Tym razem, miast pisać krótko o wielu, poświęcę więcej miejsca trzem-czterem wybranym tytułom; nawet jeśli nie są to dzieła wybitne, uważam je za godne uwagi, warte lektury.
„Eksperyment terminalny” Roberta J. Sawyera to najlepsza od dosyć długiego czasu zagraniczna powieść SF, jaka pojawiła się w Polsce - i to naprawdę SF. Co ciekawe, jedynym rzeczywiście oryginalnym pomysłem Sawyera jest tu aparat do wykrywania duszy, rekwizyt raczej pasujący do fantastyki metafizycznej. Fabularnie widzi mi się ta książka skrzyżowaniem „Flatliners'ów”, „Enter the Soldier...” Silverberga oraz popularnych obecnie thrillerów o Internecie. Napisane jest to poprawnie, z wyczuciem; pod koniec bierze górę wątek sensacyjny, aby uatrakcyjnić rzecz w oczach kupców z Hollywood. Nawet z psychologią autor sobie radzi (choć bez przesady: dialog z poradni małżeńskiej widzi mi się przepisanym z podręcznika psychoterapii). Podobnie ciężko się przyczepić do detalów technicznych (razi tylko prostoliniowość Sawyerowych estrapolacji: te pojemności twardych dysków, które on ogłasza w 2011 roku maksymalnymi, za parę lat będą już niechybnie standardem domowych pecetów). W niedostatku hard SF tzw. bliskiego zasięgu (rzecz dzieje się w roku 2011) „Eksperyment” jawi się wręcz jako rewelacja sezonu. Ja postrzegam go jako kierunkowskaz dla drogi dalszego rozwoju anglosaskiej SF. Tak to będzie wyglądało: ani technothriller, ani cyberpunk, ani powieść obyczajowa - ale wszystkiego po trochę; to już nie koktajl, nie jakiś postmodernistyczny melanż: to zwiastun nowego gatunku (podgatunku). Sawyer już widzi, że granica pomiędzy wiekiem XX a XXI nie istnieje; jest świadom dewaluacji futurologii; proporcja zmian obrazu świata roku 1991 do 2011 jest podobna do zmian 1971 - 1991; dla jego wiarygodności należy zachować równowagę we wszystkich elementach i brać pod uwagę tyleż postęp technologiczny, co ekonomię, politykę i kulturę. Krótkodystansowa fantastyka totalna; ot co. Cała reszta SF grawituje ku mniejszej lub większej umowności, scenograficznej baśniowości: te space opery z dowolnie odległych w czasie przyszłości, te cyberpunkowe opowieści o światach de facto alternatywnych, bo już niekompatybilnych z naszym... „Eksperyment” Sawyera udowadnia, że jest jeszcze możliwa SF traktowana serio. Niezależnie od merytorycznej oceny samej książki, stanowi ona ważny sygnał: ten potwór jeszcze nie zdechł, jeszcze się rusza, jest życie na tej planecie.
„Uczeń skrytobójcy” Hobb prowokuje mnie natomiast to wypowiedzenia paru ogólniejszych zdań o fantasy jako gatunku. Sama powieść zaskoczyła mnie pozytywnie, tym bardziej, że wydawca ogłasza autorkę debiutantem. Daj Boże więcej takich debiutów. Jeśli chodzi o pisarską sprawność Hobb, to już na starcie bije ona 90% zawodowców; a przecież nie jest do żadne arcydzieło. Tak po prostu układują się wśród anglojęzycznych autorów fantasy proporcje, że wystarczy jeśli ktoś po prostu umie pisać, i już wybija się na szczyty. Fabularnie i kreacyjnie „Uczeń” nie odstaje bowiem od kanonu, jego świat jest chyba przekopiowany z jakiejś RPG. Świetnie natomiast radzi sobie Hobb ze swymi bohaterami, z psychologią książęcego bastarda wykorzystywanego do politycznych zabójstw itd. I dopiero w kontraście do takiej Hobb masówka zachodniej fantasy ukazuje swą nędzę, którą przyzwyczailiśmy się już brać za normę, a więc coś, co nie wywołuje żadnych komentarzy, bo nie warta uwagi: te papierowe postaci, dialogi jak siekierą w dębie rąbane, intrygi na poziomie umysłowym Kubusia Puchatka, pióro o lotności czołgu Abrams. Potem przychodzi pani Hobb, która wszystkiego przeczytała chyba dwie książki z gatunku - i wytrzeszczamy gały. Nie jest to wszakże jej wina i ja lekturę „Ucznia” z czystym sumieniem polecam, chociażby dla odzyskania zatraconych proporcji. Wydawca milczy na ten temat, lecz wieść niesie, iż będą sequele.
