Teologia horroru

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w portalu internetowym „Gildia Horroru”.

1. Granice konwencji horroru

Co jest nieodłącznym elementem horroru? Strach, odrzecze zapytany. Niezupełnie: już nawet na pierwszy rzut oka strach jawi się jako warunek konieczny, lecz nie wystarczający. Wiele jest takich książek (bo o książkach głównie tu będzie mowa, choć sporo filmów można zaliczyć do tej samej kategorii, jako inspirowanych prozą oraz inspirujących prozę), w których autor natrętnie indukuje w czytelniku przerażenie - z jakim skutkiem, to inna sprawa - wszak nikt nie zwie ich horrorami czy choćby literaturą grozy. Czego tam brakuje: „elementu nadprzyrodzonego”.

Okazuje się, iż element nadprzyrodzony ważniejszy jest od samego strachu, sporo bowiem powieści i opowiadań bezapelacyjnie należących do horroru w ogóle nie wzbudza w czytającym uczucia strachu (z niedostatku umiejętności pisarza bądź w świadomym jego zamyśle). Wystarcza sama obecność na ich kartach wampira czy innej bestii z piekła rodem. Innymi słowy: scenografia decyduje o gatunku.

Tak więc po prawdzie strach nie jest nawet warunkiem koniecznym. Skupić się trzeba na owych gadżetach horroru, bogatych w tradycję: jego scenografii i bestiariuszu. Można definicję uogólnić: horrorem jest każdy utwór literacki rozgrywający się we współczesnych bądź historycznych realiach, w którym występuje element nadprzyrodzony, o ile utwór ten nie został napisany przez autora uznawanego za „poważnego”. Ostatnie zastrzeżenie jest konieczne z uwagi na takie tytuły, jak „Wampir” Reymonta czy „E. E.” Tokarczuk. Rozumienie słowa „horror” (jak wszystkich) zależy od kulturowego konsensusu, a książki powyższe nie mieszczą się w jego głównym polu znaczeniowym.

„Elementy nadprzyrodzone” są to zaś właściwie bez wyjątku uosobienia zła, ożywione i nieożywione. Uosobienia dobra, jeśli występują, to jedynie dla kontry, dopełnienia.

Do nieożywionych zaliczamy m. in.: przeklęte artefakty, ceremonialne utensylia starożytnych kultów, akumulatory negatywnych uczuć, zwłoki bądź fragmenty zwłok wyjątkowych grzeszników itp. Każdy średnio oczytany człek potrafi podstawić pod te kategorie liczne przykłady - że zacznę od hotelu „Panorama” i „Hellraiserowej” kostki.

Do ożywionych zaś: wampiry, wilkołaki, zombies, strzygi, upiory, demony wszelkiej maści et consortes.

2. Literacka niemożliwość „zła absolutnego”

Standardowym tekstem horroru jest padające prędzej czy później pytanie: „Czy wierzysz w czyste zło?” („zło absolutne”, „zło ostateczne”, „zło wrodzone” itd.). „Czyste zło” w rozumieniu horroru oznacza istotę złą bezwzględnie, tzn. nierelatywnie. Relatywnie zły jest np. doktor Lecter. Ale bezwzględnie - otóż bezwzględnie zły jest potwór, który musi zabijać.

I w tym momencie zaczynają się teodycealne schody.

Albowiem o jakim właściwie złu tu mówimy? Jeśli istota musi zabijać, jeśli nie ma wyjścia - jak lampart, jak wirus - to stanowi po prostu kolejnego drapieżcę w indyferentnym moralnie mechanizmie przyrody, IQ bestii nie ma znaczenia, podobnie jak jej pochodzenie. Tak samo nie jest dobry prezes Lotto, wręczający jakiemuś biedakowi czek na milion złotych, jak i nie jest zły głodny krokodyl, odgryzający dziecku głowę. U podstaw każdego dobra i zła musi leżeć dokonywany wybór. (Zastrzegam: powyższe dotyczy dzisiejszego, najpopularniejszego rozumienia dobra i zła na gruncie teologii chrześcijańskiej).

