Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 183 (1997-12).
W ramach wykopalisk w bibliografiach starych mistrzów SF przyszedł czas na Silverberga z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych: „Prądy czasu”, teraz „Zamknięty świat”. Rzecz trąci myszką, ale już w znacząco inny sposób niż papierowe space opery sprzed Heinleina. Prognozowane przyszłości zazwyczaj są karykaturą teraźniejszości ich głosicieli; prostoliniowa ekstrapolacja współczesnych trendów prowadzi do absurdów. Stąd w powieściach Silverberga z ery hippisów co pięć stron - kopulacja, co dziesięć - odlot na halucynogenach; kto nie wierzy, niech sam sprawdzi.
Nie inaczej w „Zamkniętym świecie”. Zresztą to trochę dziwna książka, nie dość, że właściwie pozbawiona fabuły, to na dodatek o trudnym do uchwycenia przesłaniu. Jest tu ich kilka i to częściowo wzajem sobie sprzecznych. Silverberg opisuje społeczeństwo XXIV wieku podporządkowane jednemu paradygmatowi: maksymalnemu przyrostowi demograficznemu. Największa zbrodnia to regulacja narodzin. Ziemię zamieszkuje już blisko 80 mld ludzi, będzie więcej, mnożą się dalej, na chwałę boga (właśnie z małej litery pisanego). Gdzie ich pomieścić, jak wyżywić?
Odpowiedzią są monady: wielokilometrowe wieże, stanowiące zamknięte ekosystemy. Z logistyki przestrzeni wypączkowała cała filozofia: przeprowadziliśmy cywilizację, tłumaczą ideolodzy, z fazy rozwoju horyzontalnego w wertykalny. Ludzie w tych monadach żyją w potwornej ciasnocie, w absolutnym braku prywatności, roztasowani po piętrach/miastach podług statusu: od robotniczych piwnic, do zarezerwowanego dla aparatczyków penthouse'u. A komu się nie podoba - są tacy „nonszalanci” - tego do zsuwni (wyobraźcie sobie trzykilometrowej długości zsyp prowadzący prosto do jądrowych spalarni; egzekucje wykonują od ręki policjanci).
Z początku sądziłem, że mamy tu do czynienia z dystopijnym szyderstwem z nauki Kościoła katolickiego. Ale ta dystopia stoi tyleż kultem płodności (religii jako takiej w tym kulcie na ćwierć paznokcia), co ultrakomunizmem: wszystko wspólne, nawet - a właściwie przede wszystkim - żony, na każdym kroku pilnuj się, człeku, byś nie powiedział czegoś „niebłogosławiennego”, bo cię odeślą do inżynierów moralnych itd. Czyżby zatem Silverberg próbował wspiąć się na ramiona Orwella? Też błędny trop. Myślozbrodni winny jest tu bodaj każdy, monadowa wierchuszka bardziej przypomina bandę zdekadenciałych kapitalistów niż towarzyszy z politbiura, a większość społeczeństwa jest autentycznie zadowolona, nikomu się nie śni o oporze, brak nawet słownika do opisu opresji. Jeden obywatel, co prawda, uciekł „na zewnątrz” ale też tylko na krótką ekskursję, i to z przyczyn czysto estetycznych.
O cóż zatem chodzi autorowi? Podsuwa kolejny trop: dobór naturalny, rola zsuwni w genetycznej hodowli homo urbmonensis. To - plus uwarunkowanie psychologiczne - tłumaczyłoby owo pozornie niepojmowalne poddanie się społeczeństwa narzuconym rygorom: otóż dla nich to już nie są rygory, to warunki naturalne. Tu byłby Silverberg o krok od stworzenia - oryginalnej chyba - teorii somatycznych podstaw preferowanego ustroju. Lecz również ten motyw porzuca, ledwo zaznaczywszy.
Tak wygląda ta książka: dysharmoniczna polifonia bez finału. A całość napisana charakterystycznym dla Silverberga stylem, bez fajerwerków, ale i bez wpadek, bardzo poprawnie. To mistrz poprawności; nie znam jego źle napisanego utworu, choć wiele jest nudnych i wtórnych. Nie „Zamknięty świat”. Ale też nie sposób nazwać tej powieści udaną - co mianowicie usiłował on w niej osiągnąć i co miałoby się mu udać? Najpewniej sam nie wiedział.
Jacek Dukaj
Robert Silverberg Zamknięty świat. Tłum. Jacek Chełminiak. Prószyński i S-ka 1997. Cena 14,90 zł.