Dwie są metody recenzowania antologii: albo ocenić po kolei wszystkie wchodzące w jej skład opowiadania, albo też znaleźć dla nich jakiś wspólny mianownik. Klucz ów zresztą zazwyczaj podawany jest przez samego twórcę/redaktora antologii, kiedy tłumaczy on, czym był się kierował dobierając teksty. Kryterium bywa gatunkowe, konwencjonalne, scenograficzne (np. utwory o smokach czy kotach) lub „obiektywne” (tzn. np. nominacja do nagrody w danym roku). Rzadziej decyduje wyłącznie gust redaktora („bo to MOJA antologia”) czy więzy towarzyskie, środowiskowe.
Antologia „Robimy rewolucję” została złożona, jak pisze w przedmowie Tomek Kołodziejczak, z „najlepszych i najbardziej charakterystycznych” opowiadań członków grupy Trust/Klubu Tfurcuf. Taki więc byłby ten klucz: program grupy.
O ile jednak opowiadania te faktycznie są reprezentatywne, o tyle - ośmielam się twierdzić - program takowy w ogóle nie istnieje (nie istniał); lub też jest to program do tego stopnia ogólnikowy, że całkowicie neutralny na tle polskiej literatury fantastycznej. W każdym razie - absolutnie niededukowalny z prozy zaprezentowanej w antologii.
Kołodziejczak też widać zdaje sobie z tego sprawę, skoro czyni z góry zastrzeżenia, jako program podając m. in. „rzetelność warsztatową”. Nie bardzo rozumiem; nie słyszałem jeszcze o ruchu literackim wypisującym na sztandarach np. poprawność gramatyczną. Grupa, żeby się ukonstytuować, musi znaleźć sobie jakieś cechy wyróżniające od ogółu. Co to były mianowicie za cechy?
Kwestia niedługo przejdzie w kompetencje historyka literatury. Sam mogę snuć jeno przypuszczenia; nie miałem styczności z tym środowiskiem i patrzę z zewnątrz. Bo taki program miałby sens i faktycznie byłby wyróżnikiem w sytuacji, gdyby większość twórców fantastyki optowała za literaturą „nierzetelną warsztatowo”. Czy tak było (jest) w istocie? Trudno wyobrazić sobie podobny absurd.
Wyjaśnia dalej Kołodziejczak (mówiąc o członkach Klubu w trzeciej osobie): „Chcieli pisać nienaganną warsztatowo, atrakcyjną dla czytelników fantastykę, a o rzeczach ważnych opowiadać w ramach konwencji, a nie poprzez zatarcie jej tożsamości.” Pięknie. Podpisuję się obiema rękami. Ale to wciąż nie jest program, jeno zbiór postulatów-truizmów („będziemy pisać kryminały, w których chodzi o rozwiązanie zagadki kryminalnej”, „romanse o miłości” etc.).
Mówi się, że dobry manifest powinien zaczynać się od efektownej tautologii. Odnoszę wrażenie, że manifest Klubu Tfurcuf, gdyby powstał, składałby się z nich w całości. Byłby to zatem rodzaj kodeksu fundamentalistów fantastyki („źle jest pisać niechlujnie”, „źle jest pisać nielogicznie”, „fantastyka niefantastyczna nie jest fantastyką” itd.). Sam w sobie pomysł wcale słuszny; dobrze jest powtórzyć od czasu do czasu mocnym głosem banał, wstrząs strąca patynę konwencji z tych mądrości najstarszych. W jakich jednak warunkach zgoda na oczywistości mogłaby stanowić wyróżnik spajający grupę?
Przedzierając się w konfuzji przez świadectwa najnowszej historii ulubionego gatunku, próbuję skonstruować jakiś wiarygodny i zgodny z nimi scenariusz zdarzeń. Grupa wszak się uformowała; przyłączyli się twórcy płodni i utalentowani; powstały dobre i bardzo dobre teksty; grupa przetrwała. W czym rzecz?
Jedyna pasująca odpowiedź brzmi następująco: członkowie Klubu znaleźli się w sytuacji (lub byli przekonani, że się znajdują) zagrożenia gatunku przez ruch wypaczający owe „fundamenty fantastyki”. Celem, jaki sobie postawili, nie była więc bynajmniej rewolucja - lecz KONTRREWOLUCJA. Wyróżnić by się mieli nie tyle oni, co - reszta fantastyki.