Zadajmy więc sobie pytanie: czy wampir może nie pić ludzkiej krwi? czy wilkołak może przekwalifikować się na sprzedawcę gazet, a strzyga na nocną babysitter? No nie, byłaby to może świetna parodia horroru, ale nie horror jako taki! Na tym wszak polega wampirowatość wampira, że właśnie pije ludzką krew. W tym zakresie nie posiada wolnej woli. Nie może się sprzeciwić własnej naturze; ani on, ani reszta owych „złych do szpiku kości” potworów. Nawet przyjemność odczuwana z zadawanych cierpień (te orgazmiatyczne uniesienia, gdy wbija swe kły w gładką szyję ofiary) nie jest żadnym argumentem, na tym bowiem polegają tricki przyrody, iż nagradza ona doraźnymi sygnałami satysfakcji posunięcia na dłuższą metę korzystne dla organizmu/gatunku.

Gdyby bowiem demon mógł sobie rzec: „Tego nie zrobię”; gdyby mógł się zreflektować: „Przecież nie chcę ich krzywdzić!”; gdyby mógł porzucić niecny proceder - to chociaż nikt by mu wówczas nie odmówił wolnej woli i spokojnie można by nazwać uprzednie jego czyny złymi, byłoby to wszelako już zło niższej kategorii, zło nie bezwzględne, zło ludzkie, jeno ubrane w liczne efekty specjalne. (Co rozpoznała i doskonale wykorzystała Anne Rice uczłowieczając swe wampiry i czyniąc z ich „Kronik” perwersyjne moralitety; ale Rice to szczególny przypadek).

„Czy wierzysz w czyste zło?”. Docieramy tu do fundamentalnej sprzeczności leżącej u kreacyjnych podstaw każdego horroru. Aby bowiem Potwór osiągnął taki biegun podłości, iż „wszystko, co od niego pochodzi” mogło być już tylko i wyłącznie złem, musi w swej naturze uzyskać kondensację grzechu uniemożliwiającą jakiekolwiek zboczenie z piekielnej ścieżki; kreatura taka wypełnia wszelako wszystkie znamiona osobnika do cna zdegenerowanego moralnie i niewładnego dokonywać wyborów w tych kategoriach, a zatem nie odpowiadającego za własne czyny. Jeśli jednak odejmiemy jego złu sankcję konieczności i dopuścimy choć jeden uczynek nie-zły - odmówimy mu tym samym miana „zła absolutnego”.

Tym samym istota „zła skończenie”, jako ontologiczny oksymoron, sama się wymazuje ze stronic horrorów.

Banałem byłoby wspominać jeszcze o dysproporcji objawień: że mianowicie zło manifestuje się w horrorach często-gęsto, na wszelkie możliwe sposoby, z dobrem natomiast jest kiepsko. Któż, u licha, kiedy słyszał o „przebudzeniu odwiecznego dobra”? Zmartwychwstają grzesznicy; zstępują aniołowie upadli; zło konserwuje się znacznie lepiej.

Tak czy owak z personifikowaniem zła czy dobra wiąże się kolejny kłopot, sprzeczność już nie uwikłana etycznie jak powyższa, lecz czysto logiczna. Krytycy bogów antropomorficznych zwracają uwagę na ów paradoks od czasów Ksenofanesa. Otóż jakikolwiek byt obdarzony co najmniej jednym atrybutem (cechą) absolutnym (nieskończonym) - jest już tym samym niemożliwy do ujęcia w kategoriach ludzkich.

Czyli diabeł (zło absolutne) uczłowieczony - nie jest już diabłem; forma człowieka ogranicza go.

A w horrorach? W horrorach brylują owi Szatani w eleganckich garniturach, uprzejmi dżentelmeni o czarnych paznokciach, tudzież romantyczni łotrowie, mściwi manipulatorzy, czy wreszcie honorowi szlachcice z polskich klechd.

Czyż nie widzimy, iż każdy z tych predykatów - „elegancki”, „uprzejmy”, „romantyczny”, „honorowy”, a nawet „mściwy” - skonfrontowany ze „złem absolutnym” tworzy byt absurdalny, bo w pewnych zakresach samoprzeciwny? (Aby być „mściwym”, należy bowiem charakteryzować się skłonnością do odpowiadania złem za wyrządzone ci zło - jeśli jednak reagujesz złem zawsze, w stosunku do każdego i bez przyczyny, nijak się to ma do mściwości).

Wszelako autorzy horrorów zasadę sprzeczności rozjeżdżają w te i we w te; Arystoteles w grobie się przewraca.

