Haruki Murakami jest jednym z najpopularniejszych współczesnych pisarzy japońskich, z pewnością główną figurą na panteonie japońskiego postmodernizmu. Jego powieści - m. in. „The Wild Sheep Chase”, „Koniec świata i Hard-boiled Wonderland” (chyba jedyna przełożona na polski), „Norwegian Wood” - charakteryzują się typowymi dla postmodernizmu: alinearnością narracji, mieszaniem elementów pochodzących z rozmaitych konwencji (groteski, kryminału, romansu, science fiction), rozprzężeniem fabularnym. Pisane są zawsze w pierwszej osobie, nawet jeśli wymaga to rozdwojenia jaźni (jak w „Końcu świata...”). Murakami czerpie z popkultury pełnymi garściami, np. z Beatlesów, pożyczając nawet tytuły (vide „Norwegian Wood”). Nie wypiera się też wpływu zachodniej literatury: Raymonda Chandlera, Johna Irvinga. Porównania krytyki idą natomiast w stronę Pynchona, Borgesa i Austera - a także Salingera, „Norwegian Wood” jest ponoć dla japońskiej młodzieży tym, czym dla młodzieży amerykańskiej był „Buszujący w zbożu”. Część krytyków wróży Murakamiemu Nobla; inni oskarżają jego prozę o płytkość, błahość. Murakami się nie wypiera: „Mój bohater zachowuje się jakby grał w grę wideo. Nie angażuje się, zachowuje dystans. Musi reagować na to, co mu się przydarza. Krytykują moje książki jako płytkie; ale my już żyjemy w świecie będącym rodzajem gry wideo”.
Nie chcę tu jednakowoż pisać o książce Murakamiego, lecz Davida Mitchella „Śnie_numer_9”. Mitchell jest Anglikiem, który przez osiem lat mieszkał w Japonii, ucząc w Hiroszimie angielskiego. Debiutował powieścią „Ghostwritten”; „Sen_numer_9” to jego druga książka - doszła do finału Booker Prize za rok 2001. Pozostaje kwestią otwartą, jak bardzo była ona wzorowana na „Norwegian Wood” - bo do samej inspiracji i wpływu Murakamiego Mitchell jak najbardziej się przyznaje. Pomijając podobieństwa formalne i treściowe, Mitchell otwarcie wymienia Murakamiego i jego powieść w „Śnie”, a swój tytuł również pożyczył z piosenki Johna Lennona („#9 Dream”).
Nie jest dobrze, gdy pisarz aż tak mocno zapatruje się w innego pisarza, oryginalność z drugiej ręki, naśladowana, nie jest już oryginalnością; tu trzeba szczerości obsesji. Być może tak się po prostu składa, że są to identyczne obsesje: żyjąc w tej samej kulturze, wchłaniając te same fluidy, wydalamy podobne sny. Ratunkiem Mitchella byłoby tu więc jego niejapońskie pochodzenie; paradoksalnie, bo w „Śnie” stara się odeń maksymalnie odżegnać i wejść w skórę przeciętnego współczesnego Japończyka, ba! - w jego podświadomość.
Oceniając rzecz z punktu widzenia cudzoziemca, mam wrażenie, iż się to Mitchellowi udało; sami Japończycy mogą oczywiście być odmiennego zdania. To jest ciekawa, kolorowa, łatwo się czytająca powieść, aczkolwiek nie nazwałbym jej wybitną i dziwią mnie nieco spotykające ją literackie honory. Posiada niewątpliwe zalety i posiada niewątpliwe wady; niektóre fragmenty są świetne, niektóre - słabe i/lub wciśnięte na siłę, bez związku; chwilami naturalistycznie surowa, popada jednak w pretensjonalny symbolizm. (Proszę wszelako brać poprawkę na moją niską tolerancję na postmodernistyczną rozwiązłość fabuły i stylu). Czy warta lektury? Zdecydowanie tak, z różnych względów. Czy mi się podobała? Mitchell najwyraźniej do końca poszedł w ślady swego mistrza: zdaje mi się ta opowieść irytująco płytką.