Rewolucji, przeciwko której stają, przewodzi Maciej Parowski (bodaj czy nie jest sam całą rewolucją); ten konflikt nie stanowi tajemnicy. Pytanie: na ile owo zagrożenie jest realne, na ile urojone, nadbudowane nad sporami personalnymi? Wydaje mi się, że akurat obrona rzetelności warsztatowej, poprawności logicznej i językowej tekstów jest raczej właśnie banalnym hasłem, trochę mającym na celu wmówienie przeciwnikowi stanowiska odwrotnego. Inaczej rzecz się ma z „utrzymaniem fantastyki w ramach konwencji” - tu Parowski istotnie ma zdanie odmienne. Na ile jednak to zdanie przekłada się na rzeczywistość polskiej literatury? Przeprowadziłem taki gedanken experiment: „wymieszałem” w myśli opowiadania z antologii z kilkudziesięcioma opowiadaniami pochodzącymi z ostatnich „Fenixów” i „NF”, po czym spróbowałem odnaleźć te pierwsze jako odrębną klasę. Nie udało się. Nie istnieje żaden dedukowalny z nich wspólny mianownik, różny od mianownika całej współczesnej polskiej fantastyki.
Wniosek: albo zagrożenie rewolucją Macieja Parowskiego faktycznie nie istniało, albo też kontrrewolucja Klubu Tfurcuf udała się w stu procentach.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, wystarczy spojrzeć na spis treści: Rafał Ziemkiewicz, Tomasz Kołodziejczak, Konrad Lewandowski, Feliks Kres... To pisarze tworzą literaturę - redaktorzy, w czasach demonopolizacji rynku, zachowali już tylko moc promowania złych tekstów (dobre wypływają i tak).
Ziemkiewicz zaprezentował się tu „Jawnogrzesznicą”, Kołodziejczak - „Wstań i idź”, Lewandowski - „Bajkowym problemem” (też o Tomaszewskim, ale nie redaktorze; niemniej w duchu tamtych powiastek). Wszystko to są rzeczywiście teksty dla nich charakterystyczne i należące do ich najlepszych. „Wstań i idź” jest w mojej ocenie istotnie najlepszym opowiadaniem Kołodziejczaka (przegapiłem jego pierwodruk i teraz przeczytałem z przyjemnością). To dosadniejsza, bardziej „akcyjna” wersja „Przedludzi” Dicka, klasyczna SF ekstrapolacyjna: bierzemy współczesny trend, pociągamy do ekstremum i rzucamy na tapetę SF. W dyskusji chwyt taki byłby uznany za nieuczciwy (sprowadzenie do absurdu), a ponieważ temat jest drażliwy, większość ludzi reaguje przykładając do tekstu kryteria rodem z publicystyki, które go oczywiście dyskwalifikują. Tymczasem żadna „mocna” literatura nie pogrywa z czytelnikiem uczciwie; autor manipuluje jak może. Jak umie.
Z kolei o „Miodzie dla Emiry” Kresa trudno rzec, żeby był dlań charakterystyczny: żadnych krwawych walk, jedyna śmierć - to śmierć kota. Jest to dobrze wykonane ćwiczenie z (znowu!) manipulacji czytelnikiem - czysto uczuciowej. Klasyczna tragiczna miłość, tyle że w realiach fantasy i z inteligentnym kotem zamiast dziewczyny. Wydaje się, iż, odrywając się od swojego kanonu, chce Kres pokazać, jak biegłym jest rzemieślnikiem; to dobrze. Z drugiej strony - tego typu tekstów nie da się już pisać na sucho, to już nie tylko kwestia rzemiosła (chyba że tak bezsensownie rozedmiemy jego definicję).