Wielokrotnie większe problemy wiążą się z wszelkimi antropomorfizacjami Boga: tu tych atrybutów do „przycięcia” jest znacznie więcej. Lista tricków logicznych, przy pomocy których chrześcijańska teologia do dzisiaj próbuje wyjaśnić boski i człowieczy aspekt Jezusa Chrystusa, byłaby dłuższa od tego artykułu (a otwiera ją prawdziwy joker w talii teologa: „do Boga nie stosuje się ludzka logika”).

3. Założenia domyślnej teologii horroru

Cóż jednak począć z tymi tysiącami książek, w których roi się od cuchnących, gnijących, oślizgłych - albo na odwrót: uwodzicielsko pięknych - stworzeń, od których „zło aż promieniuje”? Otóż ich status sprowadzony zostaje do poziomu nieożywionych uosobień zła - jak te kamienie ofiarne czy przeklęte domy. O ile jednak o przedmiotach takich rzec można, iż zostały stworzone - pośrednio czy bezpośrednio - przez człowieka, o tyle genezę Potworów spowija gęsty mrok.

Skąd się wzięły, kto je stworzył? Odpowiedź bohaterów horrorów (czyli po prawdzie ich autorów) pozornie jest prosta: siły nieczyste, diabeł, zapomniany bóg pogański, i temu podobne.

Teologiczne konsekwencje takiej odpowiedzi są wszakże niezmiernie doniosłe. Okazuje się bowiem tym samym, iż horror jako gatunek opiera się na światopoglądzie manichejskim. Przydaje złu potencję kreacyjną co najmniej równą Bożej. Nie da się zaprzeczyć: istnieje jakaś wspólna dla wszystkich tych światów przedstawionych, domyślna (a najpewniej wcale przez autorów nie zaplanowana i przez nich sobie nie uświadamiana) nowa teologia.

Z miejsca rzec o niej można, iż neguje wszystkie trzy tezy teodycei św. Augustyna. Po pierwsze bowiem: zło nie jest tu jedynie pochodną wolnej woli człowieka. Po drugie: zło jest realne. Po trzecie: ultymatywne zło horroru nie należy do harmonii świata i istnieje wbrew Bogu (ultymatywnemu dobru).

Geneza manicheizmu horroru jest prosta. Pisarze powtarzają tu nieświadomie drogę myślową samego Manesa, wkładając bowiem w świat chrześcijański elementy religii pogańskich, i to właśnie jakieś bóstwa zła obdarzone mocą kreacji - do niczego innego nie mogą dojść, jak do totalnego dualizmu właśnie. Zatrważające jest wszelako, jak dalece pisarze ci ślepi są na intelektualne konsekwencje dokonywanych w procesie tworzenia wyborów. Chyba że właśnie nie mamy tu do czynienia z wyborami, jeno bezmyślnym poddaniem się konwencji, co (zważywszy na casus fantasy) nie byłoby niczym dziwnym.

4. Konsekwencje domyślnej teologii horroru

Teologia horroru postuluje bowiem również swoisty nadekumenizm, wykraczający sporo poza ogólny manicheizm. Nie dosyć bowiem, że mamy tu dwóch równorzędnych bogów, boga światła i boga ciemności - mamy całe dwie mitologie, dwa rodzaje rytuałów, dwie religie, konkurencyjne a współegzystujące teologie.

Gorzej: są takie horrory, w których występują uosobienia dobra/zła pochodzące z trzech, czterech różnych religii - i wszystkie funkcjonują zgodnie z ich tradycjami, wszystkie posiadają moc, wszystkie istnieją. Coś nieprawdopodobnego! A jednak: katolicki ksiądz przystępujący do egzorcyzmowania azteckiego demona nie jest w tej literaturze rzadkością.

Przeważnie jednak marnie kończy. Nie ta amunicja; trzeba wzywać innego specjalistę.

Nie jest bowiem rzadkością także podejście następujące: opętał delikwenta Belzebub - wzywamy egzorcystę z kurii; nawiedził indiański duch - sprowadzamy szamana ze stosownego plemienia; jeśli jednak gnębi zła karma poprzednich wcieleń - jedziemy kurować się do Azji, etc., etc.

Niepostrzeżenie, bez jawnych deklaracji, zapewne również w nieświadomości większości twórców - gatunek wylansował koncepcję świata podzielonego na swoiste eschatologiczne dominia, dziedziny duchowej władzy, twardo od siebie odseparowane, a w każdej rządzi się niezależnie inny system religijny, inni bogowie, inna teologia jest prawdziwa.

