Wszechmoc kontrolowana

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 187 (1998-04).

Gdyby nie „Diamentowy wiek” Stephensona, rzekłbym z czystym sumieniem: „Aristoi” Waltera Jona Williamsa to najlepsza powieść SF roku. Jeśli jest to space opera, to klasy Bestera, Herberta, Nivena. Rozmach, synkretyzm, bogactwo pomysłów, nawet jeśli nie oryginalnych, to oryginalnie przetworzonych i skompilowanych. Williams, genetycznie cyberpunkowiec, kładzie nacisk na akcję i fabułę, niewątpliwie atrakcyjne czytelniczo, a w powodzi gadżetów i idei nie przedstawia żadnych wyłącznie własnego autorstwa - odwrotnie niż Stephenson. Co nie oznacza, że się „Aristoi” źle czyta; chyba nawet lepiej od „Wieku”.

Świat przedstawiony w powieści stanowi przyszłość na tyle odległą, by nie pytać już o żadne daty. Rozproszona po Galaktyce ludzkość rządzona jest przez Aristoi, każdego we własnej domenie - liczonej na parseki sześcienne - w pełni samowładnego. Aristos to tytuł najwyższy w hierarchii, ponad Theraponami, ponad Demos; nie jest dziedziczny, zdobywa się go po zdaniu stosownych egzaminów, podobnie jak wszystkie niższych szczebli. Aristos zyskuje prawo dysponowania nanotechnologią, co pozwala mu dokonywać „cudów” (konstruowanie od podstaw nowych światów, zasiedlanie planet cywilizacjami „produkowanych” taśmowo homo sapiens). Stanowi to oś fabuły: eksperyment na milionach dusz, przeprowadzany przez główny schwarzcharakter.

Czytałem tę powieść z zainteresowaniem i sporą przyjemnością jako wysokiej próby przygodową SF, napisaną z błyskotliwością Bestera. Równocześnie z rosnącym zdumieniem rozpoznawałem w niej kolejne, coraz wyraźniejsze kalki, w większości zapewne mimowolne. W SF, zwłaszcza tego typu, istnieje silna tendencja do traktowania cudzych pomysłów jako rekwizytów gatunkowych, co niektórzy mają za dowód jej degeneracji i dotarcia do kresu wyobraźni; wszelako nawet nie wychodząc poza utartą scenografię można, jak to pokazał Williams, osiągnąć pewną oryginalność.

Lecz od skojarzeń nie sposób się opędzić. Druga połowa powieści, cała historia pobytu głównego bohatera na ukształtowanej na wzór ziemskiego średniowiecza Terrinie, jako żywo przypomina „Trudno być bogiem” Strugackich, aż po poszczególne rozwiązania fabularne i drobiazgi w rodzaju zbyt wysokiej czystości „fałszywego” złota. Stosowane przez Aristoi mudry władzy przywodzą na myśl analogiczne szkolenia Bene Gesserit z „Diuny”. Daimony - destylowane z podświadomości protoosobowości, pełniące rolę równoległych podrzędnych aplikacji umysłu - każą wspomnieć o Zimniakowym Enkelu. Idea luksusowej stagnacji jako długoterminowego zagrożenia dla ludzkości grywana była już w dziesiątkach powieści, chociażby w „Chung Kuo” Wingrove'a. Wirtualny oneirochran przynależy zaś do dziedzictwa cyberpunkowego. Et cetera.

Bynajmniej nie wychodzi z tego Williamsowi bezsensowny galimatias i czytelnik nie zaznajomiony z gatunkiem skończy lekturę olśniony genialnością autora. Nawet znawca SF może czuć się usatysfakcjonowany, bo w literaturze całość nie stanowi prostej sumy wrzuconych do kotła elementów; trzeba tu jeszcze ręki i smaku mistrza, a Williams zdradza taki potencjał.

Przy podobnej metodzie nietrudno o potknięcia w trakcie kompilowania całości, w „Aristoi” wszakże rzuciły mi się w oczy jeno dwa. Pierwsze to sprzeczność pomiędzy religijnym kultem budowanym w stechnicyzowanym społeczeństwie dookoła poszczególnych Aristoi a jawnością sposobu ich selekcji: testy psychofizyczne. Drugie to sama selekcja. Owe testy stanowią jedyny sposób kontroli i wszechmocy ofiarowywanej każdemu „pasowanemu” Aristosowi, a wobec podobnej pokusy każda sztuczna, biurokratyczna bariera bardzo szybko ulega zwykłej korupcji. Nie trzeba do tego superprzebiegłego geniusza z uniwersalnym kluczem do oneirochronu.

Jacek Dukaj

Walter Jon Williams Aristoi. Tłum. Grażyna Grygiel, Piotr Staniewski. MAG 1997. Cena 19,90 zł. Fantastyka