Szukam w antologii motywów powtarzających się. Złamana miłość pojawia się jeszcze w „Czerwonych pantofelkach” Joanny Kułakowskiej, przeciętnej literacko „opowieści niesamowitej”. Kułakowska należy do tej licznej grupy prawie-debiutantów, a w każdym razie autorów mi w większości nieznanych, którzy pojawili się obok tuzów polskiej fantastyki w „Robimy rewolucję” po prostu z racji przynależności do grupy, bo poziomem tekstów jednak odstają. Iwona Żółtowska, Adam Bański, Janusz Romanowski, Jerzy Rzymowski, Sohei, Marcin Baryłka - prezentują się wręcz shortami. Są to króciutkie anegdoty literackie, czasami wręcz jednostronicowe; wprawki pisarskie. Czy warto było je zamieszczać...? Decydowało jednak inne kryterium: przynależność.
Głównie to właśnie „Coda” Romanowskiego, „Assassin” Rzymowskiego i, dłuższy, „Blask ich dusz” Łukasza M. Wiśniewskiego sprawiły, iż nie udało mi się jasno odróżnić opowiadań z „Robimy rewolucję” od „fantastyki niefantastycznej” lansowanej przez Parowskiego. Oczywiście, można rzec, że ta z „NF” - w odróżnieniu od powyższej - jest po prostu zła; jednak podobieństwom stylu, manieryzmów, przedłożenia językowej afektywności nad wiarygodność świata przedstawionego - nie sposób zaprzeczyć. Jeśli nie to stanowi owo zagrożenie dla gatunku - to co właściwie?
Inna cecha wspólna dla części opowiadań z antologii: konwencja satyryczna, przymrużenie oka, fabuła napędzana humorem. Taki jest „Gucio” Michała Studniarka, „Dom wiedźmy ze wzgórza” Mirosławy Sędzikowskiej, „Przeciw pierwszemu przykazaniu” Andrzeja Pilipiuka, także short Bańskiego. „Gucio” to błaha humoreska o nawiedzonym mieszkaniu; przeczytałem z uśmiechem. Opowiadania Sędzikowskiej i Pilipiuka należą do firmowych cykli tych autorów, które stanowią klasę samą dla siebie w polskiej fantastyce (można się spierać, czy nie z racji jej ubogości). Sędzikowska to nasza J. K. Rowling; Jakub Wędrowycz Pilipiuka jest zaś jedną z najbardziej barwnych, oryginalnych, żywych i zapadających w pamięć postaci polskiej fantastyki, porównywalny bodaj tylko z Geraltem Sapkowskiego. Też aż prosi się o serial. Nie lubię fantastyki humorystycznej; ale jeśli już, niech będzie właśnie taka.
Zdecydowanie najgorszym opowiadaniem są „Wilki z Palenk” Wojciecha Bąka i Tomasza Bochińskiego, schematyczna fantasy RPG-owska, podana językiem zaledwie poprawnym. Dwa oczka wyżej, zarówno w fabule, jak i języku, plasuje się fantasy Jarosława Zielińskiego, o tytule niczym konspekt: „Rycerz, kruk i krew na ostrzu miecza”.
Ale, jak na tak obszerną antologię, to doprawdy nieliczne wpadki - stawki dopełnia bowiem mocna ekipa: Grzędowicza „Rozkaz kochać!”, Szrejtera „Sprawa Lokera”, Piekary „Ponury Milczek”, Kochańskiego „Łyżwiarz”, Komudy „Tak daleko od nieba”, Drewnowskiego „Robimy rewolucję”. Wszystkie były już gdzieś drukowane; trzy ukazały się w „NF”, „Łyżwiarza” pamiętam jeszcze z wydania Almapressu. Nie są to opowiadania wybitne, niemniej, tytuł w tytuł, teksty, które bez wstydu mogę każdemu zaprezentować jako polską fantastykę.
W takim przekroju jubileuszowa antologia Klubu Tfurcuf prezentuje się na czwórkę. W istocie trudno spodziewać się słabszego wyniku, kiedy ma się do dyspozycji utwory bodaj połowy najlepszych polskich autorów fantastyki.
Na najważniejsze tu pytanie nie sposób wszakże uzyskać odpowiedzi nie zaglądając do świata alternatywnego: czy byliby nimi także bez Klubu...?
Jacek Dukaj
„Robimy rewolucję. Antologia polskich opowiadań SF”, Prószyński i S-ka 2000