Sny następnego pokolenia

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 220 (2001-01).

Opowiadanie Niny Liedtke „CyberJoly Drim”, zanim wydrukował je „Fenix”, trafiło na biurko Macieja Parowskiego. Naczelny „NF” je odrzucił. Opowiadanie następnie zdobyło po kolei: nagrodę internautów, Srebrny Glob oraz Zajdla.

Maciej Parowski uznał za nie warte publikacji opowiadanie, które czytelnicy i pisarze uznali za najlepsze w całym roku - zdziwi się ktoś, jak tu jeszcze w ogóle wątpić, czy był to błąd. A przecież można prawomocnie twierdzić, iż naczelny postąpił słusznie. Błąd to bowiem ewidentny, jeśli pracę redaktora zdefiniujemy jako swoiste rozpoznanie marketingowe: redaktor powinien wyczuwać gusta czytelników i środowiska, i puszczać teksty, które im się spodobają, kropka. Tu ex definitione błędem jest wszystko, co nie przechodzi pozytywnej weryfikacji u odbiorców. Istnieje wszakże sposób na uniknięcie owych zarzutów, bo można przecież inaczej pojmować jego rolę: jako promotora, moderatora, wychowawcy czytelników, dostarczającego im strawy literackiej podług redaktorowego gustu tudzież innych subiektywnych kryteriów.

Obie powyższe postawy w swych formach ekstremalnych prowadzą do katastrofy. Pismo redaktora-marketingowca w nieuchronny sposób się degeneruje, realizując ścieżkę, końcowym etapem której są brukowce o milionowych nakładach; w showbusinessie jedyną bezpieczną strategią jest powtarzalność schematów i płynięcie z trendami. Z drugiej strony, redaktor-mesjasz prędzej czy później kompletnie odrywa się od czytelniczych gustów i zaczyna robić pismo dla siebie samego.

Wszelkie przegięcia są niebezpieczne - niestety, aby obronić się tu przed zarzutem błędu, Maciej Parowski musiałby przyznać się do strategii bezpośrednio lub pośrednio implikującej drugą z przedstawionych filozofii w swej postaci najradykalniejszej. Chociaż przejawia ciągoty w tym kierunku, nie sądzę, by nawet on poszedł tak daleko.

Jeśli zatem był to błąd, to czym spowodowany? Parowski nie dostrzegł w tekście wartości, które dostrzegła większość czytelników i pisarzy, i to pomimo iż mu je wskazywano, „CJD” od początku miał zagorzałych zwolenników. W oczach Maćka opowiadanie plasowało się poniżej poziomu drukowalności - w oczach większości było najlepszym w całym roku. Wygląda to omal tak, jakby czytali dwa różne teksty - a na pewno: Parowski nie odczytał tego, co odczytali pozostali. Czyżby tak zgodnie uroili sobie treści nieistniejące? Ale cóż to znaczy? Liczy się wszak tylko efekt wywierany, nikt nie ocenia „tekstu przedprzeczytanego” (bo i jakże?). Bardziej prawdopodobna wydaje się odpowiedź alternatywna: to Maciek pozostał ślepy na znaczącą część „widma emisyjnego” „CJD”. I nawet dosyć dokładnie wiadomo, co to za część: kulturowa nadbudowa internetu. Parowski nie czuje tego, nie rozumie, pomimo wysiłków wydaje się uderzać w ścianę idiomów. Nie da się ukryć, dla redaktora pisma fantastycznego jest to poważna wada.

Czy jednak odwołanie się do symboliki środowiskowej istotnie czyni „CJD” opowiadaniem dobrym? Obiektywnej wartości tekstu oczywiście nikt nie ustali, lecz - czy nie mamy tutaj do czynienia z przypadkiem „literatury hobbystycznej”, tzn. atrakcyjnej z powodów pozaliterackich?

Tu muszę już unieść przyłbicę, nie sposób wartościować w trybie bezosobowym. Sam głosowałem na Srebrny Glob dla „CJD”. Nie uważam go za dzieło wybitne; jest to tekst dobry, najlepszy z wydrukowanych w 1999 roku, przede wszystkim jednak - ważny. Jego waga nie bierze się z fabuły (w gruncie rzeczy dosyć banalnej historii miłosnej), ani z napakowania detalami okołointernetowymi (operacja to powierzchowna i sama w sobie literacko neutralna), lecz z faktu, iż, posługując się tymi dwoma narzędziami, Nina Liedtke oddała - nie tyle subkulturę, co specyficzną mentalność wyrosłą na gruncie kultury internetowej, mentalność obecnie intensywnie promieniującą w inne dziedziny życia. I nie mam tu na myśli opisu czysto deklaratywnego, ani suchej analizy - lecz formę przekazu zarezerwowaną właśnie dla sztuki: holistyczną, nieredukowalną do poszczególnych elementów czy chwytów, niedyskursywną, zgoła empatyczną.

Mentalność, o której tu mowa - oraz cały kompleks zależności społecznych, ekonomicznych, obyczajowych, psychologicznych, z którymi pozostaje sprzężona - nie jest tożsama z mentalnością kodowaną przez klasyczny cyberpunk spod znaku Gibsona; zachodzi tu ciągłość, lecz nie tożsamość. Cyberpunk wyrósł na kulturze preinternetowej, kultura internetowa ma go w kościach, lecz dzisiejsze projekcje SF, jeśli niepodlegle i ze znajomością rzeczy pomyślane, startują z innego punktu i w innym kierunku zmierzają. W tym sensie jest to literatura znacznie bardziej realistyczna; prawda, każda SF pisze de facto o współczesności, ta robi to po prostu bardziej dosłownie. W kontraście do niej „stary cyberpunk” jawi się jakąś kolorową bajką-karykaturą. W światowej SF sztandarowym przedstawicielem tego nurtu jest Neal Stephenson; z rzeczy wydanych w Polsce warta uwagi również „Biała ciemność” niejakiej Sage Walker. Także na łamach samej „NF” przemycane są sygnały z owego świata, m. in. w felietonach Marka Hołyńskiego.

Zapewne, w przypadku „CyberJoly Drim” wykonanie mogło być lepsze - lecz, o ile wiem, jest to utwór pionierski w polskiej SF, co znaczy w tym gatunku bardzo dużo. Na dodatek opowiadanie nie jest hermetyczne, większość użytych terminów tłumaczy się sama z kontekstu: potrafi zarazić także osoby „z zewnątrz”, o ile nie zamkną się przed nim (trudno przypuszczać, by większość polconowiczów i członków APPF była starymi internautami). Nie wątpię, że można sprzedać w prozie ową mentalność także w sposób okrężny, uciekając od komputerów itp. - jest to zadanie bardziej karkołomne, które wciąż czeka na odważnego.

Jacek Dukaj