Tych, którzy po lekturze ...

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks” nr 10 (1996-02).

Tych, którzy po lekturze moich „polecanek” do poprzedniego „SFinksa” osądzili mnie jako bezguście totalne, muszę teraz srogo zmartwić, bo niechcący wprowadziłem ich w błąd: nie był to jednorazowy wybryk. Jak się okazuje, na skutek zbiegu okoliczności, interwencji mocy nieczystych, bądź po prostu perwersyjnego kaprysu niejakiego Wojtka S. - szerzyć będę z tych łam brudną propagandę w imieniu „określonych sił” jeszcze niejednokrotnie.

Przystąpmy tedy co rychlej do zaanonsowanej recydywy. Odwrotnie, niż ostatnim razem, zacznę od SF, a nawet czystej nauki, bo zanim się zabiorę do lustrowania Pierre'a Oullette'a z jego „Deus machine”, pragnąłbym rzucić parę słów za pozycjami z serii popularnonaukowych, jakie niedawno wprowadziła do swego katalogu „Verbum 2”. Mam tu na myśli przede wszystkim „Na ścieżkach nauki” Prószyńskiego i S-ki - jakiż prawdziwy fan prawdziwej SF machnie ręką na opowieść Franka Drake'a (tego od równania Drake'a) o historii poszukiwań obcych cywilizacji? („Czy jest tam kto?”, ubarwione autentycznymi anegdotami, w rodzaju polowania na grasujące w okolicy radioteleskopów wampiry). Albo na książkę o owej (nie)sławnej hiperprzestrzeni, bez której połowa tekstów science fiction obróciłaby się w błoto? („Hiperprzestrzeń” Michio Kaku; profesor Kaku nie tylko o hiperprzestrzeni tam pisze, zdradza też patent na m. in. wehikuł czasu). Odnoszę wrażenie, iż zaczyna się w Polsce dobry czas dla popularyzatorów nauki, po paru latach królowania na półkach księgarskich źle dobieranych, źle tłumaczonych i pozbawionych kompetentnej redakcji tytułów - zabrali się do roboty fachmani. Proszę się zatem nie sugerować wskazanymi przeze mnie na początek pozycjami, wybór jest duży, nie ograniczony do fizyki i pochodnych.

A teraz już gładko przechodzimy do „Deus machine” Oullette'a. Raczcie zauważyć, iż nie polecam jej bezwarunkowo: to dla maniaków technothrillerów. Pierwsza książka tego Oullette'a; wyobrażam go sobie jako faceta z boksersko zaciętym wyrazem twarzy rąbiącego w klawiaturę równo osiem godzin dziennie podług biznesowo zaprojektowanego harmonogramu, podczas gdy w górnych warstwach umysłu, odurzonego toksyczną kawą i dymem z niedopalonych papierosów, kołacze mu się jedna wściekła myśl: „Będę Crichtonem!!!”. Tego się nie leczy, za to się inkasuje miliony dolarów w zaliczkach od wydawcy i prawach do ekranizacji. Cóż waść robisz - zapyta mnie teraz ten i ów - miałeś polecać, a odradzasz? Nic podobnego; nie chciałbym jednak wytworzyć wrażenia, iż oto natrafiłem na książkę na miarę „Parku Jurajskiego”, bo „Deus machine” to po prostu ładny i efektowny, sprawnie napisany technothriller. Jakkolwiek mamy tu do czynienia z utworem „pękniętym” w połowie - pierwsza jest cokolwiek nudnawa, stanowi w istocie jeden długi rozbieg autora, niepotrzebnie poprzyozdabiany wstawkami w stylu czystej sensacji czy thrillera psychologicznego; druga natomiast potrafi naprawdę wciągnąć: rusza akcja, sypią się pomysły, jest co podziwiać (idea biologicznych maszyn, sztucznych, jednopokoleniowych gatunków, fazowo przechodzących według genetycznego programu w następne, całkowicie inne, o odmiennych funkcjach - to zostanie w SF). Polecam wszystkim, oprócz antechbetów, bo rzecz stoi tyleż na genetyce, co informatyce (sztuczna inteligencja). Jest natomiast zawarty w tej powieści jeden totalny idiotyzm, herezja naukowa o pomstę do nieba wołająca: Oullette umyślił sobie przekonać czytelnika, iż introny (niekodujące fragmenty DNA) są w istocie jakimś odwiecznym programem komputerowym, mającym za zadanie powstrzymać nazbyt gwałtowny rozwój homo sapiens, i to właśnie za pośrednictwem komputerów. Wszelako prócz tej bzdury niewiele można autorowi zarzucić; nawet tłumacz pozwolił sobie jedynie na parę drobnych wpadek.

Zmiana nastroju: „Upiorna dłoń” Jonathana Carrolla. To zbiór jego krótkich opowiadań - czyli: wszystko, co w Carrollu najlepsze. Z czystym sumieniem polecam każdemu, nawet tym, którzy nie przepadają za powieściami twórcy „Krainy Chichów”. W opowiadaniach on jest najlepszy, tu przeważa pomysł, a pomysły Carroll ma świetne.

