Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 196 (1999-01)
„Robot” był debiutem totalnym; tak debiutują „pisarze-introwertycy”. W odróżnieniu od „ekstrawertyków”, którzy publikują ledwo dociągną do końca pierwszą fabułę, a potem dojrzewają wraz ze swymi utworami, od pierwszego wątłego tekściku aż do gęstych powieści, widać jak przybierają na masie mięśniowej. „Introwertycy” inaczej: może i piszą, ale z pewnością nie publikują. Przez lata, przez dziesięciolecia gotuje się w nich w milczeniu. Nierzadko śmierć ich znajdzie wcześniej od wydawcy. A jeśli nawet pozostawią jakieś mrówcze dziedzictwo pióra i pergaminu, to najpewniej po Kafkowemu cisną je zza grobu w ogień. Ich debiuty, o ile do nich dochodzi, zaskakują ich ludźmi i pisarzami dojrzałymi - jeśli nie warsztatem, to w każdym razie doświadczeniem, wyobraźnią. Nie szukają; dawno znaleźli. Tak, o takich debiutach jest głośno, bardzo głośno: wybuchają znienacka na pustym jeszcze przed chwilą firmamencie pełnią barw. Krytycy popadają zawsze w ten sam zachwyt prostackich ekstrapolacji: „Taka pierwsza książka, to jakaż będzie piąta, dziesiąta...!” Piątej, dziesiątej zazwyczaj nie ma. Kiedy się uczyni spowiedź życia, trudno potem zaskakiwać. Ale tego nikt nie przyjmuje do wiadomości, nawet - zwłaszcza - sam autor. Tu zaczyna się jego droga krzyżowa. Niektórzy mają dosyć silnej woli, by - jak Heller - odpocząć przez kilkadziesiąt lat. Większość cierpi katusze niezrozumiałego niespełnienia.
Debiuty takie zazwyczaj nie są niczym innym, niż wykonanym mniej lub bardziej zręcznie patchworkiem z tematów, wokół których skupiały się dotychczas zainteresowania autora. Dwa są wówczas warunki sukcesu: pierwszy, żeby były to prawdziwe i głębokie zainteresowania, co gwarantuje pewną oryginalność spojrzenia (zgoła perwersyjną, kiedy mówimy o obsesjach); i drugi, aby ten patchwork nie raził pstrokacizną, to znaczy, by autor zdołał spiąć to wszystko w spójną i elegancką całość fabularną. I nie ma wątpliwości, że Snerg spełnił „Robotem” oba warunki, pierwszy bodaj z nawiązką.
Więc jest w tej powieści wysoka obsesja intelektualna, owa słynna Teoria Nadistot. Jako absolutnie niefalsyfikowalna, do teorii ściśle naukowych raczej się nie zalicza. Bez wątpienia jednak należy do jednych z piękniejszych konstrukcji metafizycznych. Architektura tej abstrakcji urzeka swą estetyką; istnieje bowiem coś takiego jak immanentna estetyka uogólnień, a symetryczność, zupełność, nieskończona progresywność Teorii Nadistot zniewalają umysł od pierwszego zetknięcia się z nią, stanowią irracjonalny, autonomiczny dowód prawdziwości zadzierzgniętych skojarzeń. Tą teorią, tą obsesją zasłynął „Robot” i Snerg. Nie stworzył już potem drugiej równie urokliwej; a najwyraźniej sam tego po sobie oczekiwał.
Są wszelako w tej książce także zapisy niskich, przyziemnych natręctw umysłu. Z całej historii automatu BER 66 błądzącego po schronie od jednej absurdalnej sytuacji do drugiej, wpychanego bezwolnie w kolejne role, pogrążonego w stanie permanentnej nieadekwatności form zachowania - przebija stężona gorycz alienacji, prawda obserwacji wrażliwego introwertyka. Wystarczy pół zdania, by wybić go z obranego kształtu. Konfuzję bohatera obierać można niczym cebulę: raz - nie wie, czy posiada wolną wolę; dwa - nie wie, kim jest; trzy - nie wie, co się dzieje dookoła niego.
Z pierwszą powłoką rozprawia się Snerg za pomocą nielekkiej sofistyki rodem z greckiej szkoły paradoksu, atakując samo pojęcie „wolnej woli”. Zdarza mu się kilka takich pochopnych wycieczek na cudze wody: w wydaniu, którym uraczył nas Amber, pojawiają się długie fragmenty marksistowskiej krytyki kapitalizmu, retoryka wschodniej dialektyki przebija także w rozważaniach nad Teorią Nadistot w przedostatnim rozdziale. No i jest ów generał ze schronu, wykarykaturzony w papierowego militarystę. Nie sądzę jednak, by było to wszystko wynikiem nacisku cenzorów - raczej szczerych ówczesnych przekonań Snerga.
Najlżejsza, najcieńszą warstwą się kładąca w „Robocie” jest obsesja obrazu, bodaj jedyna, która nie ukazała w Snergowym debiucie swej postaci dojrzałej. Trójwymiarowość wyobraźni rzadka jest u pisarzy filozofujących, którzy żyją w świecie słów o niewidzialnych desygnatach; Snerg jednak widział wszystko bardzo wyraźnie, przestrzennie i kolorowo - choć może nie najprzystępniejszym językiem oddawał swą wizję czytelnikowi. Niemniej wiele scen ze schronu, narodziny automatu (kilka lat później rodzić się tak będzie w Lemowej „Masce” stalowa zabójczyni), no i upiorne, fascynujące miasto spowolnionego czasu (z kolei kilka lat wcześniej wątek ludzi zastygłych w czasie wykorzystywało jedno z opowiadań radzieckiej antologii „Ostatni z Atlantydy”) - pokazują potencjał „filmowej” wyobraźni Snerga-Wiśniewskiego.
Nigdy nie wykorzystany. Istnieją tacy pisarze, których twórczość przesłaniana jest przez ich życiorys. Z niepokojem obserwuję, iż ostatnimi laty Snerg jął się powoli przesuwać ku tej kategorii. Niektórzy krytycy wydają się mieć mu za złe, iż nie zdołał spożytkować w literaturze swej oryginalności, jak to uczynił był np. Dick. „Robot” stanowi najdoskonalszy zapis stanu duszy Snerga, jaki nam pozostał.
Jacek Dukaj
Adam Wiśniewski-Snerg Robot. Amber 1998, cena: 24.80 zł.