Wydarzenie roku w polskiej fantastyce. Po tę książkę zapewne ktoś sięgnie w roku 2054. Byłbym zresztą zaskoczony, gdyby nasi następcy w dziale kultury przegapili okazję na świetne rocznicowe otwarcie. Czy jednak znajdziecie w tym zbiorku, koledzy z 2054 roku, choć jedną trafioną prognozę?
Autorzy tacy jak Zygmunt Bauman, Jacek Dukaj, Lech Jęczmyk, Stanisław Lem, Jerzy Sosnowski, Olga Tokarczuk, Edmund Wnuk-Lipiński czy Andrzej Ziemiański uczcili wejście Polski do Unii utworami próbującymi przewidzieć obraz Polski roku 2054. Całość jednak trochę mnie rozczarowuje, głównie dlatego że większość autorów, zamiast wyobrażać sobie Polskę przyszłości, pisała o Polsce jak najbardziej współczesnej.
W polskiej fantastyce na przełomie lat 80. i 90. modna była konwencja publicystycznej dystopii – jeśli kogoś drażniło jakieś współczesne mu zjawisko, pisał opowiadanie umieszczone w rzekomej przyszłości, w której to zjawisko rozwinęło się do monstrualnych rozmiarów. Powiedzmy, przeciwnik ograniczania prędkości w obszarze zabudowanym pisał utwór, w którym tę prędkość obniżono do 20 km/godz., a dla wzbudzenia emocji czytelnika czynił narratorem wdowę po kierowcy zastrzelonym przez policję drogową za nieznaczne przekroczenie limitu.
Taka publicystyczna dystopia była kilkanaście lat temu dominującym gatunkiem w polskiej fantastyce, w końcu jednak znudziła się i autorom, i czytelnikom. Nawet niekwestionowany król gatunku Rafał Ziemkiewicz zaczął w końcu uprawiać fantastykę mniej publicystyczną. Jednak wielu autorów zaproszonych przez Jacka Dukaja do napisania opowiadań do tego zbiorku uległo pokusie, by pod pretekstem pisania o przyszłości rozliczyć się z tym, co ich drażni we współczesności.
I tak na przykład dostało się wszelkim ruchom na rzecz praw kobiet. W opowiadaniu Jarosława Grzędowicza mężczyźni dobrowolnie kastrują się, by uwolnić się od wpływów szkodliwego testosteronu, a przy tym zwiększyć swoje szanse na awans w matriarchalnym społeczeństwie. W opowiadaniu Mai Lidii Kossakowskiej mężczyźni zostali zredukowani natomiast do przydomowych niewolników.
Niektóre publicystyczne dystopie są tak absurdalne, że nawet autorzy nie traktowali ich chyba serio. Karol Maliszewski na przykład opisuje przyszłość, w której zdelegalizowano poezję (a Wojciech Wencel został laureatem literackiej Nagrody Nobla). Andrzej Zimniak z kolei straszy obrazem Polski, w której koncepcję „istoty ludzkiej od poczęcia” rozwinięto do tego stopnia, że po osiągnięciu pełnoletności obywatel odpowiada za swoje przestępstwa z okresu prenatalnego – takie na przykład jak zabicie brata bliźniaka, którego zwłoki uległy resorpcji w okresie płodowym. Czy ktokolwiek może uwierzyć w choćby cień realności takiej przepowiedni?
Na szczęście tomik ten nie ogranicza się tylko do taniej publicystyki. Najkonsekwentniejszą próbę literackiej prognozy podjął Jacek Dukaj, spiritus movens całej inicjatywy. W opowiadaniu „Crux” naszkicował on Polskę czasów „ekonomii drexlerowskiej” (nazwanej tak od Erika Drexlera, futurologa od lat 80. przepowiadającego, że jeszcze za naszego życia doświadczymy zjawiska ogólnej zbędności pracy ludzkiej, wyeliminowanej m.in. za sprawą postępów w nanotechnologii). Było już oczywiście wiele literackich opisów tej koncepcji, przede wszystkim „Diamentowy wiek” Neala Stephensona, ale Dukaj w zabawny sposób ten drexlerowski raj nakłada na polskie realia – sarmackie tradycje i skłonność do populistycznej rewolty („w jego żyłach płynie krew Gierka, Wałęsy i Leppera”).
Całkiem serio przyszłość Polski próbują tutaj też przepowiedzieć Stanisław Lem, Ryszard Kapuściński, Jadwiga Staniszkis, Edmund Wnuk-Lipiński i Zygmunt Bauman. Ich przepowiednie są wprawdzie obwarowane mnóstwem zastrzeżeń, a Bauman i Lem przypominają spektakularne porażki dotychczasowych futurologów – ale też i nie chowają się za gombrowiczowskie „nie jestem na tyle szalony szalony, bym w dzisiejszych czasach co mniemał albo i nie mniemał”. Bauman i Staniszkis przypominają przede wszystkim, że samo pytanie o Polskę 2054 może się okazać bezprzedmiotowe. Według Staniszkis to, co wciąż jeszcze dziś przyjęło się nazywać państwem, jest tylko tworem zrodzonym w XVII wieku, który raczej nie przetrwa do połowy XXI wieku. Bauman idzie jeszcze dalej, zauważając, że w 2054 pytania ważne dla całej Polski będą zarazem pytaniami ważnymi dla całej planety, a więc nie ma sensu pytanie o „PL+50”, trzeba pytać o „Ziemię+50”.
Przeszło pół wieku temu redaktor naczelny magazynu „Astounding Science Fiction” Joseph W. Campbell marzył o opublikowaniu opowiadania o XXI wieku, które człowiek XXI wieku będzie czytać jak realistyczne opowiadanie współczesne – a nie pożółkłe science fiction. Rzecz jasna, nigdy nie spełnił tego marzenia. Wbrew temu, co przepowiadali autorzy złotej ery science fiction, nie mamy w roku 2004 kolonii na innych planetach, nie poruszamy się poduszkowcami i nie nosimy na co dzień srebrzystych uniformów. Gdyby przenieść do naszych czasów Roberta Heinleina czy Isaaka Asimova, najbardziej byliby chyba zaskoczeni tym, jak niewiele się zmieniło tam, gdzie przepowiadali wielkie zmiany – garnitur z roku 1954 całkiem nieźle wyglądałby na ulicy wielkiego miasta z 2004.
Wojciech Orliński
„PL+50. Historie przyszłości”, wybór i wstęp Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie, Kraków