I coś z fantasy: „Koło Czasu” Roberta Jordana. Cykl, rzecz jasna. Na razie sześć tomów (a jak piszę „tomów”, to mam na myśli rzeczywiście TOMY), ale nie ma strachu, nie skończy się na tym. Zasłynął on ostatnią pozycją - Lord of Chaos - która w Stanach okazała się jakimś nieprawdopodobnym bestsellerem, pociągając za sobą nadsprzedaż wcześniejszych części i napychając Jordanowi kabzę. (W Polsce ukazały się: „Oko Świata” cz. I i II, „Wielkie Polowanie” oraz druga jego część: „Róg Valere”, i „Smok Odrodzony”, cz. I - w sumie dwa i pół tomu). Z bestsellerami (tymi autentycznymi, a nie samowładnie mianowanymi przez polskich wydawców) tak to już jest, że nigdy, ale to nigdy, nie stają się nimi książki rzeczywiście wartościowe, lecz zarazem rzadko, i to naprawdę rzadko, trafiają się pośród nich ewidentne gnioty. Wynika to z samej definicji bestsellera, czyli czegoś, co kupuje największa grupa konsumentów. Powieści Jordana bez problemu mieszczą się w tej kategorii. Są to, jedna w drugą, dobrze się czytające, wciągające, nienudne, niegłupie, niemądre, nieekscentryczne historie przygodowe o łatwych do utożsamiania się z nimi bohaterach, stopniowo wyrastających z pastuchów na legendarnych herosów i co rusz przy tym popadających w malownicze tarapaty, z których wydostają się w sposób tyleż realistyczny, co higieniczny. Podkreślam, iż jest to napisane bardzo fachowo i osobiście czytałem „Koło” z pewną dozą przyjemności: pośród ukazujących się aktualnie w Polsce cykli fantasy wskazuję na ten, jako na rokujący największe nadzieje, bo z tomu na tom robi się w nim coraz ciekawiej (Jordan zapuszcza się nawet jakby trochę w stronę fizyki: mamy tam i światy alternatywne, i coś o teorii chaosu, i żonglerkę probabilistyką). Wielce szanowny Drapieżca podnosił w „NF” wobec tych powieści zarzut pasywności bohaterów - uściślam: odnosi się to wyłącznie do bohaterów męskich, posłusznie podporządkowujących się kobietom i wlekących się na jedno ich skinienie przez pół kontynentu; bodaj jedyną męską postacią, która zachowała tam wolną wolę, jest sam Zły. Ciekawa nadinterpretacja, prawda? A może i nie nadinterpretacja - taka jest wszak ontologia Jordanowego świata, że Mocą mogą w nim dysponować wyłącznie kobiety, mężczyzn zaś okrutnie z niej „kastrują” ledwo taki rzuci pierwszy czar. Przy okazji znów słowo o tłumaczu. Plus, że dla wszystkich części jest to jedna i ta sama osoba; minus, że nieobyta z gatunkiem - w fantasy raczej nie wypada mylić rękojeści miecza z jelcem, to coś podobnego do zamiany galaktyki na gwiazdozbiór w SF. (Ale i tu następuje poprawa z tomu na tom ).

Czas na akcent nacjonalistyczny; poprzednio był to Ziemkiewicz, teraz Huberath. Nareszcie ukazał się jego z dawna zapowiadany zbiór opowiadań „Ostatni, którzy wyszli z raju”. Pięć utworów: „Wrócieeś, Sneog, wiedziaam...” (oj, chyba przekręciłem) i „Kara większa” plus trzy nowe (to znaczy dotąd niepublikowane, bo specjalnie świeże to one nie są). Pośród tych trzech nie ma tekstu na miarę „Kary”, ale wszystko są to bardzo ciekawe, bardzo „huberathowe” kawałki. Tytułowe, sprawiające wrażenie mimowolnego prologu/epilogu do Ziemkiewiczowego „Kataryniarza”, polecam raczej jako ciekawą obserwację socjologiczno-politologiczną. „Trzy kobiety Dona”, okrutnie prawdziwe psychologicznie, robi bodaj nawiększe wrażenie. „Kocia obecność”, podłączająca się do tego samego eschatologicznego klimatu, z jakiego powstała „Kara”, zdaje mi się najmniej dopracowanym kawałkiem. Podsumowując: średni poziom wcale wysoki; zresztą ja Huberatha po prostu lubię, podoba mi się ten styl, lojalnie uprzedzam. Słusznie autor zadecydował wyłączając (może dla oddzielnego zbioru?) owe dwa opowiadania „kosmiczne”, drukowane w „NF” - całość zachowuje dzięki temu pewną wspólną atmosferę, coś jakby Herling-Grudziński łamany Zajdlem, a chwilami i Kafką: ta złażąca ze ścian farba, smród szczyn po kątach, totalna degeneracja; „siermiężny transcendentalizm”. Teksty Huberatha nie są dla czytelnika „friendly” - obdarzane nieatrakcyjnymi tytułami, nieefektownie się rozpoczynające, nie zachęcają do lektury. Niniejszym ja czynię to w ich imieniu. Nie róbcie z siebie leniwych czytaczy bestsellerów, gust przeciętny to brak gustu, ci Grishamowie i Chmielewskie zmuszeni są zawsze - jak Hitler - mówić do najgłupszego w tłumie, nigdy i niczym was nie zaskoczą, nic nowego wam nie dadzą.

Koniec kazania, amen.

Jacek Dukaj