Śmierć konwencji

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 249 (2003-06).

Książki rodzą się z innych książek, a każdy pisarz wpierw jest czytelnikiem - lecz można tłumaczyć nieuniknione podobieństwo literatury do literatury inaczej: im ktoś bardziej oczytany i zżyty z danym gatunkiem, tym trudniej znaleźć mu w nowych tu lekturach jakąkolwiek oryginalność. Ot, przeczytałem właśnie z przyjemnością „Śmierć nekromanty” Marthy Wells, w duchu powtarzając sobie: „Toż to „Hrabia Monte Christo” w konwencji fantasy!” - i nadal nie wiem, czy skojarzenie to zrodziło się już w umyśle autorki, czy dopiero w moim.

Z jednej bowiem strony kopia schematu fabularnego jest niewątpliwa: zemsta na możnym wrogu, który przed laty fałszywym oskarżeniem doprowadził do skazania niewinnego człowieka, zemsta zaplanowana i egzekwowana przez bohatera działającego z cienia, w niezliczonych przebraniach, w dzień - szanowanego marszanda, w nocy - króla podziemia, z pomocą wiernych służących z półświatka i ekscentrycznych przyjaciół przeprowadzającego kolejne nielegalne operacje w niekończącej się wojnie z Czarnym Charakterem. Z drugiej jednak strony, doskonale potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób Wells doszła do pomysłu na „Śmierć nekromanty” zupełnie bez pomocy Aleksandra Dumasa: dokonując mianowicie prostej operacji na konwencji fantasy, operacji przesunięcia jej świata ze średniowiecza w odpowiednik XIX wieku.

I już. To wystarcza. Brudna metropolia kamienia i cegły, cuchnące zaułki i masywne pałace, instalacje gazowe i broń palna, dorożki i forysie, opery i teatry, zblazowana arystokracja i przebiegli inspektorzy królewskiej policji, fraki, suknie, mundury. Prosty ten zabieg determinuje całość opowieści, bo to już nie może być długa wędrówka w poszukiwaniu zaginionego artefaktu, ani wojna dobrego królestwa ze złym; także ów upodobany przez fantasy styl narracji, niczym z punktu widzenia naiwnego nastolatka, jest wykluczony w podobnym świecie półmroku i dekadencji.

Kolejny to dowód wielkiego, a niewykorzystywanego potencjału fantasy, skoro tak niewiele trzeba, by osiągnąć tu efektowną oryginalność. Prosta metoda przesunięcia chronologicznego lub geograficznego: fantasy oświeceniowa, fantasy renesansowa, fantasy fin de siecle, fantasy afrykańska i aborygeńska - proszę, gotowe recepty.

Pisząc wciągającą powieść przygodową, Martha Wells nie zmarnowała swojej szansy, a i w konstrukcji świata wykazała się podstawową umiejętnością, to jest konsekwencją w rozwijaniu przyjętych założeń. Bo skoro fantasy, to musimy tu mieć realnie funkcjonującą magię, i autorka wprowadza ją w zgodzie z logiką i duchem wykreowanego świata. Nadprzyrodzone miało przecież swoje miejsce w życiu XIX-wiecznych elit, wszelkiej maści spirytyści i mesmeryści byli popularną rozrywką na modnych salonach, i w „Śmierci nekromanty” autentyczni czarnoksiężnicy i czarodziejki funkcjonują na tych samych zasadach. Malowniczy margines społeczeństwa, czasami podziwiany i fascynujący, czasami pogardzany i budzący obrzydzenie. Uczą się swej sztuki (techniki?) na uniwersytecie, pracują dla sądów i policji, ale też konstruują zaczarowane automaty w zagraconych mansardowych pracowniach (najpotężniejszy czarnoksiężnik w kraju to rozkojarzony opiumista). Wyjątek stanowią wszelkiego rodzaju sztuki nekromanckie, wyjęte spod prawa jako wymagające ofiary z człowieka - i wokół tej kontrowersji obraca się fabuła powieści.

Książki takie jak ta, pojawiające się przecież od jakiegoś czasu, stanowią - mam nadzieję - oznaki śmierci konwencji, końca pewnej niepisanej umowy między autorami i czytelnikami, zamykającej dotąd fantasy w sztywnym gorsecie rozlicznych „cech obowiązkowych”. Im większy sukces odniesie „Śmierć” i utwory jej podobne, tym większa szansa na wypchnięcie fantasy z martwego dryfu, jakim dotąd podążała na literackie cmentarzysko - skąd zaiste już tylko nekromanci pióra mogliby ją wydobyć i ożywić.

Jacek Dukaj

Martha Wells „Śmierć nekromanty”, tłum. Sylwia Twardo, MAG 2002, Andrzej Sapkowski Przedstawia, cena: 29.00 zł.