A propos sequeli i „zdań ogólniejszych” o fantasy. Wspominałem tu już swego czasu o dwóch cyklach: „Opowieści o Wojnie Światów” Raymonda E. Feista oraz „Kole Czasu” Jordana. Tak jak „Uczeń” Hobba stanowi pozytywny wyjątek pod względem czysto literackim, tak kolejne tomy powyższych cykli (ostatni „Wojny”: „Mrok w Sethanon”; oraz czwarty „Koła”: „Wschodzący cień” + „Ten, Który Przychodzi Ze Świtem”) objawiają ich wyjątkowość jeśli chodzi o kreację świata. Fantasy pod tym względem wypada doprawdy niezmiernie blado na tle SF, gdzie nie obowiązuje kolektywizacja wybraźni aż tak daleko posunięta; w fantasy natomiast czasami wręcz nie sposób odróżnić światy przedstawione w poszczególnych powieściach - gdyby nie różnice w onomastyce, z trzech czwartych utworów fantasy możnaby sklecić jeden wielki megacykl. Wszelka oryginalność warta więc naszej uwagi. U Feista np. mamy do czynienia z całą alternatywną kosmogonią opartą na prawach magii, bohaterowie cofają się w czasie i oglądają mitologiczną wersję Big Bangu, stworzenie świata na skutek boskiej interwencji i mocą czarów. Już sam rozmach wizji wyróżnia Feista. Jordan natomiast stawia raczej na konsekwencję, szczegółowość i malowniczość; historię swego świata i reguły nim rządzące odsłania przed czytelnikiem (i bohaterami), powoli, etapami. W pierwszych trzech tomach dawał jedynie sygnały; czwartym, moim zdaniem, przekroczył już zdecydowanie prób oryginalności. Jest to w fantasy doprawdy rzadki przypadek, gdy zagadką wiążącą intrygę jest problem ontologiczny - zazwyczaj to w SF bohaterowie (naukowcy, astronauci itp.) miotają się od przygody do przygody usiłując się rozeznać w wykoncypowanej przez twórcę rzeczywistości powieściowego uniwersum. Jordan pokazuje to w wersji fantasy; rozbudował już potężną scenografię magicznych artefaktów stanowiących odpowiedniki maszyn cywilizacji przyszłości w SF, wspomina o podróżach międzygwiezdnych, posyła bohaterów do światów alternatywnych, coraz bezczelniej bawi się probabilistyką, a odsłaniając przed nimi przeszłość ich świata - ukazuje coś w rodzaju Wolfe'owej przyszłości; ten cykl może się jeszcze w rzeczy samej okazać SF bardzo odległej przyszłości. Oczywiście, ma też wady: fabularną rozwlekłość (te tysiące stron!), lekkie wypaczenie psychologiczne, złą polską redakcję merytoryczną (kompletne pomieszanie w nazewnictwie); ma i inne zalety: logiczność i całkiem przyzwoity poziom komplikacji intrygi, odstąpienie od czarno-białego schematu baśni - tu nawet nie bardzo wiadomo, kto to jest ten Czarny, ktoś się za niego fałszywie podawał, zginął, albo i nie, nie jest to jasne; czy chce zabić Randa, czy tylko go wykorzystać, czy wręcz mu pomaga; sługi Czarnego biją się między sobą i tak samo spiskują przeciwko swemu władcy, a potrafią również kochać - bardzo to po Zelazny'emu. W Aielach natomiast i w mesjanistycznym motywie Smoka Odrodzonego - dostrzegam echo „Diuny”. Ciekawym, co jeszcze Jordan pokaże.
W kolejnych „polecankach” postaram się dla odmiany postawić na ilość - o ile będzie aż tyle nowości wartych polecenia, co nie jest pewne.
Jacek Dukaj