Spoczynek demaskatora

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w „Tygodniku Powszechnym” z dnia 9 listopada 2008 roku.

„Żywina” Rafała Ziemkiewicza zaczyna się jak kolejna powieść mająca za cel demaskację zapudrowanej przez elity zgnilizny III RP. Tytułowy Stanisław Żywina to lokalny Lepper dobijający się właśnie na warszawskiego koryta; dobić się nie zdążył, zginął w wypadku samochodowym w drodze z imprezy u byłego ubeka trzęsącego polityczno-biznesową sitwą w rodzinnym Bykowie Żywiny. Bohater i narrator powieści, Konrad zwany Radkiem, wysłany zostaje do Bykowa, aby sporządzić dla ogólnopolskiego dziennika portret pośmiertny Żywiny jako symbolicznej figury polskiej sceny politycznej. Zapowiada się więc thriller „antyukładowy” i analiza fenomenu lepperyzmu. I rzeczywiście, do jednej trzeciej powieści otrzymujemy głównie szczegółowy opis kariery posła Żywiny, charakterystykę jego mentalności itp. Prawie każda postać z otoczenia Żywiny mogłaby reprezentować konkretny „typ polski” – wsłuchajmy się w nazwiska: Krzysztof Hachlica, Maciej Osuch, Józef Kurempa; pojawiłby się Mateusz Bigda, też byśmy się nie zdziwili. Autor zresztą nie stroni od aluzji do literackich obrazów Polski Międzywojnia.

Stopniowo jednak Ziemkiewicz zwraca opowieść ku sytuacji życiowej Radka, historii jego rodziny, jego romansom, historiom rozmaitych drugo- i trzecioplanowych graczy bykowskich, wreszcie ogólnopolitycznym i ogólnokulturowym refleksjom wyjętym wprost z prasowej publicystyki. O Żywinie zapominamy, śledztwo gaśnie, zanim wystartowało; konwencja się łamie, powietrze uchodzi z intrygi. Nawet gdy odkryty zostaje w komórce Radka podsłuch, to bynajmniej nie III RP inwigiluje szlachetnego demaskatora (Radek nie pali się do żadnych demaskacji), lecz mąż – kochanka niewiernej małżonki. W końcu nie może być wątpliwości: w trakcie pisania powieści autor stracił serce do tropienia układów i układzików, do psychologicznej i moralnej analizy Lepperów, do politycznych potępień. Rzecz dzieje się niedługo przed przejęciem władzy przez Kaczyńskich i bohater i właściwie wszyscy w jego świecie doskonale wiedzą, jak wygląda Polska – ale co z tego wynika? co to zmienia? Nic.

Rafał Ziemkiewicz znów wyprzedza falę: tak jak był jednym z pierwszych w opisach owych realiów III RP (w prozie realistycznej, ale i wcześniej – w fantastycznej), tak teraz jako pierwszy pokazuje wyczerpanie konwencji demaskatorskiej. Za datę graniczną należy chyba uznać dzień emisji filmu „Trzech kumpli” w TVN. Afera Rywina otworzyła w ogóle szansę demaskacji, a „Trzech kumpli” ją zamknęło: balon został przekłuty, głośniejszego huku nie będzie.

Toteż zaangażowane politycznie opisy współczesnej Polski – których, nie wątpię, pojawi się w literaturze jeszcze więcej, jeszcze bardziej zróżnicowanych – nie mogą się już dłużej opierać na prostym schemacie epatowania czytelnika ujawnieniem ukrytych dotąd faktów, zależności, obyczajów, Układów. Nie sposób demaskować wielokrotnie. Demaskacja stanowi akt niepowtarzalny, liminalny, odmieniający świadomość. Jest wszakże psychologicznie zrozumiałym, iż po kilkunastu latach desperackiej walki o przebicie się do mass mediów ów moment „zdarcia maski III RP” urósł w wyobrażeniu anty-Salonu do rangi politycznego chrztu Polski: naród otrzyma informacje o prawdziwym stanie rzeczy, które dotąd przed nim ukrywano, przejrzy na oczy, odrzuci fałsz i głosicieli fałszu, i wówczas wszystko się zmieni na lepsze. Podobne napięcie na zgoła metafizyczną przemianę skutkuje teraz inercją myśli i działań: to przecież niemożliwe, by lud, poznawszy prawdę, nie doświadczył duchowej rewolucji – skoro więc niewiele się zmienia, to znaczy, że prawda po prostu jeszcze doń nie dotarła („otumanili ludzi skuteczniej niż sądziliśmy!”), trzeba zatem ją powtarzać, głośniej i głośniej, dobitniej i dobitniej. Do skutku, tj. bez końca.

