W imię zielonej nędzy

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w „Tygodniku Powszechnym” z dnia 5 kwietnia 2009 roku.

Konsumujemy z rozpędu. Obżeramy się, chociaż nie chcemy jeść. Skąd się wzięła ta choroba pokolenia McDonaldów? Ano stąd, że organizm człowieka zaprogramowano na wyczynowy wysiłek łowów, na ciągły post i krótkie chwile sytości, kiedy to trzeba magazynować w ciele tłuste zapasy. Zanurzeni w codziennej obfitości musimy więc oszukiwać głód i sytość. Dziesięć tysięcy lat to żaden dystans dla ewolucji biologicznej.

A sto lat to niewiele dla ewolucji kultury. Żyjemy wciąż w kulturze niedostatku, świętowania zwycięstwa nad nędzą i chomikowania przypadkowych zdobyczy – takie obyczaje, etyki i estetyki rządzą nami w nieprzystającym do nich świecie taniego nadmiaru. Toteż nieuchronnie popadamy w paradoksy i sprzeczności. Człowiek wrażliwy wychowany we współczesnej zachodniej cywilizacji doświadcza owej consumer guilt jak dawniej doświadczał catholic guilt. Bo Bogu już nic do orgazmu – tymczasem jak tu się nie zawstydzić przy trzecim telewizorze i dziesiątej pizzy, gdy w Afryce umierają z głodu dzieci, a planeta nam kona, truta i przegrzewana?

Savonarola tej nowej religii, niejaki M-ski, wygłasza w powieści „Low-tech” Michała Olszewskiego litanie i tyrady przeciwko rozwojowi, postępowi i jego produktom, przeciwko konsumpcji, konsumentom i dobrom konsumpcyjnym. Wraz z grupką wyznawców, spotykających się zazwyczaj w jego antykwariacie, organizuje manifestacje, blokady, rozmaite akcje w obronie środowiska, a zatem przeciwko cywilizacji, w szczególności zaś przeciwko nowym budowom. Co stawia w dziwnej sytuacji głównego bohatera „Low-techu”, architekta pracującego w firmie projektującej te budowy, należącej do „pogodzonego z dobrobytem” Ratnicyna. Bohater zarabia niszcząc środowisko; po pracy zaś kumpluje się M-skim i pomaga walczyć przeciwko rozbudowie. Ekologizm to jednak przede wszystkim fashion statement: nasz protagonista zmienia ubiór i uczesanie, romansuje z aktywistką – lecz drogi życiowej mu to nie wykręci.

M-ski reprezentuje przeciwny biegun charakteru. Idea organizuje mu całe życie. „Zamiast jednorazowej maszynki używam brzytwy, piorę też rzadziej, niż należy. Często śmierdzi ode mnie potem, bo półka na dezodoranty i perfumy świeci pustką. Jestem mało elegancki i mam plan iść dalej w tym kierunku. Już dawno zatraciliśmy umiar w biciu pokłonów przed Jego Wysokością Ciałem. (...) To po prostu świadomie, konsekwentnie prowadzony projekt wyzbywania się materii”. Charakterystyczne, iż najwięksi radykałowie z frakcji przeciwnej – postępu i techniki – też prawią dziś o wyzwoleniu od ciała.

Dla dawnych Rosjan było to prostsze, bo wiedzieli: skoro nie ciało, to dusza, to Bóg. Eko-materialiści muszą natomiast wpierw ubóstwić jakoś naturę, unikając zarazem transcendencji na poziomie ducha. Tego rodzaju ekwilibrystyka idei zazwyczaj kończy się upadkiem w nihilizm. Ideał oparty zostaje nie na „czymś”, lecz na „niczym” – negacji, niebycie. M-ski jest tego świadomy; nawet największą swoją ascezę traktuje jako półśrodek, kompromis z życiem. Dojść do ekstremum można tu tylko na jeden sposób: wymazując z bytu człowieka in toto. Duży plus dla Olszewskiego, że doprowadził fabułę do owej konsekwencji: aktu samospalenia M-skiego. Do jego antykwariatu nie trafiło jednak „Radio Armageddon” Żulczyka i M-ski nie przewidział, iż także bunt został już do tego stopnia skomercjalizowany, że nikt nie odróżni demonstracyjnego samobójstwa od kolejnej akcji reklamowej lub happeningu.

Olszewski opisał tu realny supeł idei. Wczesne radykalne odłamy Zielonych można postawić pośród najbardziej reakcyjnych ruchów w dziejach ludzkości, obok luddystów. Projekt nawet najdalszego regresu nie da widocznego rezultatu, skoro przeprowadzany w skali jednostek. Natomiast gdyby wdrożyć go na skalę masową, jako prawo powszechne, oznaczałby nieuchronną zagładę naszej cywilizacji, tzn. regres w jakości, długości życia, w wykształceniu, a w konsekwencji – w prawach człowieka, w wolnościach politycznych itp. To przecież postęp wyzwolił nas z ról zadanych przez biologię i tradycję. Wycofanie się do technologii i gospodarki przedindustrialnej nieuchronnie spowoduje mocne przesunięcie w kierunku ówczesnego modelu społeczeństwa, rodziny, wychowania, pracy, dystrybucji kapitału itd. Jak to pogodzić z ideałami lewicowymi?