Podział nie przebiega terytorialnie, lecz kulturowo: w co wierzysz, co praktykujesz, w scenografii jakiej kultury/religii się obracasz - taka akurat teologia jest tu/wtedy prawdziwa.

Pluralizm absolutów! Mózg się gotuje. A jednak taka właśnie rzeczywistość jest jednoznacznie implikowana przez reguły większości horrorów.

Nie oznacza to, iż twierdzę, że twórcy horrorów podzielają taki obraz świata czy też umówili się, by tak go (świat) prezentować. Jednak dziedziczone z konwencji reguły, którym poddają się ze zniewalającą wręcz bezrefleksyjnością, implikują taką właśnie teologię. Interpolując z bytów i zdarzeń ukazywanych na kartach popularnych straszydeł, dochodzimy nieuchronnie do tych założeń, które staram się tu wyłuszczyć.

Wszystko to jednak leży w podświadomości gatunku, gdzieś tuż pod dotychczasowym poziomem eksplikacji. Jeśli bowiem istnieje horror, w którym ze spotkania katolickiego egzorcysty, indiańskiego szamana, chińskiego geomanty, celtyckiego druida itd. wyniknęły jakieś ważkie teologicznie konkluzje - to w każdym razie dzieło owo wiekopomne pozostaje mi całkowicie nieznane.

A przecież gatunek aż prosi się o taką autorefleksję. Wszystkie narzędzia zostały już podane, wszystkie założenia ujawnione, wystarczy sięgnąć po jedną z interpretacji.

Czy ktoś na przykład rozwinął tę koncepcję „niebios komórkowych”? Równoczesna efektywność rytuałów wywiedlnych z różnych teologii prowadzi do wniosku o istnieniu systemu organizującego w jakiś sposób wszystkie poszczególne teologie - do swoistej „metateologii”. I to nie jako hipotetycznego konstruktu ze słów-abstraktów - ale jako teorii opartej na danych doświadczalnych.

No i teraz: jakiż popis można w warstwie fabularnej uczynić z owych „danych doświadczalnych” - bo to są przecież, ni mniej, ni więcej, zderzenia nadnaturalnych manifestacji różnych porządków eschatologicznych: anioł, dżinn, Ozyrys i Pierzasty Wąż w jednym kadrze; horror postmodernistyczny par excellence.

Pole popisu dla wyobraźni, sky is the limit. W wersji interakcji mniej pokojowych rzecz ewoluuje bowiem w straszliwą Wojnę Absolutów, starcie nieskończoności, w bogatej scenografii religii i magii. Czyż można sobie w ogóle wyobrazić dla horroru bardziej efektowne tło, wyższą stawkę?

Co więcej: horror obraca się nam tu pod palcami w skomplikowaną, wielobarwną intelektualną kostkę Rubika.

A to tylko jedna z możliwych ścieżek, jest ich znacznie więcej.

5. Założenia domyślnej etyki horroru

Że nie jest moim wymysłem owa gatunkowa platforma porozumienia, dowodzi chociażby trylogia Wesa Cravena „Krzyk”, w której przeprowadzono analogiczną analizę dla horrorów filmowych, choć w sposób najpłytszy, bo ograniczając się do zauważenia i sklasyfikowania występujących regularności; przy tym jedynie na poziomie fabuły.

Co bowiem można wywnioskować ze schematów fabularnych horrorów, powtarzających się u różnych ich autorów praw kierujących losem bohaterów? Na przykład to: najlepiej wychodzą ci, co w ogóle się nie mieszają w żadną walkę ze złem i temu podobne afery. Bogowie nagradzają obojętność; najgorzej to wpaść im w oko.

I jeszcze to: jeśli już wpadłeś, najważniejsze są rytuały. Nie ma znaczenia bilans twoich dotychczasowych uczynków, cechy charakteru itp. - nie bezpośrednio w każdym razie. Jeśli bowiem zapomniałeś Magicznego Dzyngulca, leżysz; jeśli zdobędzie go schwarzcharakter - zwycięży. Symbole decydują o wszystkim.

Wydaje się również, iż w horrorach znalazła podatny grunt nauka o predestynacji (współczesny kanon gatunku w przeważającej większości opiera się na dziełach anglosaskich protestantów). Trudno wręcz wskazać taki horror, w którym prędzej czy później dyskusja nie schodziłaby na kwestie przeznaczenia, starych przepowiedni, zapomnianego dziedzictwa, odwiecznego obowiązku itp. Na poziomie fabuły sprowadza się to do jednego: „Tylko ty możesz go pokonać!”. Przy czym ów wybraniec losu nie musi się wyróżniać niczym, prócz tego, że jest głównym bohaterem powieści - a jest nim, bo jest wybrańcem.