Rafał Ziemkiewicz najwyraźniej zdał sobie sprawę z powyższej pułapki już uruchomiwszy intrygę i aktorów „Żywiny” (powieść datował: „styczeń 2007 – sierpień 2008”). Wiedza nie wystarcza. Potrzebna jest wola, i to nie wola wyjątkowej jednostki, lecz wola dużej części społeczeństwa. Cyniczny ubek wykłada Radkowi wprost: „jeśli ten naród jest już tak ogłupiony, że uwierzy w te wszystkie okrzyki o Rywinlandzie, o rewolucji moralnej, i da szansę tym krzykaczom, to oni prędzej czy później też przyjdą po pomoc i radę do fachowców. Bo szybko zrozumieją, że inaczej się nie da. Inaczej się po prostu nie da, w tych historycznych uwarunkowaniach, z takim społeczeństwem, które się tak a nie inaczej ukształtowało”.

Ognisko uwagi przesuwa się z konkretnych ludzi, konkretnych układów i spisków – na problemy socjologiczne, zgoła cywilizacyjne. Co z tego, że prawda dotrze do ludu, że nastąpi demaskacja – skoro ludowi to zwisa? W drugim akcie powieść skupia się zatem na owym znanym z publicystyki RAZ-a „polactwie”. Mamy w „Żywinie” sceny niczym wyjęte z Żeromskiego: oto inteligenci-społecznikowcy radzą bezowocnie, co zrobić z ludem po odzyskaniu niepodległości, kiedy lud nie chce nic zrobić sam ze sobą.

Opowiada o ludziach z peerelowskich czworaków Ziemkiewiczowy doktor Sosna: „Pan wie, jak oni żyją? Jak bydło. Żadnych podstawowych zasad higieny, niczego ich nie nauczysz. Niby jak? Im się nie chce nawet porządnego ubrania kupić, pracę mu dobrą daj, oczywiście, ale jak mówię, że jeśli chce mieć dobrą pracę, to niech się najpierw umyje i porządnie ubierze, już o żadnych większych inwestycjach w siebie nie mówię, tylko tyle − no to gapi się na mnie, jakby ducha zobaczył, co ja od niego chcę; to jak takiemu wytłumaczyć, że jak nie leczy popsutych zębów, drobnych infekcji, jak żyje w brudzie, to będzie chorował, i już, szkoda na niego lekarstw, niech je dam komuś, komu warto. Gorączka, bóle, wszystko lekceważy, łazi, póki się nie przewróci (…) Panie redaktorze, ja sobie głupot wmówić nie dam, sam jestem z biednej rodziny, jak byłem mały, to buty były problemem, żeby do szkoły iść, a nie nowy talerz do satelity, już mnie nikt nie powie, że się człowiek biedny nie może wykształcić, jak chce. Żadna bieda, tylko bydło zwykłe”. Sens jest jasny: nie sytuacja społeczna determinuje mentalność, lecz mentalność determinuje sytuację społeczną.

Stopniowo więc na pierwszy plan występuje motyw dziedziczności. Ale nie tylko tej biologicznej, opartej na kodowaniu genetycznym, lecz także tej kodowanej kulturowo – w całych warstwach społecznych i w poszczególnych ludziach.

Jak bohater „Ciała obcego” był postacią w dużym stopniu zdeterminowaną (i wprost, i a rebours) przez ojca, tak bohater „Żywiny” – rozpoznając odziedziczone cechy, upodobania, gesty i ich rewersy – sam siebie rozszyfrowuje przez postaci i ojca, i dziadka.

