Zgodnie z przewidywaniami ...

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks” nr 13 (1997-01).

Zgodnie z przewidywaniami na jesieni sypnęło lepszą fantastyką. Cieszy tym bardziej, że spory udział w tym wysypie Polaków. Od nich więc zacznę.

Na zbiór opowiadań Ziemkiewicza składają się cztery teksty: „Pięknie jest w dolinie”, „Śpiąca Królewna”, „Źródło bez wody” i tytułowe „Czerwone dywany, odmierzony krok”. Wymieniłem je w nieprzypadkowej kolejności, bo od najlepszego w dół. „Pięknie jest w dolinie” wygrywa jakimś wewnętrznym „pałerem”, jak to się teraz mówi; czyli tym, czego brakiem przegrywają „Dywany”. Polecam jednak całość, bo ten zbiór należy rozpatrywać raczej jako prezentację pewnej spójnej wizji przyszłości, aniżeli wyzwanie artystyczne; i jako taki - jako przykład wracającej teraz falą fantastyki problemowej - jest bez wątpienia godny uwagi. Co bynajmniej nie znaczy, że RAZ dołuje warsztatowo, tu od dawna trzyma już równy poziom.

„Kolory sztandarów” Kołodziejczaka z czystym sumieniem polecam jako porządną, pełnokrwistą space operę. W polskiej SF zdecydowanie brakuje takiego atrakcyjnego, komercyjnego, pisanego przez fachowców środka - może tylko jeszcze Dębski, dawniej Drzewiński i Ziemiański... Ciąży nad nią wspólne dla całej polskiej literatury przekleństwo celowania od razu gdzieś w okolice Wielkiej Improwizacji; środek powstaje z dzieł tych, którzy nie dostrzelili. To fatalna strategia. U Kołodziejczaka też widać ślady tej maniery; na szczęście nie posuwa się on za daleko, ograniczając się do budowy rozległej politycznej alegorii. Czyta się to bardzo dobrze. Chwalę militaria, powściągliwość w opisie Obcych, nie obrażającą inteligencji czytelnika fabułę.

Trzecią książkę z serii SuperNOWEJ, „Chrzest ognia” Sapkowskiego, polecać właściwie nie ma większego sensu: i tak wszyscy już ją kupili. Wymieniam ją tu, w odróżnieniu od dwóch poprzednich tomów sagi, by zauważyć, iż to pierwsza jej część, która faktycznie traktuje o przygodach wiedźmina, a nie Ciri i Yennefer, i zarazem pierwsza, po której widać, że została zaplanowana nie jako fabularnie rozszczepiony zbiór siedmiu rozdziałów, a samodzielna, spójna całość: powieść po prostu.

Dla miłośników Dicka i dla tych, którzy chcieliby nimi zostać: „Boża inwazja”. Teoretycznie jest to drugi tom trylogii, kontynuacja „Valis”. He he he. Tylko Dick mógł to uznać za sequel. Ciągłość polega na ciągłości obsesji: jest to fabularyzacja przeprowadzonej w „Valis” przez Konioluba Grubasa (czyli Dicka nr 2) egzegezy. Świat i bohaterowie inni. „Valis” było bardziej zwariowane, „Inwazja” jest bardziej przemyślana. Właściwie to od niej należałoby zaczynać lekturę dzieł Dicka, to chyba najpełniejsze wprowadzenie do jego wewnętrznego świata. Jeśli ktoś gdzieś wyczytał, iż jest to książka trudna bądź nudna, myli się. W szczególności polecam dialog między bohaterem, policjantem a policyjną centralą z rozdziału osiemnastego: odlot absolutny.

Przy „Urazach mózgu” Kathe Koja (jaki, u diabła, jest dopełniacz tego nazwiska?) muszę natomiast poczynić zastrzeżenie: to już zdecydowanie nie jest pozycja rozrywkowa. Komu właściwie ją polecić? Miłośnikom Joyce'a gustującym zarazem w horrorze. Cholera, to chyba zbiór pusty. Proponuję zatem metodę kontrolowanego zanurzenia: najpierw należy się zapoznać z opublikowanymi w „Fenixie” dwoma opowiadaniami Koja (Koji?): „Niepokojąca muza” („F” 9'96) i „Ostrożna geometria miłości” („F” 11'96). Dziwna rzecz, bo to drugie jest zdecydowanie lepsze, choć napisane do spółki z niejakim Malzbergiem. W każdym razie oba są reprezentatywne dla stylu pani KK. Jeśli się spodobają, koniecznie trzeba sięgnąć po „Urazy”, warto. W szczegółach fabuły nie będę się zagłębiał, bo i tak nie oddam wrażenia, jakie wywiera lektura, a sama fabuła po prawdzie mało ważna. Co widać już w „Geometrii”. To opowiadanie, ta książka - to jest proza ratunkowa, ekshibicjonistyczna, ekspiacyjna, wyobrażam sobie, że podobne rzeczy piszą utalentowani szaleńcy w ramach terapii.

W cyklu: wznowienia - klasyczne „Śniadanie mistrzów” Kurta Vonneguta, fantastyczna powieść o szalonym grafomanie, twórcy fantastycznych powieści i opowiadań; w tle karykatura Ameryki początku lat 70-tych. Vonnegut doprowadza tu chyba do ekstremum swoją metodę pisarską, polegającą na maksymalnym upraszczaniu rzeczy skomplikowanych i ośmieszaniu rzeczy poważnych, co w połączeniu z oszczędnym operowaniem słowem daje wielce zabawny efekt „udziecinnienia”. „Rewolwer jest to przedmiot służący do robienia dziur w ludziach”. „Chrabąszcz wygląda tak:”. „Dziura w zadku wygląda tak:”. Mistrzostwo Vonneguta polega na umiejętności nieustannego puszczania porozumiewawczego oka do czytelnika, dzięki czemu, chociażby nie pojął on z przesłania utworu absolutnie niczego, i tak kończy lekturę w przeświadczeniu, iż zetknął się oto z jakąś niesłychaną głębią myśli, tyle że ukrytą za świadomie wybraną maską prostactwa. Każdy lubi, choć na krótko, poczuć się superinteligentnym. W tym sensie mam Vonneguta za duchowego ojca Forresta Gumpa. W Polsce bliski odkrycia tego przepisu był Dołęga-Mostowicz, ale nałykał się polityki i stracił konieczny dystans.

Na koniec czysto rozrywkowa fantasy. „Legenda” i „Król poza bramą” Davida Gemmela. Teoretycznie cykl, ale bardzo luźny, można przyswajać pojedyczno lub nie po kolei. Wartka akcja, świetne dialogi, żywe, wiarygodne psychologicznie postacie. Obie książki mówią o nie łatwym heroiźmie obrońców spraw przegranych; jest to podane w sposób wyważony, umiejętny, człowiek trzyma kciuki za bohaterów i życzy im wygranej, tym bardziej, że bynajmniej nie ma tu zagwarantowanego happy endu. Usterki i niedociągnięcia są, ale nie będę ich wymieniał. Polecam, bo mi się przyjemnie czytało. A co! To w końcu też jest jakieś kryterium. Pochlebiam sobie, że nie poleciłem na tych łamach żadnego tytułu, który mnie osobiście by się nie podobał. Co może się okazać regułą trudną do utrzymania, bo, jak zauważył Wojtek Sedeńko, z czasem robię się coraz bardziej wybredny a gust sublimuje mi się dekadencko.

Jacek Dukaj