Ta jego cecha - zwyczajność, przeciętność - często bywa wygrywana z pełną premedytacją, w kontraście do Wielkiego Przeznaczenia. Przeżyje, bo musi je wypełnić. Tymczasem tuzin jego przyjaciół poginęło w okrutnych mękach w poprzednich rozdziałach - bo nie byli wybrani.

Wszelako czy giną niewinni? Wydaje się, iż jest to punkt, w którym teologia horroru rozmywa się i znajdujemy wzajem sprzeczne transcendentne racje moralności. Z jednej bowiem strony mamy horrory z wielkimi ilościami kompletnie przypadkowych ofiar; z drugiej - klasykę, w której „trzeba zaprosić wampira do domu”, do boju ze złem przystępuje się z czystym sercem i po mszy, a każdy pakt z diabłem kończy się (ku przestrodze czytelnika) przechytrzeniem człowieka przez szatana.

Celowo użyłem słowa „klasyka”, istnieje tu bowiem silna korelacja czasowa: im horrory bardziej współczesne (w sensie daty powstania), tym większa indyferencja moralna rządzących w nich domyślnych bóstw. Dzisiaj nikt już nie jest bezpieczny przed złem - taki czytamy z ewolucji gatunku przekaz - nie pomoże czyste sumienie i zmówiony paciorek.

Najwyraźniej utracona została wiara w jakąkolwiek doczesną sprawiedliwość. Zamaskowani mordercy mogą włamać się do każdego domu - cóż zatem powstrzyma demona?

6. Horroru teologie autonomiczne: Rice - Barker - Lovecraft - King

Jako się rzekło, szczególnym przypadkiem jest tu teologia Rice - o tyle szczególnym, że tam właściwie nie ma mowy o żadnej teologii. Rice udała się rzecz przedziwna: zbudowała świat pełen nadnaturalnych istot, widzialnych i niewidzialnych, magicznych mocy, odwiecznych tajemnic, klątw i przeznaczeń, z wampirami mordującymi przypadkowych nocnych przechodniów - który jest przy tym wszystkim oparty na fundamentach agnostycyzmu, żeby nie rzec: scjentyzmu. Wampiryzm, duchy, demony - wszystko ostatecznie zostaje sprowadzone do fizyki i fizjologii. Ciało niewidzialnego dojrzymy pod mikroskopem elektronowym. Można więc zadać pytanie: czy wciąż jest to horror? I faktycznie, stosuje się różne peryfrazy: „literatura grozy”, „opowieści niesamowite”, „perwersyjne romanse” itp.

Same potwory Rice - wampiry, duchy - poruszają się w identycznej pustce aksjologicznej, co bohaterowie Sartre'a czy Camusa. Nie wiedzą. Ponad nimi nie ma niczego. Nie ma żadnych reguł. Nikt nie nagradza altruizmu i nie karze okrucieństwa; w ogóle nikt i nic nie karze i nie nagradza. Magia nie nakłada ograniczeń (bo też po prawdzie nie ma tam „magii”); nie istnieje nawet podział na złych i dobrych - którzy by mianowicie mieli to być? Najbardziej ludzkie są tam właśnie wampiry.

Drugą wyłamującą się (częściowo) z niepisanej umowy osobowością jest Clive Barker. Jego teologia da się streścić w jednym zdaniu: „Nie ma takiego zła, które nie jawiłoby się jako dobro w kontraście do stojącego za nim jeszcze większego zła”. (W zależności od końca, z którego się patrzy na ową sentencję, prezentuje się ona jako skrajnie pesymistyczna lub skrajnie optymistyczna).

Tak wyłaniają się sukcesywnie zza potęg nadpotęgi, i nadnadpotęgi - w „Kobiercu”, w „Wielkim sekretnym widowisku”, w „Everville”. Podobna iteracja buduje w domyśle czytelnika model teologii nieskończonej - bo skoro każde zło, wpierw prezentowane jako absolutne, znajduje rychło swe dopełnienie, jakąż mamy gwarancję, iż akurat to pozostanie ostatnim, ostatecznym? Jest to niewątpliwie relatywizacja - lecz w swej istocie inna niż ta propagowana w filmach i serialach TV, gdzie ku fascynacji widza wygrywa się przygodne cechy pozytywne potworów, złoczyńców. Barker nie idzie na taką łatwiznę: w imię obrony przed tym, co się wyłania zza jego pleców, zmusza nas do zaakceptowania zła takiego, jakim jest.

