Po pierwszej książce Jacka Dukaja spodziewałem się więcej. Na tle Szkoły i IACTE dwie powieści, składające się na Xawrasa Wyżryna wypadają blado, choć obie są dobrze skonstruowane i napisane (pierwsza, Zanim noc, znacznie lepiej). Obie jednak wypada uznać za nieudane, choć z różnych powodów. Autor wypuścił się w nich poza teren, na którym czuje się najlepiej - klasyczną SF.
Tytułowy Xawras Wyżryn jest kompletną porażką. Dukaj zaryzykował tworzenie historii alternatywnej, a jest to jeden z najtrudniejszych gatunków fantastyki, wymagający nie tylko rozległej wiedzy historycznej, ale też - historiozoficznej, nie da się bowiem konstruować alternatywnego biegu dziejów bez jakiegoś poglądu na prawa, dziejami rządzące. Naszemu autorowi brak i jednego, i drugiego. Założył on, że w 1920 r. bolszewicy podbili Polskę, ale zatrzymali się na zachodnich granicach Niemiec, zaś Polskę i inne kraje środkowoeuropejskie lat dziewięćdziesiątych widzi jako coś w rodzaju Kaukazu Północnego („zauroczenie” telewizyjną wersją wojny czeczeńskiej jest chwilami wprost irytujące). Te zaś założenia są nie do obrony: gdyby w 1920 r. padła Polska, Niemcy wpadłyby w ręce Sowietów jak dojrzały owoc, bez większego oporu. A Europę Środkową czekałby los Ukrainy - kraju, który Stalin zmełł na kaszę, który z ówczesnych klęsk nie podniósł się do końca po dzień dzisiejszy. Takich zastrzeżeń można by sformułować dużo, dużo więcej. Do tego niekiedy kuleje prosta faktografia. Na 179 str. mowa jest o pruskim mieście Allenstein, a na str. 286 - o polskich (leżących w Republice Nadwiślańskiej) Gdańsku, Toruniu i Olsztynie. Tymczasem Allenstein to niemiecka (i pierwotna, pochodząca od staropruskiej nazwy Łyny - Alle) nazwa Olsztyna właśnie.
Ta powieść potwierdza opinię o Dukaju jako totalnym pesymiście. Tu mamy w dodatku nihilizm i skrajny fatalizm. Główni bohaterowie, cyniczny, nie wierzący w nic dziennikarz telewizyjny i równie cyniczny, lecz wierzący w coś partyzancki watażka, są jednako bezsilni wobec losu, objawionego w przepowiedni i nie pozostawiającej im żadnej nadziei. A wszyscy bohaterowie tej powieści są ludźmi złymi do szpiku kości, dobro w tym świecie po prostu nie istnieje.
Za dużo tu też elementów konwencji „bliskiego zasięgu”, bezpośrednich aluzji do współczesności. Próba współzawodniczenia z Ziemkiewiczem nie udała się naszemu autorowi - i najwidoczniej nie jest to jego powołanie. Szkoda, że nie dostrzegł tego w połowie pracy nad Xawrasem Wyżrynem...
Z Zanim noc, tekstem znacznie lepszym, mamy podobny kłopot. Osadzony w rzeczywistej scenerii horror wymaga ścisłości faktograficznej (przykładem amerykańskie bzdurstwa, zaczynające się od solidnej w swym realiźmie, choć płytkie j prozy obyczajowej). Tymczasem akcja tej powieści rozgrywa się podczas okupacji w jednym z miast Małopolski (raczej wielkości Bochni, niż Tarnowa, skoro o akcjach podziemia krążą plotki po mieście) - ale tramwaj nr 12 mógł być wówczas tylko w Krakowie. Trudny najwyraźniej nic nie wie o domu, który kupuje, a przecież w mieście średniej wielkości (nawet okupacyjnym Krakowie) tak niezwykła - i niedawna - historia musiałaby mu się przynajmniej obić o uszy. Niejasne jest też, kiedy konkretnie rzecz się dzieje: wzmianka o ZWZ wskazywałaby na święta 1941 r. (potem już była AK), ale masowe wywózki Żydów, o których mowa jest na str. 77-78, zaczęły się dopiero w 1942 r. (z drugiej strony - jakim cudem pół roku po nich małomiasteczkowe getto istnieje, jakby nigdy nic?) zaś panzerfaust, wzmiankowany na str. 79, wszedł na uzbrojenie dopiero w 1943 r.
W małych miasteczkach na głębokich tyłach nie rezydowali generałowie Wehrmachtu, a pułkownik Waffen SS, zajmujący się intendenturą w Generalnym Gubernatorstwie (w dodatku rezerwista) to już pełna abstrakcja. Waffen SS to były elitarne jednostki bojowe, a nie formacje policyjne; ich wyżsi oficerowie byli zawodowcami. Modernistyczny dom, będący „bohaterem” powieści, mógł powstać dopiero w międzywojniu, nie w XIX w., a małomiasteczkowy kupczyk z lat trzydziestych co najwyżej słyszał o Picassie, ale nie mógł znać jego twórczości. Zupełnym zaś kiksem jest stwierdzenie Trudnego, że „Żydzi byli spoza jego świata, tak samo, jak chociażby Japończycy czy komuniści” (str. 126) - w galicyjskim miasteczku lat trzydziestych, gdzie Żydzi stanowili przeciętnie 1/3 ludności, gdzie każdy przedsiębiorca musiał miać z Żydami stały, bezpośredni kontakt?!
Powieść ta napisana jest też zbyt współczesnym, zbyt potocznym językiem. Trudny, odpowiednik filmowego Kurasia, jak i inni bohaterowie, doprawdy nie powinni używać takich określeń jak „gównojad” czy „odbiło ci”. A przecież tyle jest dobrych książek o okupacji, pisanych przez ludzi, pamiętających, jak się wówczas mówiło...
Ta nonszalancja historyczna zaszkodziła świetnie pomyślanemu opowiadaniu, przenoszącemu nas z rzeczywistości historycznej przez żydowską mistykę w czwarty wymiar. Skoro już autorowi potrzebny był kostium okupacyjny, powinien był poświęcić więcej uwagi ówczesnym realiom. Tym bardziej, że dotknął bardzo delikatnego tematu - Holocaustu. Zderzenie zagłady Żydów z horrorem, którego pointa brzmi „A to tylko dzieci, to tylko dzieci się bawiły” (str. 153) było pomysłem nadzwyczaj ryzykownym.
Dopiero w końcowych partiach powieści dociera Dukaj do tego, co najlepiej mu wychodzi i co chyba najbardziej lubi - kreowania odmiennych stanów rzeczywistości. Tu jest to przestrzeń czterowymiarowa i konsekwencje przejścia w nią istot trójwymiarowych. I to jest znakomite, to wynagradza wcześniejsze niedoskonałości.
Dołączone do obu tekstów „komentarze warszatowe” (swoją drogą irytująca moda) zdradzają zamiłowanie Dukaja do solidnej SF, drogowskazem której jest twórczość Lema. Mam nadzieję, że autor wróci na tę drogę, bowiem próba opanowania nowych dziedzin literackich zawiodła go na manowce.
Tadeusz A. Olszański
Jacek Dukaj: Xawras Wyżryn, wyd. SuperNOWA. Warszawa 1997