Kilka lat temu, programowo unikając recenzowania książek rodzimych autorów, nie miałem problemu z wynajdywaniem wartych uwagi tłumaczeń fantastyki obcojęzycznej. Gdy dzisiaj zbieram od wydawców informacje o planowanych tytułach, okazuje się, że łatwiej w nich o ciekawą książkę Polaka. Prószyński, ongiś potentat, wydaje już niemal wyłącznie cykle bestsellerów: Pratchetta, Carda, McMaster Bujold. Podobnie wygląda oferta Amberu i Rebisu: raz na rok, pośród entych tomów przygód Honor Harrington, zdarzają się rodzynki w rodzaju „Ilionu” Simmonsa. Nawet Zysk i S-ka, publikujący dotąd wiele ciekawej fantastyki, od fantasy Martina przez space opery Hamiltona i hard SF Baxtera do oryginalnego „Dworca Perdido” Mieville'a, dramatycznie zwolnił. MAG, wydający niewiele, lecz fantastyki ambitnej, wydaje jeszcze mniej, przestawiając się na „Eragony” i literaturę dla dzieci. Wydawcy mają oczywiście wielkie plany na czas, „gdy się poprawi”; jak sytuacja wygląda dziś, widać na półkach księgarskich. Bogiem a prawdą, najciekawsze przekłady serwuje obecnie Solaris. Nie wierzę, żeby Polacy w jakikolwiek sposób „wyparli” z rynku autorów obcojęzycznych; w liczbach bezwzględnych zmiana może być niewielka. Lecz pośród tytułów najciekawszych nastąpiła wyraźna zmiana proporcji.
Jarosław Grzędowicz, który półtora roku temu, po kilkunastu latach pisania i redagowania fantastyki zadebiutował na rynku książkowym świetną „Księgą Jesiennych Demonów”, teraz debiutuje powieściowo, i to od razu dziełem wielotomowym. Pierwszy tom „Pana Lodowego Ogrodu” to bodaj najlepiej napisana polska fantastyka przygodowa od czasu opowiadań Sapkowskiego o wiedźminie; zarazem jest to rzecz znacznie mniej ambitna od „Księgi”, poddana wielu schematom fabularnym. Choć więc o sposobie realizacji autorskiego zamiaru nie mogę powiedzieć złego słowa i czytałem „Pana” z przyjemnością, a teraz czekam niecierpliwie na tom drugi - przecież mi żal, że Jeremiasz nie zawiesza sobie poprzeczki wyżej; bo już pokazał, iż stać go na więcej. Zamiast książki, którą mógł napisać Grzędowicz i nikt inny, dostajemy książkę, którą mogło napisać wielu - i w istocie podczas lektury co i rusz przeżywałem drobne literackie déja vu, przypominając sobie sceny z klasyki gatunków, z SF i fantasy (ale także z np. Gombrowicza).
Początek powieści musi się kojarzyć ze starą science fiction eksploracyjną, nawiązania są oczywiste: bohater wystrzelony zostaje na planetę jak u Lema Kelvin na stację Solaris, a sytuacja wysłannika wysokiej cywilizacji maskującego się pośród prymitywu tubylców w imię zasad nieingerencji jest żywcem przeniesiona z „Trudno być bogiem” Strugackich. Zderzenie racjonalizmu ze światem magii też stało się już popularnym motywem; zaś postaci z lekka cynicznych komandosów kładących w mgnieniu oka zastępy wrogów trudno zliczyć. Siłą powieści nie jest więc oryginalność pomysłów (choć Ogród Rozkoszy Ziemskich robi wrażenie), ani prawda psychologii (choć wszyscy bohaterowie są pełnokrwiści), ani głębia przemyśleń (choć rozdział o rządzeniu społecznościami zwierząt stanowi ładną metaforę konfliktu cywilizacji) - lecz sam sposób opowiedzenia historii, czyli tzw. sprawność pisarska, która w literaturze konwencji przesądza o sukcesie. Większość autorów Fabryki Słów mogłaby tu od Grzędowicza pobierać lekcje.
Gdybym więc nie znał jego wcześniejszych tekstów, gdyby to rzeczywiście był Jeremiasza debiut, wołałbym o narodzinach gwiazdy. Ponieważ jednak patrzę przez pryzmat moich oczekiwań i możliwości autora (to nieuczciwe, wiem), pozostanę z uczuciem niedosytu.
Identyczna klątwa ciąży już nad Witem Szostakiem: po wspaniałych „Wichrach Smoczogór” rzeczy nawet bardzo dobre mogą pod jego nazwiskiem rozczarować. W przypadku „Ględźb Ropucha” groźba jest tym większa, że to zbiór opowiadań pochodzących sprzed ponad 5 lat. I rzeczywiście, widać tu niedoskonałości warsztatu, niektóre eksperymenty stylistyczne Szostaka mam za zbyt ryzykowne. Jednak mimo iż opowiadania te dzieją się w tym samym świecie, co powieści ze Smoczogór, jest to zupełnie innego typu literatura i inne miary należy do niej przykładać.
Po prawdzie, czy muszą się one w ogóle rozgrywać w świecie fantasy? Opowieści o smoczogórskich góralach opierały się w dużej mierze na melodii języka i przemawiały do serca; tu natomiast Szostak odwołuje się do rozumu czytelnika, są to przede wszystkim łamigłówki intelektualne, literatura zbudowana na grze narracją i strukturą fabuły, niczym u Cortazara i Borgesa: kto jest narratorem? gdzie zaczyna się i gdzie kończy dana warstwa opowieści? co jest prawdą, co opowieścią o prawdzie, a co iluzją - dla bohatera - dla narratora - dla czytelnika? Z tego wyrastają klasyczne zapętlenia logiczne: zamiana miejscami snu i jawy (jak we „W nocy, twarzą ku niebu” Cortazara), zamiana tożsamości, paradoks solipsyzmu oraz zagadka opowieści niepodległej względem narratora i postaci.
Zabawne, znałem przecież część tych tekstów z prasy (m. in. chyba najlepsze „Kłopoty z błaznem”), a jednak dopiero w zbiorze, zestawione razem, ukazały zamysł i metodę autora; wcześniej przesłaniała je gatunkowa scenografia. Tego typu literatura jest bardzo rzadka, gdyż o ile tworzyć światy, magie i potwory można w nieskończoność, o tyle ilość możliwych do wymyślenia, a niesprzecznych filozofii, narracji i paradoksów logicznych pozostaje ściśle ograniczona. Gdy stworzone, istnieją, jak obce topologie - niedoświadczane, ale już prawdziwe, skoro opisane.
Książka Grzędowicza bez wątpienia odniesie znacznie większy sukces komercyjny, lecz to niedoskonałe „Ględźby Ropucha” rzeczywiście wnoszą coś do polskiej literatury.
Jacek Dukaj
Jarosław Grzędowicz „Pan Lodowego Ogrodu” tom 1, Fabryka Słów 2005, cena: ?
Wit Szostak „Ględźby Ropucha”, Runa 2005, cena: 25.50 zł