yeti, „typowego” dziecka bogatej Północy, i Oryks, „typowego” dziecka biednego Południa, przemyconej do USA na zamówienie pedofilów. A także jako coś w rodzaju mitu o Stworzeniu Świata dla nowej, niewinnej ludzkości, zaprojektowanej przez tytułowego Derkacza (geniusza genetyki) w korporacyjnych laboratoriach. Jimmy-Yeti prowadzi czytelnika z chaosu piekła starego świata w raj świata nowego: upiorną parodię dzisiejszych utopii ekologicznych.

Właśnie dzięki owemu zgryźliwemu humorowi daje się czytać „Oryks i Derkacza” jako coś więcej niż kolejne ćwiczenie z katastrofizmu i czarnowidztwa. Literatura pęka już w szwach od posępnych diagnoz losu współczesnej cywilizacji, amoralnej, przesyconej odczłowieczającymi technologiami, krwiożerczo kapitalistycznej. Aktem odwagi i pisarskim wyzwaniem jest teraz malować wizje pozytywne. Atwood przynajmniej żartuje z apokalipsy.

Na koniec krótka wycieczka do sojuszniczego imperium komiksu. Enki Bilal, jeden z nielicznych komiksiarzy, których twórczość śledzę, zamyka „Trylogię Nikopola” albumem pt. „Zimny równik”, a „32 grudnia” kontynuuje „Sen potwora”. Ciekawie wypada porównanie tych dwóch serii. Poza podobieństwami oczywistymi (estetyką obrazu), odnajdujemy w „trylogii sarajewskiej” stałe motywy Bilala: obsesję pamięci, jej fałszu i fałszu tożsamości (vide „Kobieta-pułapka”; a w „32 grudnia” główny bohater występuje w trzech egzemplarzach, każdy przekonany o swej prawdziwości), wizję świata przydepniętego przez absurdalne totalitaryzmy (w „Nikopolu” już w pełnym rozkwicie, w „Grudniu” - in statu nascendi, z Obscurantis Order sięgającym po władzę), czy nawet zminiaturyzowane zwierzęta.

Nastąpiła jednak wyraźna zmiana: „Nikopol” był jeszcze bardzo chaotyczny, z fabułą podporządkowaną rozbuchanym obrazom, w klamrze ironii spajającej szalony świat a la Fellini. „Sen potwora” i „32 grudnia” pokazują Bilala, który zdołał już podporządkować swoje fascynacje i manieryzmy jednej myśli, jednej metaforze i konsekwentnie buduje opowieść odbijającą w zwierciadle fantastyki absurd i grozę schizofrenicznych wojen bałkańskich. W „32 grudnia” jeszcze silniej opiera się na metaforach wizualnych: poszczególne kadry można smakować jak impresje, odczytywać graficzne peryfrazy. Tak Bilal przekazuje odbiorcy wrażenia nie do przekazania innymi środkami. Jego „trylogia sarajewska” zapowiada się na pierwszą udaną komiksową powieść alegoryczna.

Jacek Dukaj

Ian Irvine Cień na szkle, t. 1-2, Widok w zwierciadle księga 1, tłum. Anna Studniarek, ISA 2004, cena: ?
Paul Kearney Wyprawa Hawkwooda, Boże Monarchie tom 1, tłum. Michał Jakuszewski, MAG 2003, cena: 29.00 zł.
Margaret Atwood Oryks i Derkacz, tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Zysk i S-ka 2004, cena: ?
Enki Bilal Zimny równik, Trylogia Nikopola, tom 3, tłum. Wojciech Birek, Egmont Polska 2003, cena: 18.90 zł.
Enki Bilal 32 grudnia, tłum. Wojciech Birek, Egmont Polska 2003, cena: 19.90 zł.