Zombies tego roku wyroiły się nam obficie. Oprócz stałej dostawy amerykańskich horrorów o nastolatkach, mamy remake klasyki serio - „Świtu żywych trupów” George'a A. Romero, zresztą wcale udany. Zupełnie powalili mnie Brytyjczycy cudnym „Shaun of the Dead” („komedia romantyczna z udziałem zombies”, jak głosi hasło reklamowe). „Shaun of the Dead” będziemy jednak mogli obejrzeć w kinach (pod polskim tytułem „Wysyp żywych trupów”), toteż nie wypada mi o nim pisać w tej rubryce. Jest natomiast inny jajcarski film o zombies, którego na ekranach nie uświadczymy: australijski „Undead”.
Otóż okazuje się, iż na naszych oczach powstał regularny (pod)gatunek filmowy: horror-komedie. Brzmi to jak oksymoron, bo czy można równocześnie bać się i śmiać? Cóż, można - znany jest tzw. „nerwowy śmiech” (podobnie jak „nerwowe ziewanie”). Ale tu rzecz nie na tym polega. Horror-komedie pojawiły się jako skutek uboczny totalnej klęski horrorów właściwych. Na ekranie wampir szczerzył kły, ośmiornica pożerała bohaterkę, trup powstawał z grobu - a widownia, miast drżeć w trwodze, wybuchała gromkim śmiechem. Włączył się tu efekt „filmów tak złych, że aż dobrych”, którego genezę sportretował Tim Burton w biografii Eda Wooda. Takie filmy nikogo nie przerażały - za to gwarantowały półtorej godziny niezłej zabawy z obserwacji nieporadnych prób straszenia (zabawa jest tym lepsza, w im liczniejszym towarzystwie je oglądamy).
A skoro ludzie chcą wydawać na to pieniądze, następnym logicznym krokiem były filmy parodiujące horrory z premedytacją. Wyjątkowo wdzięcznymi obiektami parodii okazały się wampiry i zombies. W owej estetyce zaczynali m. in. Sam Raimi i Peter Jackson - reżyserzy zarządzający obecnie budżetami liczonymi w setkach milionów dolarów. Jest to bowiem jedna z tych konwencji, które przyciągają prawdziwych maniaków filmowych - bo siłą rzeczy nie powstają tu filmy odbijające się od rzeczywistości (czy choćby od literatury), ale filmy o filmach (a nawet filmy o filmach o filmach). Liczy się znajomość gatunku, inteligencja, poczucie humoru i sprawność warsztatowa.
Tym dysponują bracia Spierig z Antypodów, Michael i Peter; nie dysponowali natomiast pieniędzmi. Ich film zatem to typowa niskobudżetowa partyzantka: zero gwiazd, żadnych wielkich scenografii i tłumów statystów, efekty specjalne na granicy poprawności. Pomysł na „Undead” też oryginalny nie jest: na australijską prowincję spada deszcz tajemniczych meteorytów, ludzie zaczynają zamieniać się w zombies, grupa bohaterów barykaduje się przed nimi na samotnej farmie etc. Liczy się natomiast wykonanie, zabawa inscenizacją poszczególnych scen (np. przeciągniętych aż do Tarantinowej karykatury scen akcji) i drobne smaczki wewnątrzgatunkowe.
Kto bowiem nie uśmiechnie się na sam widok głównego protagonisty, pogromcy zombies wg Spierigów: kombinezon małomiasteczkowego mechanika, buty z ostrogami, wielki kapelusz oraz własnej produkcji strzelba o trzech lufach, z których każda celuje w innym kierunku? Skoro zaakceptujemy takiego bohatera, zaakceptujemy konwencję, w której poprowadzony jest cały film.
Jest tu co najmniej jedna sekwencja, którą zapamiętam z wrażeniem niejakiego podziwu dla twórców: sekwencja lotu nad strefą zombies, panoramy nocnego nieba. Nie zdradzę szczegółów, żeby nie zaspoilerować „Undead”. W każdym razie była to scena, po której uwierzyłem, iż Spierigowie moga kiedyś wyrosnąć na kolejnych Raimich i Jacksonów.
Oczywiście, w sumie mamy tu do czynienia z kinem klasy B (czy nawet klasy C), jeśli mierzyć je względem ambitnych dzieł sztuki filmowej.
Na tym wszakże polega kłopot z owym podgatunkiem: jak należy mierzyć wartość filmów, które z premedytacją chcą być „tak złe, że aż śmieszne”?
Jacek Dukaj
„Undead”. Reżyseria i scenariusz: Michael Spierig, Peter Spierig. Występują: Felicity Mason, Mungo McKay, Rob Jenkins i in. Czas: 104 min. Australia 2003.