W literaturze znana jest kategoria „Bildungsroman”: powieści o dojrzewaniu, o kształtowaniu osobowości, „budowaniu” i „odkrywaniu” samego siebie. Popularność tej konwencji to wzrasta, to spada. Interesującym byłoby zbadać, z jakimi epokami kulturowymi i społecznymi skorelowana jest fascynacja owym przełomowym okresem w życiu człowieka; i z czym wiąże się tak silne przekonanie, że człowiek w ogóle jest „kształtowany”, że przypomina miękką glinę, która na koniec zawsze zastyga w formie odpowiadającej siłom, jakie naciskały z zewnątrz.
Różne dziedziny sztuki i różne kultury rozmaicie ujmują tę tematykę. Otóż wydaje mi się, iż współczesnym amerykańskim odpowiednikiem Bildungsroman jest film drogi. Człowiek wyrusza w podróż - samochód, autostrada i wielkie przestrzenie Ameryki Północnej - by dotrzeć do celu kimś innym niż był wyruszył. Nie sposób bowiem w dwóch godzinach obrazów i dialogów zamknąć całego życia; metodą pars pro toto skupiamy więc wszystkie cechy charakterystyczne w zwięzłej metaforze. Życie jako podróż - to już banał banałów.
Dokąd zmierzamy w tej podróży? Kogo spotykamy po drodze? Jak się w trakcie podróży zmieniamy? Ile dobra, ile zła pozostawiamy za sobą? I co nas czeka u celu, to znaczy za metą śmierci?
A przecież nie trzeba wcale uciekać w patetyzm - czyż życie nie przypomina raczej surrealistycznej komedii?
Neal Oliver zaliczył uderzenie w głowę i po przebudzeniu w szpitalu zaczyna dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widział. Neal znajduje się właśnie na rozstajach życia, ma dokonać wyboru kariery - ojciec chce dla niego tego, czego chciałby dla siebie; lecz czego chce Neal? Sam nie bardzo wie. Zdmuchując świeczki na swoim torcie podczas 22-gich urodzin życzył sobie właśnie tego: odpowiedzi. Jego szczęście lub pech, że był przy tym niejaki O. W. Grant - mityczny One Wish Grant („Jedno Spełnione Życzenie”). A może to jednak rozchwierutane uderzeniem w czaszkę zmysły młodego Olivera otwierają się wtem na „świat bardziej prawdziwy”. Z reklam, z bilbordów uśmiecha się do Neala nieznana dziewczyna - Neal zakocha się w ułamku sekundy. Tajemniczy biznesmeni, obiecując mu spotkanie z nią, wysyłają Neala w podróż wskroś Stanów. Chłopak się zgadza - to jest właśnie ten moment w życiu, gdy człowiek zgodziłby się na wszystko, skoro odpowiednio naciśnięty, glina najmiększa.
Ma dostarczyć przesyłkę do Danver - Danver, nie Denver. Że nie znajdzie Danver na żadnej mapie? Autostrady Międzystanowej nr 60 nie znajdzie również. Tylko ona tam prowadzi. Wystarczy dostrzec drogowskaz.
Tak zaczyna się właściwy „film drogi”. Na początku do samochodu Neala trafia sam O. W. Grant, grany przez ekranowego króla ekscentryków, Gary'ego Oldmana - i już wiemy, że opuściliśmy Amerykę CNN-u i „New York Timesa” i wjechaliśmy do Ameryki „Twilight Zone”, gdzie wszystko jest możliwe, nic pewne.
Na Międzystanowej 60 Neal Oliver znajdzie między innymi:
Człowieka o apetycie nie do zaspokojenia i żołądku nie do wypełnienia (pochłania jedzenie w nieograniczonych ilościach).
Misjonarza prawdy, karzącego okrutnie za każde, choćby najmniejsze kłamstwo: kłamał zawodowo przez lata, reklamując papierosy, teraz umiera na raka płuc i nie ma nic do stracenia (chodzi w kamizelce z lasek dynamitu).
Miasto zamieszkane wyłącznie przez adwokatów, gdzie wszyscy pozywają wszystkich o wszystko, życie toczy się niemal wyłącznie w salach rozpraw, a kłamstwo i prawda stanowią funkcję strategii procesowej. (Niezbyt subtelna metafora „Ameryki rządzonej przez prawników”, mimo to zadziwiająco skuteczna).
Miasto zalegalizowanej narkomanii, gdzie za chwilę superodlotu ludzie dobrowolnie sprzedają się w niewolę.
Muzeum nieautentycznych dzieł sztuki.
Dziewczynę przemierzającą Stany w poszukiwaniu ultymatywnego doznania seksualnego.
Neal posiada kulę bilardową, która odpowie na każde zadane pytanie. Jednak zgodnie z tradycją wschodnich przypowieści filozoficznych, nie na wiele mu się ona przyda. To film z gatunku tych, w których możemy być pewni, że im coś wydaje się z pozoru prostsze, tym bardziej jest w istocie zawikłane. Reżyser-scenarzysta mówi to widzowi otwarcie: patrz uważnie, wiele jest rzeczy, które widzisz, lecz nie dostrzegasz.
„Interstate 60” nie jest wszakże w żadnym razie dziełem wybitnym. Oceniając go na zimno, mógłbym mówić co najwyżej o „poprawności z przebłyskami”. Lecz ja lubię podobne zakręcone historie, inteligentne deformacje rzeczywistości. W filmie stanowiącym zbiór epizodów (pierwotny jego tytuł brzmiał „Episodes of the Road”) wystarczy, by kilka zapadło w pamięć; te nieudane nie są w stanie zepsuć wrażenia.
„Interstate 60” sama zresztą nie bierze się nazbyt serio, ani też nie aspiruje do wielkich mądrości. (Nie zostanie nam oszczędzona hollywoodzka pop-filozofia pt. „bądź sobą”). To dwie godziny niegłupiej zabawy; nie każdego wciągnie, lecz przecież także takie jawnie ekscentryczne kino posiada zagorzałych zwolenników.
Czy Neal znajdzie Dziewczynę z Bilbordu? Czy dostarczy przesyłkę? Co go czeka na końcu Międzystanowej 60? Kim jest tajemniczy O. W.?
Zapraszam na przejażdżkę nieistniejącą autostradą.
Jacek Dukaj
„Interstate 60”. Reżyseria i scenariusz: Bob Gale. Występują: James Mardsen, Gary Oldman, Chris Cooper, Kurt Russell, Michael J. Fox, Christopher Lloyd, Amy Smart i in. Czas: 116 min. USA 2002.