Trąd w raju

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 156 (1995-09).

Pośród dziesiątek jednoschematycznych trylogii fantasy, których fala wciąż się podnosi, ukazała się, jakoś tak cicho i niepostrzeżenie, trylogia (choć w istocie rozrośnięta już w cykl znacznie dłuższy) autorstwa, w Polsce niemal zupełnie nieznanego, Stephena R. Donaldsona, obdarzona wspólnym nadtytułem: „Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka”. Przetransmitowana na nasz rynek z opóźnieniem blisko dwudziestoletnim, po setkach współczesnych produkcji, jako bodaj ostatnia pozycja żelaznego kanonu gatunku, nie ma prawa oczekiwać żadnego specjalnego zainteresowania, ani ponadprzeciętnej popularności. Kwestia następstwa lektur: pierwowzór na ostatnim miejscu postawiony kopią się zdaje. Sam byłem poniekąd rozczarowany nieoryginalnością tego dzieła; a to wszak błędne wrażenie, chociaż nieuniknione.

Rzecz jest o trędowatym, którego co jakiś czas rzuca w alternatywny świat Krainy, archetypicznego ogrodu wszelkiego urodzaju i obfitości. W Krainie trąd mu się cofa, w co Covenant nie wierzy, nie wierzy w realność samej Krainy, rzekomo wytworu jego umysłu, majaku, złudy. Stąd Niedowiarek. Jego niewiara stoi wszakże na solidnych fundamentach: trąd tym się charakteryzuje, że długość życia zapadłych nań jest odwrotnie proporcjonalna do ich podatności na wszelkiego rodzaju iluzje i chwilowe nadzieje, a wprost proporcjonalna do zdolności koncentracji, praktycznego egoizmu i bezwzględnej woli przetrwania. Od trądu obumierają nerwy i traci się czucie: nie czujesz skaleczeń, ran. Musisz się nieustannie kontrolować, być skrajnie ostrożnym, przewidywać niebezpieczeństwa, podejrzewać pozornie absurdalne zagrożenia. Trąd jest nieuleczalny. A w powszechnym przekonaniu zaraźliwy. Pozostawia więc rany także na psychice. I tak dalej, i tak dalej. Thomas Covenant to kaleka w każdym tego słowa znaczeniu. W Krainie wpada w rolę mitycznego herosa, zbawiciela świata (oto bowiem nadciąga ze wschodu odwieczne zagrożenie...). No, ale Covenant w ten świat nie wierzy.

Jak widać, utwór jest pomyślany inteligentnie i z polotem. Lecz to wszystko - konstatuje z rozczarowaniem dzisiejszy czytelnik - już było. Znamy bohaterów-odmieńców, potwory fizyczne i psychiczne, o przenicowanych umysłach. Znamy fantasy światów alternatywnych, w których postaci do końca nie mają pewności czy nie jest to aby ich własny chory sen. Znamy baśniowe Edeny w cieniu wojny. Znamy fabuły budowane na atrakcyjnych kontrastach psychologicznych. Czytam tę trylogię i żałuję, że nie wpadła mi w ręce przed kilkunastoma laty. Teraz to co innego; skaziły mnie nieodwracalnie wtórne produkcje tych, co wchłonęli ją wcześniej. A skąd ten żal? Bo to jednak jest po prostu bardzo dobra literatura, perła zwłaszcza w tym gatunku, który zdaje się przyciągać pisarzy o zasobie słów prymitywnego tezaurusa i umiejętności klecenia zdań jednoszkieletowego algorytmu składniowego. A Donaldson umie pisać, taka jest prawda. Umiejętność ta zdaje mu się zresztą wymykać spod kontroli, rozkwitając co i rusz rytmicznymi, rozbudowanymi opisami Krainy; to fantasy opisowa, tak sobie ją roboczo klasyfikuję, dla odróżnienia od przeróżnych Eddingsów, w których książkach sumaryczną ilość trupów można spokojnie ekstrapolować na podstawie dowolnie wybranych kilku rozdziałów, a główną formą narracji jest szybki dialog.

Ale „Covenant” i tak stanowi wyjątek: Donaldson miał tu ambicję skreślenia wiarygodnych wizerunków psychologicznych postaci - i powiodło mu się to w większości przypadków, zwłaszcza jeśli chodzi o samego Niedowiarka. Niemal do końca udaje się autorowi utrzymać co najmniej ambiwalentny stosunek czytelnika do trędowatego. Wiele się bowiem da o Covenancie powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest człowiekiem sympatycznym. On, chory śmiertelnie, wchodzi w ten raj z pierwotnym piętnem zła: gwałci córkę swych dobroczyńców; i odbija się na nim ten czyn zaiste jak Kainowe znamię. Dużo tu temu podobnych odwołań do uniwersalnych symboli, zresztą nie tylko chrześcijańskich.

Paradoksalnie kojarzy mi się ta trylogia z cyklem C. S. Lewisa „Kroniki Narnii”, niby zupełnie odmiennym, bo wszak dla dzieci przeznaczonym - ale istnieje pomiędzy tymi dziełami jakaś podskórna symetria, nie wynikająca bynajmniej jedynie z paralelizmu założeń fabularnych, symetria, której do końca nie jestem w stanie zrozumieć. Zdaje mi się Donaldson wiernym czytelnikiem opowieści o Narnii - może z racji analogicznego wydźwięku ekologicznego „Thomasa Covenanta”, może przez podobne odwoływanie się w nim do motywu odkupienia, a może dla identycznej staromodnej „baśniowości” owych utworów.

Jacek Dukaj

Stephen R. Donaldson „Kroniki Thomasa Covenanta Niedowiarka”, „Jad Lorda Foula” tłum. Piotr W. Cholewa, „Wojna Złoziemnego Kamienia” tłum. Maria Duch, „Moc, która osłania” tłum. Maria Duch, Zysk i S-ka 1994-95