Pomysł jest bardzo prosty: bohater (Eidżi Mijake; narracja oczywiście w pierwszej osobie) szuka swego ojca. Porzucił on matkę Eidżiego, gdy Eidżi i jego siostra-bliźniaczka byli jeszcze małymi dziećmi. Dziewiętnastoletni Mijake przyjeżdża teraz z rodzinnej wsi do Tokio; matka od lat znajduje się na alkoholowym odwyku, siostra nie żyje. Eidżi porusza się w wielomilionowej metropolii z minimalną inwencją; doświadcza i reaguje - samodzielne działania przychodzą mu z wielkim trudem, nawet pomysł prasowego ogłoszenia musi mu zostać podpowiedziany. Po drodze napatacza się yakuza, co daje pretekst do małej intrygi kryminalnej i kilku sekwencji jak z hollywoodzkich filmów. Mamy także nieśmiały romans z wiolonczelistką-cukrzykiem, w którym, po jednej energicznej akcji, Eidżi ogranicza się do telefonicznych konwersacji o sensie życia, o ile akurat język mu się nie zasupłał z wrażenia. Wtrącone w fabułę (bo czemu nie?) są surrealistyczne bajeczki i dziennik pilota torpedy-kamikaze z czasów II wojny światowej. Na koniec - który wcale nie jest końcem - Mitchell wykonuje parę tricków w stylu deus ex machina, w postmodernizmie przypadek i zbieg absurdalnych okoliczności stoją wyżej od żelaznej logiki i weryzmu, Eidżiego od początku ciska po Tokio jak kulką we flipperze, od jednej ferii barw i salwy dzwonów do drugiej. Koniec nie jest końcem, bo po ósmym rozdziale, zamkniętym wielkim trzęsieniem ziemi, powinien nastąpić dziewiąty, lecz Mitchell zostawia go pustym, do wypełnienia dla czytelnika: jak powiada John Lennon, „dziewiąty sen to to, co zaczyna się po każdym zakończeniu”. (Mitchell w ogóle prowadzi numerologiczną wojnę z cyfrą 9: „Ghostwritten”, „powieść w dziewięciu częściach”, ma ich dziesięć).
Kto usłyszał w powyższym streszczeniu nutkę ironii, ma dobre ucho, jako że istotnie nie mam wielkiego szacunku dla fabuł traktowanych przez autorów niczym nylonowy worek bez dna: cienki, lecz zdolny pomieścić wszystko i przybrać każdą formę, a nie przesłaniający żadnej atrakcji. Bo jeśli spojrzeć na nią zimno, ta historia rodem jest z telenoweli; takimi składnikami operuje. Wszystko jednak, co w „Śnie_numer_9” ważne i dobre, destylujemy po odjęciu odeń fabuły.
A więc przede wszystkim obraz Tokio i w ogóle współczesnej Japonii (współczesnej-nie współczesnej; o tym za chwilę). Opisy są prawie reporterskie w swej wierności szczegółom, lecz nigdy suche. Uczynienie narratorem Japończyka, ale jednak prowincjusza, pozwala Mitchellowi zatrzymywać oko na osobliwościach wielkomiejskiej kultury, nie jest to wszakże „spojrzenie z zewnątrz”. Nie wizytujemy Japonii - zostajemy wciągnięci, Tokio nas zasysa, przerabia na swoją modłę sposób myślenia i zachowania: Eidżi traci wiejski akcent, czytelnik - europejski dystans. „Dawno temu ludzie tworzyli Tokio. Ale to z biegiem czasu zmieniło się i teraz Tokio tworzy ludzi”.
