Wydawałoby się, że ...

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks” nr 16 (1997-04).

Wydawałoby się, że nasi wydawcy zdążyli już przez te parę lat nadrobić wszystkie zaległości i teraz można się spodziewać jeno wygrzebywania tytułów coraz pośledniejszych tudzież równoległej prezentacji zachodnich hitów; nie jest to jednak prawda, wciąż czekamy na np. Opowieści ze Znanego Kosmosu Larry'ego Nivena, w tym cykl „Man-Kzin Wars”, z nieznanych mi przyczyn zaniechano przekładów Barkera, pisarze typu Samuela Delany'ego ledwo mignęli na horyzoncie, leży odłogiem cały kanon cyberpunku wyjąwszy jednego Gibsona, z Kinga wychodzą marne horrorki miast np. serii „Black Tower”, zapomniano zupełnie o twórcach hard SF pokroju Gregory'ego Benforda czy Jamesa P. Hogana, metafizyczny Tim Powers znany jest jeno z jednej fantasy...

Wydawnictwo MAG, kojarzone do tej pory z RPG, zajęło się w zeszłym roku także fantastyką „pozagierną” i wbrew pierwszym obawom prezentuje w doborze tytułów dobry smak i wysoki poziom, korzystając z okazji wypełnienia owej luki. „Aristoi” to niezły przykład; Walter Jon Williams był dotychczas w Polsce znany bodaj ledwie z jednego czy dwóch opowiadanek, a tu - proszę! Postcyberpunkowa space opera klasy Bestera. Czyta się to wyśmienicie. O specjalną oryginalność trudno Williamsa oskarżyć, skompilował on jednak i przetworzył tu taką ilość pomysłów, gadżetów, idei itd., że w istocie nosi to pozór ogólnej oryginalności, choć cała ta powieść dla znawców SF stanowić może coś w rodzaju literackiej krzyżówki, w której odgadnąć należy świadome inspiracje i mimowolne pierwowzory (w szczególności rzuca się w oczy „Trudno być bogiem” Strugackich). Jest rozmach, jest akcja, wszystko jest. Podobało mi się. To niewątpliwie jeden z kandydatów na książkę roku 1997.

W tejże samej serii MAG-a: „Święty płomień” Bruce'a Sterlinga. Osobliwa rzecz: ani to w istocie cyberpunk, ani hard SF, a już na pewno nie space opera. Najbardziej pasowałoby do „Płomienia” określenie: fantastyka obyczajowa. Mam wrażenie, że sygnalizowałem już ten rodzący się trend, bodaj na przykładzie „Eksperymentu terminalnego”. Z tym, że tutaj akcenty są wyraźnie przesunięte w stronę psychologii i socjologii, reszta elementów zeszła w tło. Ale nie jest to nudne, Sterling wiedział, co chce napisać, i nieźle mu to wyszło. Stuletnia Amerykanka po radykalnej kuracji odmładzającej odbywa pielgrzymkę po Europie końca XXI wieku, bo kuracja była tak odmładzająca, że odjęła lat także jej psychice i teraz bohaterka próbuje się odnaleźć w nowym ciele i nowym umyśle. Bildungsroman-SF; kojarzy się też bardzo odlegle z Henrym Jamesem.

Coś podobnego rzec można o „Monie Lizie Turbo” Williama Gibsona. To znaczy: moim zdaniem ostatni tom „Trylogii Ciągu” to jest już nie tyle cyberpunk, co cyberobyczajówka. Ewolucja Gibsona postępuje nie tylko w języku, wyraźnie też przesuwają się główne sfery jego zainteresowań. Zważywszy, iż razem z Brucem Sterlingiem należy on do panteonu klasycznego cyberpunku, wkazywałoby to na jakąś ogólniejszą zmianę. Wczorajsi awangardziści, dzisiejsi klasycy - jeśli młodo nie umierają, czeka ich albo gorzkie milczenie, albo powielanie odkrytego wzorca, albo... albo właśnie wydobywają się spod jego władzy i próbują nakreślić coś nowego. Gibson to pisarz dużej wrażliwości, zdolny jeszcze kilkakrotnie odkryć nowy kształt przyszłości, kształt wpółczesnego jutra. „Mona Liza”, podobnie jak „Graf Zero”, stanowi przeplatankę kilku wątków narracyjnych prowadzących do końcowego węzła puenty. Pojawiają się tu postaci znane także z „Neuromancera”, np. Molly czy Finn (pośmiertnie). Parę rzeczy zostaje wyjaśnionych, parę nowych zagadek otworzonych. Pytanie dla tych, którzy już przeczytali: w jaki sposób obca Sieć skontaktowała się z ziemską? Telepatycznie...?

Co się tyczy Obcych. Równo z filmem ukazało się nowe tłumaczenie „Kontaktu” Carla Sagana. (Prawidłowa kolejność przyswajania jest oczywiście taka: najpierw książka, potem film). Powieść należy do tej „twardej” SF kontaktowej, którą niezmiernie lubię, na tej samej półce stoją „Głos Pana” Lema i „Słuchacze” Gunna. Polecam jako odtrutkę ludziom, którzy są przekonani, iż kontakt oznacza w SF alienofanie rodem z „X-Files”. Tłumaczenie Jabłońskiego przywraca książce klasę oryginału, z utęsknieniem czekam na podobną decyzję wydawcy w kwestii np. „Pana Światła” Zelazny'ego.

