W co wierzy Ameryka

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 239 (2002-08).

Zbyt dobry tytuł, zbyt wiele obiecująca okładka potrafi mi zepsuć lekturę skądinąd niezłej książki. Pół biedy, jeśli wpadnie mi ona w ręce niespodzianie - ale gdy umysł ma czas popracować... O, choćby teraz: „Amerykańscy bogowie”. Tytuł niczym uwertura Wagnera, w tle ciemny bas i trąby. Od razu wyobrażam sobie drapieżną wiwisekcję zbiorowej podświadomości Ameryki, fresk społeczny demaskujący kulty materialistyczne i bałwochwalcze mody, a la Tom Wolfe. Gaiman jednak to Gaiman i szczytem nieuczciwości byłoby rozliczać go z wyzwań niepodjętych: podświadomości Ameryki dotyka o tyle, o ile jest mu to potrzebne dla umocowania intrygi - która obraca się wokół postaci mitologicznych.

Pomysł, że bogowie czerpią siłę z wiary wyznawców i umierają, gdy ostatecznie zapomniani, nie jest nowy. Co czyni powieść Gaimana jednak jakoś oryginalną, to styl oraz tło obyczajowe: współczesna Ameryka, Ameryka wielkich równin i małych miasteczek. Bohater, o stosownie mrocznej ksywie Cień, postać sponiewierana przez życie i przyzwoicie niejednoznaczna, a jednak z miejsca budząca sympatię czytelnika, wciągnięty zostaje w wojnę między nowymi bogami - bogami internetu, telewizji, narkotyków etc. - oraz bogami starymi.

Otóż głównym i w istocie moim jedynym zarzutem pod adresem powieści jest fakt kompletnego wykluczenia z panteonu tych amerykańskich bóstw - Bogów religii monoteistycznych. A przecież to na nich skupia się wiara większości Amerykanów, nie zaś na barwnie opisywanych przez Gaimana postaciach z mitologii afrykańskich, nordyckich, germańskich, celtyckich (czemu nie greckiej?). Nic dziwnego, że bogowie ci czują się zagrożeni przez bałwany materializmu; oni rzeczywiście są pomijalnym marginesem. Gdyby Gaiman chciał w tej „obyczajowej fantasy mitologicznej” ukazać prawdziwe konflikty rozgrywające się w zbiorowej podświadomości Ameryki, musiałby zderzyć z idolami współczesnego człowieka mitologie i etyki chrześcijańskie, islamskie, buddyjskie, tudzież postaci z urban legends i Jungowskie archetypy. I to byłaby książka odpowiadająca swojemu tytułowi. Miast tego wykonał unik: o Odynie i Lokim można pisać bez konsekwencji i przejmując się jedynie powierzchowną efektownością akcji - ponieważ i tak nikt w nich nie wierzy, są bogami martwymi i już zbanalizowanymi przez popkulturę. W tym więc zakresie, w jakim autor sam sprzeniewierza się swemu założeniu i oszukuje czytelnika, mam prawo czynić mu zarzut z moich zawiedzionych nadziei.

Poza tym wszakże - jest to jedna z lepszych fantasy, na jakie ostatnio trafiłem. Bardzo podoba mi się styl Gaimana, ta niewymuszona prostota poetyckiego języka, łatwość wywoływania nastroju tajemnicy i niesamowitości nie przez bogactwo, lecz oszczędność opisu; i postaci, nawet gdy zaledwie naszkicowane, całkowicie wiarygodne po dwóch zdaniach dialogu. Podoba mi się misterna, lecz nie Ludlumowsko przekombinowana, struktura intrygi. I wreszcie - całe tło, obraz Ameryki prowincjonalnej oraz jej mieszkańców.

Najbliższy opisowi duszy Ameryki nie jest bowiem Gaiman, gdy rozważa niuanse skandynawskich folklorów lub odmalowuje krwawe rytuały - lecz kiedy wprowadza nas, stopniowo i niezauważalnie, w klimat owego „kraju, nad którym się przelatuje”: stanów środkowych, rolniczych, ubogich w metropolie właściwe wybrzeżom, a gęsto upstrzonych kilkutysięcznymi osadami, gdzie każdy zna każdego i gdzie ludzie faktycznie wciąż w coś wierzą. Neil Gaiman, Anglik, inaczej się również przygotowywał do tej części powieści: nie poprzez lekturę mitologii i etnograficznych monografii, lecz przeprowadzając się do USA i podróżując od miasteczka do miasteczka. I w tych fragmentach jest to powieść najbardziej prawdziwa - co wcale nie znaczy, że mniej fantastyczna. Najbardziej przejmujemy się losem Cienia, gdy dostaje on szansę zapuszczenia korzeni w takiej mieścinie i odbudowania sobie życia; najsilniej wciąga nas opowieść w tych momentach, gdy niesamowite styka się ze swojskim (o czym dobrze wie Stephen King). W wyobraźni widzę ów rozdzierający konflikt między Jezusem Protestanów z Pasa Biblijnego a Wirtualnym Kusicielem i Hollywoodzką Bestią; w wyobraźni - bo „Amerykańscy bogowie” o nim milczą.

Jacek Dukaj

Neil Gaiman „Amerykańscy bogowie”, tłum. Paulina Braiter, MAG 2002, cena: 32.00 zł.