Ziemkiewicz stara się w oportunistycznym Radku dać portret mentalności charakterystycznej dla całego pokolenia. To samo wygodnictwo kieruje Radkiem w pracy, w wyborach ideowych, w życiu uczuciowym; „Żywinę” równie dobrze można by opatrzyć mottem ze św. Jana o ludziach letnich, „ani zimnych, ani gorących”. Czy istotnie tak wygląda prawda o dzisiejszych trzydziestolatkach z wielkich miast? Czy, jak sugeruje autor, jest to skutek naturalnego odreagowania po pokoleniach poprzednich? Reflektor fabuły nie oświetla tu wielu rówieśników Radka. Zastanawiam się, czy pesymizm socjologicznej diagnozy nie wynika raczej z ogólnego rozczarowania formacji prawicowych; „młodzi zaangażowani” to dzisiaj etykietka lewicy Sierakowskiego. Maszyna recyklingu ideałów pracuje w rytmie dziesięcioletnim.

Protagonista „Ciała” grzeszył ze świadomością grzechu, gryzło go to, paliło wewnętrznie, stąd gorączkowe nakręcenie całej tamtej powieści i jej cug narracyjny. W Radku tego napięcia nie ma, bo nie ma nawet żadnych duchowych standardów, względem których mógłby rozpoznać własną hipokryzję – tym można tłumaczyć słabszą energię „Żywiny”. Nie zdziwię się, gdy ten i ów recenzent skonstatuje z satysfakcją, że oto „Rafał Ziemkiewicz łagodnieje”.

Ostatni akt „Żywiny” rozgrywa się pod znakiem właśnie duchowej przemiany Radka. Autor zaplanował ją na śmierć Jana Pawła II i dni narodowej żałoby po papieżu. Prezentacja tego przeobrażenia (niby na tyle głębokiego, że po nim Radek nawet opowiada się w trzeciej osobie) nie przekonała mnie – ale bardzo ciekawy jest sam opis tamtego, historycznego już, okresu, idący zupełnie obok dotychczasowych schematów opowieści o „pokoleniu JP2” itp. Chyba rzeczywiście dopiero teraz można pisać tak szczerze, a zarazem bez żadnej intencji skandalu – z goryczą, z wściekłością na te rozmodlone tłumy, na tego ducha polskości mocnego tylko w podobnych zrywach i ekstazach masowego cierpienia, na tę pompę medialną; pisać z punktu widzenia ateisty, ale ateisty polskiego, czyli tak czy owak w jakiejś osobistej zwadzie z Panem Bogiem.

Mamy więc i tę żałobę, i polactwo, i poczet prowincjonalnych polityków, biznesmenów, i Żywinę, i podróż do Turcji, i jeden, drugi romans, kochankę Żywiny z dzieckiem, w których Radek nieoczekiwanie znajduje namiastkę rodziny, i ubeka-na-włościach, i mściwego męża-rogacza ubeków wynajmującego… Wisi na ścianach kilka takich strzelb Czechowa, z których żadna nie wypala; na koniec nawet dostajemy sugestię boskiej interwencji. Jest to miszmasz fabularny, powieść strukturalnie połamana – a przecież w tym połamaniu ukazująca prawdę o analogicznym załamaniu pewnego paradygmatu w myśleniu o Polsce.

Konsekwencję dysonansów fabularnych stanowi też zakończenie, nie wybrzmiewające jedną silną nutą. Eleganckie, ścisłe domknięcie takiej powieści byłoby niemożliwe, ale też całkowicie niestosowne. Kończymy lekturę w dezorientacji. Niewiele wyjaśniono – kryminał bez zbrodni, thriller bez suspensu, spisek, który może był, a może go nie było, cud, co się zdarzył lub nie zdarzył, Polska, która niby się zmieniła, a przecież się nie zmieniła, i bohater w identycznym zawieszeniu. Demaskacje nie mają już tu sensu, więc co pozostało? Emigracja, hedonizm albo rodzina. Wybierze rodzinę.

Jacek Dukaj

Rafał A. Ziemkiewicz „Żywina”, Świat Książki 2008