Wojna snu z rozumem

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 233 (2002-02).

Zostaliśmy napadnięci, padliśmy ofiarami niespodziewanej inwazji. Są czasy, gdy króluje rozum, obowiązują twarde reguły scjentyzmu, świat podporządkowuje się paradygmatowi naukowemu, ptaki fruwają zgodnie z prawami aerodynamiki, drzewa rosną podług programu swego DNA; i są czasy, gdy rządzą przeczucia, nocne skojarzenia, przesąd starożytny i piękne mitologie, ptak lata, bo taka jest jego natura, a drzewa rosną ku chwale bogów Puszczy. Pierwszy przełom nastąpił według Seana Stewarta w XVII wieku - zaatakował Rozum. Kontratak rozpoczął się natomiast podczas II wojny światowej, z początkiem XXI wieku magia władała już Ziemią niepodzielnie. Ludzkość została zdziesiątkowana, tyleż na skutek upadku technologicznego, co bezpośrednich działań stworów magicznych. Przystosowała się do nowej sytuacji, rozwijając cywilizację hybrydową: wykorzystującą zarówno magię, jak i technikę, nierzadko w jednym i tym samym gadżecie (np. tzw. komputerowych chowańcach). We „Wskrzesicielu” Stewart ukazywał początek inwazji Snu; akcja „Nocnej straży” rozgrywa się w roku 2074, już po apogeum, gdy fala irracjonalizmu wydaje się powoli opadać.

Oprócz owego niewątpliwie oryginalnego świata, jest w tej książce wiele innych rzeczy wyróżniających ją in plus od standardu fantasy. Przede wszystkim: bohaterowie, psychologia postaci. Ukorzenienie ich w naszym świecie pozwala uniknąć autorowi pułapki, w którą wpadają prawie wszyscy pisarze fantasy: rzutowania XX-wiecznej mentalności na średniowieczne realia; w efekcie zazwyczaj powstaje coś na kształt krwawej powieści dla dzieci i młodzieży. Nie u Stewarta, tu postaci są równie wiarygodne co w porządnej powieści mainstreamowej. Poza tym: sama magia. Nie jest to ani konwencjonalna przykrywka dla chwytów deus ex machina, którymi zwykli łatać luki fabularne leniwi autorzy; ani przechrzczony na magię zbiór sztywnych algorytmów, które na wyjściu gwarantują zawsze takie a takie efekty. Magia Stewarta zrodzona jest z niedopowiedzeń, poezji, estetycznych skojarzeń, wyhodowana na tkance zbiorowej podświadomości, karmiona autentycznymi mitologiami (chińską zwłaszcza - skoro rzecz dzieje się w Chinatown; albowiem różni są bogowie). Co jeszcze mi się podoba: że opowieść rośnie od dołu, nie od góry - od rzeczy drobnych, związków międzyludzkich, nie zaś Odwiecznych Proroctw o Zagładzie Wszechświata itp. No i jest to wszystko porządnie napisane.

Tylko dwie rzeczy nie przypadły mi w „Straży” do gustu: zabijające przyjemność odkrywania świata wyłożenie całej jego historii już na pierwszej stronie, niczym w napisach wprowadzających do filmu; oraz zbyt częste uleganie manierze retrospekcji, rozwijania obszernych wspomnień z przeszłości (dzieciństwa zwłaszcza) bodaj każdej postaci - Stewart robi to z wyczuciem, bardzo zgrabnie, ale jest tego po prostu za dużo w stosunku do całości fabuły, bynajmniej nie rozbuchanej na setki stron, toteż opowieść bez przerwy kolebie się niebezpiecznie z boku na bok, o włos od wypadnięcia z toru. Proszę jednak przyjąć te krytyki w proporcji: to skazy na diamencie.

Dlaczego tak rzadkie (wręcz unikalne) są w fantasy kreacje o podobnym stopniu oryginalności? Dlaczego tak ciasny jest tu gorset konwencji i tak długa lista elementów obowiązkowych, „stałych punktów programu”? Przeprowadźmy prostą analogię: jakże wyglądałaby science fiction, gdyby 99% jej realizacji opowiadało wyłącznie o wyprawie międzygwiezdnej i eksploracji obcej planety, bohaterem był młody naukowiec, a kończyć się to musiało odnalezieniem Tajemniczego Artefaktu Obcych? A dokładnie taki los spotkał fantasy. Dlaczego? Powiadają, że jest ona literaturą snu, podczas gdy SF - literaturą rozumowej spekulacji. Czyżbyśmy zatem wszyscy śnili jeden i ten sam, od lat niezmienny Sen?

Jacek Dukaj

Sean Stewart „Nocna straż”, tłum. Michał Jakuszewski, MAG 2001, cena: 29 zł.