Wydawcy najwidoczniej nadal sądzą, że w lecie Polak nie czyta: znowu sezon słabszy. Nowości niewiele, a już z pewnością mało wartych polecenia.
Zacznę więc od rzeczy nieco starszej, wszakże dopiero niedawno wyłowionej przeze mnie w związku z „Antarktyką” Kima Stanleya Robinsona (która w istocie okazała się niejakim rozczarowaniem). Za ten sam temat wziął się był inny autor, na dodatek debiutant, no i zdobył za ów debiut nagrodę miesięcznika Locus. Mowa o „Białej ciemności” Walkera Sage'a, książce, która w Polsce przemknęła wręcz bezszelestnie, przez nikogo nie zauważona. Bo też i rodzimy wydawca wiele zrobił w tym celu: puścił ją poza serią, w dziwnym formacie i z nie najatrakcyjniejszą okładką, na papierze godnym szczytowego PRL-u.
Tymczasem rzecz jest warta uwagi; na pewno bardziej udana od Robinsonowej #8222;Antarktyki”. Porównania są nieuniknione, podobnie bowiem traktuje o politycznych podchodach dokoła kolejnych renegocjacji Traktatu Antarktycznego i również rozgrywa się w XXI w. Sage jednak obiera sobie inny punkt wyjścia niż KSR: postcyberpunkową kulturę młodych „mózgów do wynajęcia”, realizację Tofflerowskiej idei systemu pracy „zdalnej” i przesunięcie ekonomicznego ciężaru z pracowników fizycznych (coraz mniej potrzebnych) na pracowników umysłowych („białe kołnierzyki” - klasa robotnicza XXI wieku). W „Ciemności” pokazane jest to wyrywkowo, ale jednak ze szczegółami - przy tym nie jest to żaden bajerancki odlot w cyberpunkowe westerny/romanse. Dziedzictwo Gibsona widać jednak np. w wyborze japońskiej megakorporacji na instytucjonalny schwarzcharakter; no i rzecz jest cokolwiek puszczona pod koniec, czego się zresztą należało spodziewać po debiucie.
Skoro już mowa o cyberpunku - bywa doń zaliczany Tomek Kołodziejczak ze swoim cyklem o Dominium Solarnym. Chyba niesłusznie: to jest po prostu SF, która karmi się całością dotychczasowych osiągnięć gatunku i twórczo rozwija i krzyżuje najnowsze pomysły, dodając przy tym do puli własne. „Schwytany w światła” jest w nie bez wątpienia bogatszy od „Kolorów”, a ponieważ tak mam ustawione skale wartości, wyżej go stawiam. Konsekwencją (cóż, zasada naczyń połączonych...) jest poświęcenie mniejszej uwagi fabule, akcji; nie sądzę jednak, by ktokolwiek mógł to mieć Tomkowi za złe. W szczególności robi wrażenie precyzyjne „dopięcie” i wyjaśnienie zagadek postawionych w pierwszym tomie - widać, że nie jest to żadna pośpieszna doróbka. Nie zagłębię się tu w streszczenia Tomkowych teorii (byłaby to zbrodnia), lecz naprawdę są to rzeczy, które każdy czytelnik mający się za prawdziwego miłośnika SF powinien znać.
Także drugi tom w serii: „Dzieci Beowulfa”, autorstwa aż trzech pisarzy (z czego dwóch pierwszych to już prawdziwi klasycy hard SF, czemuś pomijani przez polskich wydawców): Larry'ego Nivena, Jerry'ego Pournelle'a, Stevena Barnesa. Dla starszych fanów SF, pamiętających poczciwą fantastykę eksploracyjną lat 50-tych, 60-tych, powieść ta (w ogóle: ten cykl, świat w nim wykreowany) posiadać będzie pewien nostalgiczny urok powrotu do dobrze znanych schematów Tajemniczej Planety, Wyprawdy w Nieznane, Zadziwienia Kosmosem. Osobiście przychodziła mi na myśl podczas lektury „Proxima” Borunia i Trepki. Rzadko się bowiem spotyka dziś tak solidnie odrobione i mimo wszystko oryginalne obce ekosystemy, ukazywane na dodatek w ów pozornie nieatrakcyjny sposób: od strony zdezorientowanych badaczy, przedzierających się z mozołem przez gąszcz faktów naukowych i wzajem sprzecznych hipotez. A to właśnie jest główny i bodaj jedyny atut „Dzieci Beowulfa”: ekosystem Avalonu. Polityczno-romansowe rozgrywki potomków kolonistów traktować należy z przymrużeniem oka (jakaś fabuła była konieczna). Wyobrażam sobie, że równie dobrze mógłby to napisać Clarke. Polecam.
