Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 194 (1998-11).
Streszczenie z tylnej strony okładki, miast zachęcić, zniechęciło mnie. Pielgrzymka przez Chiny, Indie, Nepal do Tybetu, ścieżka duchowego oświecenia... Znowu holistyczna agitka niskiej jakości, pomyślałem. Błąd, błąd! Owszem Ken Mitchell pozwala sobie na małe wykłady o zasadach buddyzmu, nigdy jednak nie przekracza granicy wytrzymałości czytelnika. W ogóle cała powieść napisana jest ze zdumiewającą jak na temat lekkością i humorem. Po części zasługa to preferowanego przez autora sposobu narracji - pozbawionych didaskaliów, szybkich dialogów; po części zaś - żywych, barwnych postaci.
Tytułowe „Kamienie Dalajlamy” to tzw. nagrobne kamienie mani, zabrane z tybetańskiego Miejsca Umarłych przez trójkę amerykańskich turystów. Czy czynem tym sprofanowali je? Obudzili gniew duchów? Nie jest to jasne; różni spece od karmicznej metafizyki tłumaczą to zawile: że droga ich złych uczynków kieruje ich ku reinkarnacji w osła czy pająka. Faktem jest, iż od momentu przywłaszczenia sobie owych kamieni gnębi ich nieprawdopodobny pech.
Pierwsza część książki opowiada właśnie o bezskutecznej walce z fatum profesora socjologii i jego żony, dwojga z owych nierozważnych turystów. Nawet na mnie zrobił wrażenie katalog ich nieszczęść. Od głupiego zadraśnięcia po upadku z roweru zakażenie obejmuje całą rękę żony. Rozbijają samochód. Ginie im bagaż i pieniądze. Rozpada się małżeństwo najbliższych przyjaciół. Profesor zostaje oskarżony o molestowanie seksualne studentki. W wypadku na motocyklu ginie mu syn. Córkę gryzie wściekły pies. Zaczynają wydzwaniać do domu byłe jego kochanki. W każdym meczu, który ogląda, jego drużyna przegrywa (skąd ja to znam?). Itd. Nic dziwnego, że w ostatecznej desperacji decyduje się na powrót do Tybetu i zwrot kamieni mani.
I tu Mitchell wykonuje genialne posunięcie: ponieważ żona lecieć nie może, profesor na drugi bilet zabiera w ową „pielgrzymkę” swego mechanika samochodowego, człeka o stopniu uduchowienia klucza francuskiego, języku niczym papier ścierny, miłośnika brzydkich kobiet i taniego alkoholu. Ze skrzynią narzędzi pod pachą przewędruje u boku socjologa przez ogarnięte rewoltą rejony Himalajów, pod lufami chińskich czołgów i ognistymi spojrzeniami tybetańskich demonów. Bo Mitchell na dodatek pakuje naszych bohaterów w środek politycznej zawieruchy; w istocie jest to powieść tyleż o klątwie zmarłych, co spotkaniu kultur Wschodu i Zachodu, i trudno się oprzeć wrażeniu, iż autor zna rzecz z autopsji.
Gdy miejscowy przewodnik wraca zza zakrętu drogi z informacją, iż zagradza ją głodny ludzkiego ciała demon, chińska przewodniczka stwierdza z wyższością prawomyślnej komunistki: W Chinach nie ma prawdziwych demonów. Zapewne zobaczył yeti. Taki mniej więcej jest ton całej tej książki.
Jacek Dukaj
Ken Mitchell Kamienie Dalajlamy. Tłum. Bolesław J. Korzeniowski, Ilona Paczkowska. Alfa 1998. Cena 24 zł. Biblioteka Dzieł Wyborowych.