To właśnie jest SF!

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 189 (1998-06).

Przekleństwo obfitości dotknęło fantastykę - bez wątpienia jeśli chodzi o przeróżne pod- i podpodgatunki: taksonomicznemu obłędowi nie ma końca. Hard SF, space opera, cyberpunk, steam-punk, nano-SF, science fantasy, urban fantasy, dark fantasy, technofantasy, technothriller, thriller futurystyczny - nierzadko co książka, to nowa gałąź, człek nieobeznany wytrzeszcza jeno oczy niczym na wypełnione obcojęzycznymi nazwami menu. „No dobrze, ale jeśli ja chciałbym przeczytać po prostu jakąś dobrą, solidną SF?”. Wówczas, jako ów kelner polecający specjalność zakładu, należy wygłodniałemu zarekomendować „Czerwonego Marsa” Kima Stanleya Robinsona.

Jest to SF bez żadnych specyfikujących predykatów - SF czyli fantastyka naukowa; tyle. Jak się łatwo domyśleć, rzecz traktuje o eksploracji i kolonizacji Marsa. Historia jego podboju opowiedziana jest od samych początków, tzn. od kosmicznej podróży pierwszej setki kolonizatorów, poprzez lata badań i wpierw jeszcze nieśmiałych prób przekształcania planety ku formie ziemiopodobnej, aż do konfliktu na tle podziału politycznych i gospodarczych wpływów w tej nowej Ziemi Obiecanej. Książka liczy sobie ponad sześćset stron dość szczelnie zapełnionych drukiem, stanowi część otwierającą trójksięgu, ale i tak wiele tematów z konieczności dotknięto w niej zaledwie pobieżnie - wszak autor zamierzył sobie wielką panoramę społeczną, rozciągniętą wzdłuż osi czasu na ponad setkę lat. I po prawdzie robi, co może, by podołać temu zadaniu; dawno już nie było w SF opowieści o takim rozmachu a podanej serio i bez odlotów w jakieś technobaśnie.

Oba pierwiastki, literacki i naukowy, są w tej powieści podane w stosownej proporcji i w obu dziedzinach wykonał Robinson kawał dobrej roboty. Zaznaczam to z tym większą satysfakcją, iż w przypadku Clarke'a, który bez wątpienia jest kimś w rodzaju duchowego patrona Marsjańskiej Trylogii, wyobraźnia inżynieryjna w dużym stopniu zastępuje, wręcz protezuje talent literacki; podobnie zresztą prezentuje się większość autorów tzw. hard SF. Z tego punktu widzenia Robinson jawi się jako zgoła wirtuoz pióra oraz wytrawny psycholog - serwuje zresztą na kartach „Marsa” prawdziwy wykład psychologii.

Że powieść ta - i w ogóle cała trylogia - zawdzięczają wiele Clarke'owi, zorientuje się natychmiast każdy, kto zna futurologiczne obsesje ACC (prócz terraformacji Marsa, np. winda kosmiczna); że jest zarazem w realizacji lepsza od jego własnych dokonań, staje się jasne równie szybko. Pomijam tu wspomniane wyżej kryterium sprawności czysto pisarskiej, ale - „wizjonerstwo” klasycznej hard SF polegało przeważnie na jednowymiarowym, prostoliniowym profetyzmie, podczas gdy Robinson zdaje sobie sprawę, iż w kreacji przyszłej cywilizacji Marsa równą wagę, co do nauki, przyłożyć należy do kultury, ekonomii, polityki czy psychologii właśnie; a w ramach nauki - do fizyki, chemii, geologii, genetyki, informatyki itd. Wszystkie te elementy wpływają wzajem na siebie, tworząc skomplikowany, niestabilny układ - nie ma mowy o żadnej postheglowskiej scjentystycznej utopii. Jest to zatem wizja całościowa, kompletna; wiarygodna. Na własny użytek zwę taką SF, rozpoznaną już w kilku powieściach z ostatnich lat, fantastyką totalną - ale w rzeczywistości nie jest to przecież żaden nowy jej podgatunek, jeno wyróżnik dla SF naprawdę dobrej, opartej na solidnych intelektualnych podstawach.

Lecz czytelnik przyzwyczajony do wzorców owej „hard SF” może nawet kręcić nosem, iż tyle w „Czerwonym Marsie” polityki i psychologicznych rozgrywek między głównymi bohaterami (których notabene Robinson sukcesywnie uśmierca, nie przydając im wcale baśniowej nietykalności z uwagi na dwa dalsze tomy). Jednak tenże sam czytelnik, pamiętający zapewne Lemowe opisy surowego piękna Księżyca czy geologicznego rokoko tytanowego Lasu Birnam - z przyjemnością zanurzy się w zaiste niezdawkowe deskrypcje monumentalnej rzeźby powierzchni Marsa, w których lubuje się Robinson, jakby zupełnie niepomny rządzących fantastyką lat 90-tych reguł szybkiej akcji i gęstego dialogu. A że są to reguły iluzoryczne, pozwala mieć nadzieję zasłużony sukces jego Trylogii.

Jacek Dukaj

Kim Stanley Robinson Czerwony Mars tłum. Ewa Wojtczak, Prószyński i S-ka, 1998, cena: 25 zł.