Świat nie wytrzyma narodzin globalnej klasy średniej. Co robić? – pytamy rozpaczliwie”. Właśnie ta fałszywa alternatywa, w którą zapędzają się wszyscy w książce Olszewskiego, rodzi ich dramaty i frustracje. Albo próbujemy zapewnić dobrobyt każdemu i doprowadzamy do katastrofy ekologicznej; albo wybieramy regres w piękną nędzę, za to „ratujemy świat”, tzn. środowisko naturalne. Dobrobyt jest tu przedstawiony jako gra o sumie zerowej. „Są kraje, gdzie na pierwszy rzut oka dało się pogodzić rozwój z samoograniczeniem. (...) Nic z tego, trzeba jedynie poszukać głębiej”. W takim widzeniu rzeczywistości istotnie każdy mój luksus jest czyimś cierpieniem; podobnie niedouczeni marksiści w naszym wzroście gospodarczym widzą zawsze nędzę i stratę kogoś innego. Niemożliwość nieszkodliwego dobrobytu to dogmat – zresztą takie motto z Dostojewskiego dał autor.

Tymczasem żeby się wyrwać z tego błędnego koła, trzeba zaakceptować postęp techniczny i gospodarczy jako coś potencjalnie pozytywnego. Stopniowo powstają technologie nie tylko wydajniejsze, ale i tańsze, czystsze, bezpieczniejsze dla planety i człowieka; skręcają też trendy w makroekonomii. „Zielony przemysł” może się okazać największym biznesem tego wieku – taką strategię dla Stanów Zjednoczonych opisuje np. Thomas L. Friedman („Hot, Flat and Crowded”). Odłożone w czasie skutki postępu zmniejszają także groźbę przeludnienia: coraz więcej prognoz demograficznych pokazuje stabilizację populacji globalnej, a nawet jej drastyczny spadek jeszcze w XXI wieku.

Jakie stanowisko zajmuje w tym sporze autor, skoro narrator powieści unika deklaracji? Olszewski też trzyma dystans. Jestem skłonny odczytać „Low-tech” jako chłodną grę ideami świadomie doprowadzonymi do niepraktycznych ekstremów. A właściwie do jednego, bo Ratnicyn jest umiarkowany nawet w swym umiarkowaniu, np. dawkując sobie oczyszczającą z żądz konsumpcji sekluzję w klasztorze. M-ski to figura efektowniejsza, jego poglądom poświęca Olszewski znacznie więcej miejsca. Trochę jednak zdradza autora język: najczęściej obrazuje low-tech przez odwrócenie wektora piękna i energii właściwego high-techowi. Wyjątek to scena nasłuchiwania ptaków w lesie.

Recenzenci lubią się brzydko bawić tytułami omawianych książek. Mógłbym rzec, że „Low-tech” to przykład popularnej wśród polskich autorów low-key literature: skromna objętość, skromniutka fabuła, dwa-trzy naszkicowane charaktery, kamera z ręki, podpatrująca scenki z ulic i salonów, mikrofon wyłapujący język środowiska. W tej prozie odwołującej się do XIX-wiecznych Rosjan szalejących między niebem i piekłem brak ich pasji – jest jeden dobry monolog (Polepszacza o początkach zadymiarskiej kariery M-skiego) i jeden dialog żywych postaci: bohatera z narzeczoną pod koniec. Zamiast mięsa powieściowego dostajemy reportersko-impresyjne opisy Krakowa i życia w otępiającym kapitaliźmie, wypisy z wykładów M-skiego i Ratnicyna.

Mógłbym więc tak rzec i byłaby to prawda – ale czy uczciwa wobec książki i autora? Przecież „Low-tech” to bezpośrednia realizacja doktryny M-skiego: im mniej, tym lepiej. Głównemu bohaterowi udaje się rozmyć w tle własnej narracji. Olszewski wyjaśnia ustami M-skiego: „Im więcej czytam, tym wyraźniej widzę, że doszliśmy do kresu. Antykwariat jest uczciwszy, nie udaje, że można jeszcze wymyślić coś nowego. (...) Nie produkuję nic nowego, żyję z tego, co istnieje”. W myśl alternatywy Olszewskiego po prostu nie ma prawa mi się to podobać – ja bowiem jestem z mieszczańskiej partii Ratnicyna, pożądam nowości, oryginalności, high-tech, high-literature. Niszczę Ziemię.

Jacek Dukaj

Michał Olszewski „Low-tech”, Wydawnictwo Literackie 2009