Znacznie mu w tym pomaga drugi dogmat: piękno usprawiedliwia wszystko. Estetyka, u Barkera rozumiana bardzo szeroko, bo ze szczególnym uwzględnieniem estetyki brzydoty, stanowi szkielet struktury bytu. Estetyka stanowi podstawę systemów magii. Estetyka zastępuje etykę. Im coś silniej poraża twe zmysły - z tym większą pewnością wnosić możesz o mocy owej istoty w świecie Barkera. Giną szaraczkowie; giną nieatrakcyjni dla oka.

Sam Barker nigdy tych zasad jasno nie eksplikuje. W istocie jednak większość reguł - ontologicznych i fabularnych - odczytywanych z jego utworów daje się sprowadzić do owych dwóch aksjomatów.

Ontologia wszechświata H. P. Lovecrafta, choć jasno wyłożona, sprawia większe kłopoty interpretacyjne. Na początek mamy tu ten sam problem, co z Rice: Lovecraftowe zło są to bowiem Obcy rodem z hard SF. Nie ma zatem „elementu nadprzyrodzonego” w zwyczajowym sensie.

Z drugiej strony - ów zabieg ujęcia niezwykłości w nawias SF wydaje się po prostu przesunięciem Tajemnicy z jednej dziedziny w drugą. Jak bowiem głosi Prawo Clarke'a, „każda wystarczająco rozwinięta technologia wydaje się magią”, a u HPL mamy rytuały, Świat Snów, byty „czysto metafizyczne” itp. Ale czy rzeczywiście u HPL? Liczni naśladowcy, dopisujący swoje fikcje do kreacji Lovecrafta, zaciemniają obraz. W sumie nie jest to do końca jasne.

Taka ucieczka pod skrzydła SF posiada jedną niezaprzeczalną zaletę: uwalnia od konieczności klasyfikacji Potworów w kategoriach dobra/zła. (Co u Rice jest punktem dojścia, u HPL jest punktem wyjścia). Lovecraft wielokroć pisze bardzo wyraźnie: to, co poraża i wpędza w szaleństwo jego bohaterów, to obcość tego, z czym dane im było się zetknąć. Etyka jawi się tu nadbudową czysto ludzką.

Najtrudniejszy do sklasyfikowania jest Stephen King. Trzyma się on tak mocno realiów i obyczajowości współczesnej Ameryki, że związki z teologią horroru są u niego rzadkie i trudno wyróżnialne. Kiedy zaś na koniec je znajdziemy, okazuje się, iż nie da się z nich wywieść żadnego spójnego systemu wykraczającego poza daną książkę/cykl. A nawet systemy implikowane przez pojedynczy utwór wydają się jakoś „niepełne”, „niedopracowane”. King nie poświęca im wiele uwagi; skupia się na czym innym: obyczajowości, psychologii, fabule, narracji.

W „Miasteczku Salem” wykorzystuje reguły klasycznego, XIX-wiecznego horroru, opartego o teologię chrześcijańską. W „To!” serwuje nam coś na kształt kosmogonii-pop, trudno brać tego jego Żółwia jako boga serio. W „Smętarzu dla zwierzaków” prawdziwi okazują się bogowie indiańscy. W „Mrocznej Wieży” obok sekty jezusowców mamy wiele innych kultów. Statystycznie jednak - znacznie częściej wykorzystywane są motywy, symbole i przesądy wyrosłe z teologii chrześcijańskiej. Wątpię jednak, by przyczyna leżała w jakichś osobistych preferencjach Kinga; po prostu chrześcijaństwo weszło najmocniej do popkultury Ameryki, a na takim właśnie fundamencie, z takich cegieł buduje King. Jak z klocków lego.

Teologia eklektyczna? Nawet nie to. King bowiem czasami posiłkuje się ową domyślną „teologią horroru”, czasami zaś (ostatnio coraz częściej) w ogóle odstępuje od konwencji gatunkowych. Jego teologią jest zbiorowa podświadomość amerykańskiego społeczeństwa.

Jacek Dukaj