Struktura opowieści odzwierciedlać ma strukturę psychologiczną przeciętnego młodzieńca wychowanego w erze kultury multimedialnej i sztuki elektronicznej - w każdym razie strukturę jego wyobraźni, sposób postrzegania świata. Już w pierwszym rozdziale wkręca nas w jego sny/fantazje: tak naprawdę Eidżi nic nie robi, siedzi w barze i pije kawę obserwując nieznajomych, lecz w myśli wybuchają mu co chwila fantastyczne scenariusze rozwoju wypadków, wyjęte żywcem z gry komputerowej czy z hollywoodzkiej superprodukcji. Kolorowo, głośno, dużo akcji, wiele wrażeń, zmysły w ogniu, Mijake jest zaś w tym wszystkim komiksowym herosem. I dalej: jak nie filmy, to sny, jak nie sny, to bajki, jak nie bajki, to nagle rzeczywistość okazuje się najbardziej fantastyczna i tuziny gangsterów yakuza wysadzają się w powietrze na naszych oczach. Infantylne? Tak. Wciągające? Bez wątpienia. Psychologicznie wiarygodne? Niestety. „Ludzie pokroju mojej matki płacą doradcom i lekarzom, żeby pozwolili im wrócić do rzeczywistości; a ludzie mojego pokroju płacą Sony & Sega za powrót do nierzeczywistości”.
Odpowiada temu sam sposób prowadzenia narracji, język: zdania niezłożone, krótkie, bardzo krótkie, epitety i porównania bezpośrednie, obrazowe; prawie wyłącznie zapis wrażeń zmysłowych (głównie wzrokowych) i działań bohaterów. Stylistycznie i strukturalnie jest to więc powieść nad podziw konsekwentna. Niektórym ta estetyka odpowiada, innym nie, warto jednak zapoznać się ze „Snem_numer_9” chociażby z tej przyczyny: ponieważ taki właśnie może być kształt wrażliwości literackiej XXI, XXII wieku.
Interesujące jest też, jak zaciera się granica między współczesnością a przyszłością. Zmiany w świecie następują dziś tak szybko, że znacznie więcej jesteśmy w stanie przyjąć jako prawdopodobne niż jeszcze 20 lat temu; takie i owakie wynalazki - może rzeczywiście w Japonii już je mają? Mitchell zręcznie to wykorzystuje. Pewne poszlaki (materiał wybuchowy yakuzy, hardware wymagany do gry Virtual Sapiens itp.) wskazują, iż mamy tu do czynienia z science fiction wysuniętą o kilka lat w przyszłość; ale poza tym opisuje Mitchell Japonię współczesną. Kiedy więc naprawdę rozgrywa się akcja „Snu”? W jakimś ułamkowym rozciągnięciu między dzisiaj a jutro, akurat w przypadku Tokio najbardziej wiarygodnym, to miasto żyje w szybszym strumieniu czasu. Do takiej kulturowej futurologii bliskiego zasięgu Mitchell ma niewątpliwie dryg. Gdy jednak wchodzi w szczegóły techniczne, jest już gorzej (wirus e-mailowy, który Eidżi dostaje jako wielki podarunek od superhackera, nie był żadną nowiną już w momencie pisania „Snu”).
Wszystkie te moje rozważania mogą przesłonić bodaj najważniejszą cechę powieści Mitchella: że jest to mianowicie wcale niezłe czytadło. Trudno powiedzieć, żeby budowało wielkie napięcie i ciekawość rozwiązania, niemniej - chce się czytać. Zostało to też podane znacznie lżej, niż mogłoby wynikać z mojej relacji, poczucie humoru nie opuszcza Eidżiego chyba nigdy, a niektóre fragmenty (mecz piłkarski, monolog fryzjera) wywołują głośny śmiech. Wyjątkiem jest, rzecz jasna, dziennik kamikaze, kawał mocnej prozy serio, bez postmodernistycznego cudzysłowu - szkoda, że w zerowym związku z resztą powieści.
Niemniej wrażenie płytkości, powierzchowności, jakiejś ogólnej bierności bohatera i autora - pozostaje. Zapewne, wzorując się na Murakamim, wybrał Mitchell tę strategię świadomie. W czym jednak błahość zamierzona jest lepsza od błahości niezamierzonej? Ale może o to chodzi, może tą wartością jest prawda - że, jak powiada Murakami, taki właśnie jest nasz współczesny świat: powierzchowny, nie docierający głębiej niż do zmysłów, a człowiek przeżywa tu nie więcej niż postać w grze wideo; czasami tylko więcej śni.
Nie chcę wierzyć w taki świat i taką literaturę.
Jacek Dukaj
David Mitchell „Sen_numer_9”, tłum. Janusz Margański, Wydawnictwo Literackie 2002