To było tomiszcze solidnej grubości - „Czasopodobna nieskończoność” Stephena Baxtera to cieniutka książeczka. Kto czytał cokolwiek jego autorstwa, ten już wie, czego się spodziewać: żonglerka prawami fizyki, rozmach kreacyjny, wielkie teorie, reszta sztampowa i przeciętna - ale to wystarcza; na tym między innymi polega fenomen SF. Tym razem mamy podbitą przez Obcych Ziemię, tunel czasoprzestrzenny i teorię Wheelera: a więc rozmach, zaiste, kosmologiczny. Baxter wykłada wszystko łopatologicznie, więc pożytek z lektury jest także edukacyjny.
Z czasem dociera do mnie coraz więcej irrehaare'opodobnych zachodnich bestsellerów i już nawet rejestruję je z pewną obojętnością (zwłaszcza po „Matrixie”). Kolejny na tej liście (przed długo oczekiwanym pierwszym tomem „Otherlands” Tada Williamsa) jest „Donnerjack” Rogera Zelazny'ego, parę lat temu zmarłego Hamingwaya-Viana SF/fantasy. Zelazny'emu, jak na pisarza przystało, zmarło się w trakcie tworzenia kolejnej powieści - był to właśnie „Donnerjack”. Pośmiertnie dokończyła go jego przyjaciółka, Jane Lindskold, i trochę to w tekście widać - także po samej objętości - ale i tak jest to rzecz lepsza, niż się można było spodziewać po tzw. „późnym mistrzu”. Nie „Amber” - ale ma ten czar, rozmach wizji, bogactwo zwichrowanego uniwersum; tyle że umocowanego miast w magii, w VR. Odbijają się tu również stałe zainteresowania Zelazny'ego: wschodnimi religiami, mitami i archetypami literackimi itp. Czytliwa rzecz; byłaby bardziej po solidnej redakcji.
Dla równowagi (jako że w sumie wyraźnie przeginam ku hard SF) coś z fantasy. Ponieważ Jordan, jaki jest, każdy widzi, o Gemmelu dopiero co pisałem, na rodzimym poletku również pusto, a literatura okołoRPGowa to bez (znanego mi) wyjątku chała - słowo o nowym cyklu, a właściwie podcyklu, Feista.
Świat znamy z uprzednich jego utworów, bohaterowie jednak są (w większości) nowi - minęło kilkadziesiąt lat i po prostu powymierali, wyjąwszy tych obdarzonych mocami magicznymi. Zresztą kto nie śledził uważnie twórczości Feista i ominął ostatnie jego powieści, nic nie traci; poza wszystkim, były to rzeczy dosyć słabe.
„Cieniem Królowej Mroku”, tomem pierwszym „Opowieści o Wojnie z Wężowym Ludem”, wchodzi właśnie Feist (mam nadzieję) w nowy rytm i nowy schemat (bo że i to będzie schemat, nie wątpię). Nie czyni już bohaterami członków rodów królewskich, herosów obdarzonych nieprawdopodobnymi przymiotami ciała i umysłu - lecz zwykłych ludzi. Nie oszczędza ich też: mało kto dożyje końca. Mniej tu jest, tak irytujących dotychczas, interwencji w stylu deus ex machina (gdzie rolę Boga pełnili byli magowie). No i wyraźnie przestała to już być fantasy dla dzieci i młodzieży.
W „Cieniu” pojawia się także tzw. „międzywymiarowy korytarz”, z którego zejść można do interwszechświatowej knajpy, gdzie bratają się przy piwie, winie i innych używkach przedstawiciele wszelkich możliwych ras; słowem chwyt rodem z „Gwiezdnych Wojen” przetransponowany w fantasy (już wcześniej Feist przejawiał był SF-owe dewiacje). Idea jest zresztą ze wszech miar słuszna, ten sposób Kontaktu lansował już Hogan w „Powrocie Gigantów”.
Jacek Dukaj