Inna książka, której adaptację filmową już znamy: „Harry Angel” Williama Hjortsberga. Film jest bezbłędny, książka też niczego sobie; żadna literacka rewelacja, ale czyta się dobrze i podobnie mrozi krew. Chwali się Hjortsbergowi, iż nie poszedł w dosłowność kiczowatego horroru i bezpośrednie doświadczenia metafizyczne, bohater do końca nie wierzy. Wątpliwość tyczy się tożsamości jego duszy: kogo mianowicie ściga Diabeł? czy doprawdy jeszcze tego, z kim zawarł pakt? Polecam chociażby dla orientacji w gatunku, to ustawia we właściwej proporcji dokonania takiego Mastertona et consortes.

Wreszcie, po trzech z górą latach, doczekaliśmy się kontynuacji „Hyperiona” Dana Simmonsa. Zważywszy, iż do tej pory zrobiła się z tego tetralogia, cieszyć się należy, że kolejne tomy nie pozostają w dyspozycji „Amberu”, nie wiem, czy bym dożył. Żałuję natomiast, iż „Zagłady Hyperiona” nie przełożył Nakoniecznik, różnica aż bije w oczy, proza Simmonsa charakteryzuje się rzadkim w SF klasycznym wdziękiem, tu nie wystarczy mechaniczny translator. Zresztą nowi tłumacze nie zadali sobie nawet trudu dokładnego przeczytania przekładu Nakoniecznika - znowu niekompatybilność neologizmów, brak orientacji w fabule. Przynajmniej pozostawili Shrike'a Chyżwarem. Sama powieść nie do końca wyjaśnia zagadki Hyperiona, brak jej też tej elegancji formy, to już nie sześć pielgrzymich opowieści a kronika wojny kosmicznej. Razi trochę nachalność wepchnięcia teologii w informatykę i czynienie na siłę z Keatsa kogoś w rodzaju nowego odkupiciela. Ale polecam - to bez wątpienia jedna z ciekawszych kreacji SF ostatnich lat.

Inna monumentalna SF: „Czerwony Mars” Kima Stanleya Robinsona, dzieło wielokroć już nagradzane, część pierwsza trylogii. Z radością rozpoznałem w tej książce fantastykę w stylu oraz staranności naukowego przygotowania jakby żywcem przeniesioną sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. A jest zarazem napisana na co najmniej przyzwoitym poziomie, w zgodzie z tradycją lat 90-tych: przede wszystkim literatura; coś takiego mógłby właśnie stworzyć Arthur C. Clarke, gdyby był bardziej literatem a mniej inżynierem, bo mamy tu do czynienia z długą epopeją, bogatą cokolwiek Lemowymi opisami martwego piękna Marsa, pełną psychologicznych konfliktów i politycznych rozgrywek, a Clarke'owi zawsze wychodziły bardziej konspekty powieści, niż powieści jako takie. Robinson tymczasem opisuje nam szczegółowe dzieje kolonizacji i terraformowania Marsa, pełno tu detali technicznych z zakresu chemii, fizyki, geologii, genetyki itd., wszelako króluje polityka. Jest to jedna z najbardziej kompleksowych wizji bliskiej przyszłości, nie uciekająca w baśniowość space opery ani technologiczną utopię, wiarygodna tyleż futurologicznym pesymizmem, co niezmiennością ciemnych stron ludzkiej natury. Polecam wszystkim, za wyjątkiem tych, którzy szukają w fantastyce jeno bezmyślnej rozrywki.

Dla nich mam, jak zazwyczaj na koniec, czytadło właśnie czysto rozrywkowe. Już tu polecałem książki Davida Gemmela. „Wilk w cieniu” należy do odmiennego cyklu, wydawanego przez Amber, który ogłasza go „technofantasy”. Ale podobnie jak w „Sadze Drenai” brak tu ściślejszych powiązań między poszczególnymi tomami, wyjąwszy świat, i nie trzeba czekać pięciu lat na finał, kupować jałowych kontynuacji. „Wilk w cieniu” to dobrze napisany western postkatastroficzny z elementami magii i horroru. Gemmel nawet nie stara się racjonalizować tego świata, zajmuje go akcja i postaci, a to mu wychodzi najlepiej. Rzekłbym nawet, iż człek o tak sprawnym piórze i takiej znajomości psychologii powinien szarpnąć się na coś ambitniejszego. Ale Gemmela owa „technofantasy” najwyraźniej zupełnie kontentuje. I tylko od czasu do czasu pojawiają się przebłyski czegoś większego, jak np. w „Wilku” w wątku zatwardziałego bandyty, który jako środek zapewnienia sobie przywództwa wykorzystuje religię, obwieszczając się głosicielem bożej woli, ludzie mu wierzą, on to ciągnie, i nagle orientuje się, że sam siebie pochwycił w pułapkę, bo „trzeba uważać, kogo się udaje”: „Matka noc” au rebours.

Trzeba także uważać, co się czyta - słyszałem anegdotę o człowieku, który dla utwierdzenia się w swej nienawiści dla SF tak się w niej zaczytał, iż niepostrzeżenie stał się jej miłośnikiem. Kto zgadnie nazwisko?

Do następnego razu!

Jacek Dukaj