Podobno pisarz winien się tak namęczyć przy tworzeniu, by ewentualny czytelnik już męczyć się nie musiał. Niestety, reguła ta ma się nijak do twórczości Jacka Dukaja. Tutaj czytelnik męczy się podczas czytania, męczy, męczy... stwierdzając na koniec, że warto było. Mało tego - mimo trudności w odbiorze, tekst wciąga. Sięgnąłem po „Czarne oceany” po lekturze kilku opowiadań ze zbioru „W kraju niewiernych” - opowiadań, które mnie specjalnie nie zachwyciły. Ot, żonglerka neologizmami. W „Czarnych...” też jest tego sporo, część jednak stanowią zapewne wyrazy, których po prostu się nie zna z racji braku zainteresowania daną dziedziną nauki i techniki. Ale przełknąłem je.
Cóż zatem dostajemy tym razem? Powieść można podzielić na dwa etapy: statyczny i dynamiczny. W statycznym dowiadujemy się sporo, czytelnikowi wydaje się, że aż za dużo, że to niepotrzebne... a tymczasem gdzieś tam ukryte są klucze do zrozumienia części drugiej, bardziej dynamicznej. Zalecam uważne czytanie.
Zraziła mnie, niestety, drobnostka - ale o strategicznym znaczeniu. Oto, na przełomie obu wspomnianych wyżej części, główny bohater dowiaduje się o istnieniu skrzętnie skrywanej tajemnicy - poznaje kryptonimy „czegoś”. By dowiedzieć się więcej, wszczyna dochodzenie... które jednak niewiele czytelnikowi wyjaśnia. A jednak od tej pory bohater posługuje się owymi kryptonimami z pełną swobodą, jakby wiedząc, o co chodzi. Było to dla mnie dość irytujące, bo mimo wszelkich starań zrozumienia, stosowne wyjaśnienia otrzymałem (i bohater także!) dopiero pod koniec powieści.
Ale może trzeba przeczytać drugi raz...?
Wojciech Gołąbowski [Chorzów, wrzesień 2001]