Space opera po polsku

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 174 (1997-03).

Tytuł z Herberta. Fragment „Raportu z oblężonego Miasta”, użytego także jako motto; oblężenie trwa długo wrogowie muszą się zmieniać (...) kolory sztandarów zmieniają się jak las na horyzoncie. W oblężeniu znajduje się ludność planety Gladius: z jednej strony cybertotalitarne ziemskie Dominium Solarne, z drugiej - inwazja tajemniczych Obcych, korgardów. Daniel Bondaree, tanator (żołnierz, egzekutor i sędzia) wciągnięty zostaje do tajnej operacji przeciwko korgardom, a potem również do gladiusowych rozgrywek politycznych. Całość kończy się ponuro, klęską Daniela, Dominium zagarnia Gladiusa; wszelako autor zapala w ostatnim akapicie słabe światełko nadziei. Daniel jest tym jedynym ocalałym, który będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania.

Jest to bodaj pierwsza polska prawdziwa, pełnokrwista space opera - zarazem jedna z najlepszych, jakie w ogóle czytałem. Pomysłowy, barwny, rozbudowany świat (Kołodziejczak najwyraźniej tworzy swoją prywatną przyszłość, „Kolory sztandarów” inkorporują światy z kilku jego wcześniejszych opowiadań, a także z gry fabularnej „Rzeźbiarze Pierścieni” jego autorstwa). Dobre sceny walk, opisy przyszłościowej technologii wojskowej. Niegłupia intryga, trzymająca się mniej więcej prawideł logiki. Bardzo mądrze przedstawieni Obcy, bo faktycznie obcy - niepojmowalni, nieprzystający do ludzkich wyobrażeń, nie jakieś sympatyczne czworołape miśki albo krwiożercze ośmiornice.

Dla przeciwwagi mógłbym wskazać nadmierną „sztywność” w kreacji i zawiadywaniu postaciami, pewne kłopoty z oddaniem ich stanów emocjonalnych w sposób inny niż czysto deklaratywny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie szuka jednak w space operach zniewalającej głębi psychologicznej.

Po zdarciu z tej powieści jaskrawej futurologicznej scenografii, wyciemnieniu fabularnych fajerwerków otrzymujemy preparat gotowy do analizy. Widać wówczas, że Kołodziejczak miał bez wątpienia większe ambicje aniżeli jedynie sporządzenie atrakcyjnego czytadła; szło mu o zbudowanie politycznej alegorii. I to, rzec trzeba jasno, udało mu się aż nadto, metafora czytelna jest dla każdego: mamiące pozorną wolnością bez granic Dominium Solarne kontra konserwatywny, trzymający się tradycyjnych wartości Gladius. Początkowo konflikt ogranicza się do kampanii propagandowej i walki wyborczej, prowadzonej przez „uległych” i „niezłomnych” (to też z Herberta). Jednakże po dojściu do władzy tych pierwszych metody ulegają zmianie, przybywa „przyjacielska pomoc” z Dominium i rozpoczynają się rządy stricte totalitarne.

Takie skompilowanie schematów mam zresztą za nieco infantylizujące problem; jest to model świata współczesnego mocno zredukowany. Jakże by wszystko było proste, gdyby wróg zawsze był tak łatwy do wskazania i zdemaskowania, a jego zamierzenia tak banalne. Ale do space opery pasuje właśnie takie podejście, lekceważące wszelkie subtelności i ustawiające ludzi niczym figury na szachownicy.

Napiszę tu rzecz dla Kołodziejczaka na pewno przykrą: otóż w tej podfabularnej warstwie „Kolory sztandarów” są silnie wtórne. W pierwszej swej połowie, aż do politycznego przewrotu, względem ostatniej twórczości Ziemkiewicza; w drugiej - względem starej, dobrej socjologicznej SF z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. I nie chodzi o to, że inni zrobili to już przed nim; ale że zrobili lepiej: weszli głębiej w motywy i przyczyny, byli bardziej szczerzy w obserwacjach. Być może Kołodziejczak po prostu widział, że nie ma szans na oryginalność i, mierząc zamiary na siły, postanowił nie próbować zbyt mocno, by nie psuć ogólnie przecież bardzo pozytywnego wrażenia.

Jacek Dukaj

Tomasz Kołodziejczak Kolory sztandarów. Cykl Dominium Solarne. SuperNOWA 1996.