Komentarz do odpowiedzi na recenzję "Dukaj na manowcach"

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „Miesięcznik” ŚKF nr 101.

Prawdę mówiąc nie widzę powodu, dla którego powyższy list Jacka Dukaja nie miałby się ukazać bez mojej odpowiedzi, tak jak swego czasy listy R. A. Ziemkiewicza i M. S. Huberatha. Ale skoro PT Redaktor Naczelny tego sobie zażyczył - to czemu nie?

Przede wszystkim śpieszę wyjaśnić, że w recenzji z Xawrasa Wyżryna - tak jak we wszystkich innych - wyrażam wyłącznie własne poglądy, a nie np. prawdy obiektywne bądź objawione. Myślałem, że to jest jasne.


Najpierw Zanim noc. Niektóre argumenty autora mogę uznać. Ale nawet, jeśli „zanim-miasto” nie leżało w Galicji, w Generalnym Gubernatorstwie były tylko dwa wielkie miasta - Warszawa i Kraków. Jest oczywiste, że akcja nie dzieje się w żadnym z nich - Kraków był siedzibą Generalnego Gubernatora i stosunki wśród Niemców musiałyby wyglądać inaczej, w Warszawie nie wchodziło się tak łatwo do getta. Zatem akcja toczy się w mieście klasy Tarnowa czy Kielc. A nawet w Warszawie cwaniak, kupujący dom za bezcen, musiałby skojarzyć go z historią , o której mówiło niedawno całe miasto, o której nie mógł nie słyszeć.

Kiksem nazwałem błąd, jakim jest włożenie w usta Trudnego porównania obcości Żydów do obcości Japończyków. Pomijając już to, że przedwojenne społeczności żydowskie były wprawdzie zamknięte, ale nie odizolowane, pozostając we wszechstronnych kontaktach gospodarczych z chrześcijanami, to Trudny zna ich przecież świetnie, po getcie porusza się dość pewnie, doskonale umie rozmawiać z Żydami (s. 121n.) itd. Przedtem przez całe lata stykał się z nimi na codzień, konkurując i współdziałając, bo w II Rzeczypospolitej (poza Poznańskim i Śląskiem) inaczej nie można było uprawiać handlu. A Japończyków mógł najwyżej widzieć w kronikach filmowych lub czytać o nich w książkach. Tak, że to porównanie jest całkowitym nieporozumieniem, błędem, niezależnym od takich czy innych poglądów.

Nie zarzucałem Dukajowi niewłaściwego stosunku do Holocaustu i nie uważam jego zabiegu narracyjnego za niedopuszczalny - twierdzę natomiast, że pożądana jest tu znacznie większa staranność, gdy chodzi o szczegóły. Zaś określenie „ryzykowny” to - na Boga - nie jest zarzut! Literatura - i świat - rozwija się głównie dzięki podejmowaniu ryzykownych przedsięwzięć.

Przy okazji zauważyłem jeszcze jeden anachronizm - pocisk V-2, spadający na Londyn. Chyba, że czterowymiarowy Trudny widzi także nawskroś czasu... Ale tego w tekście nie znalazłem.

Zgadzam się, że ta opowieść mogłaby być znacznie lepsza - i nadal może być. Jest to temat na pełnowymiarową powieść, dopracowaną historycznie i psychologicznie (motywację „przejścia” Trudnego warto by pogłębić, uwyraźnić), poszerzona w kierunku zderzenia mistyki żydowskiej z mistyką antysemicką... Chyba warto spróbować.


Z kolei Xawras Wyżryn. Tu trzeba by napisać cały traktat o alternatywach historii, o możliwych i niemożliwych wariantach jej rozwoju. Nie na tych łamach, oczywiście. Więc tylko jedno: nawet, gdyby przyjąć wersję autora, nie da się obronić przetrwania granicy rosyjsko-niemieckiej z 1914 r., dalszego istnienia Prus Wschodnich, szachujących środkowoeuropejskie posiadłości Rosji. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Gdańsk znalazł się w rękach Sowietów.

Stan, w jakim narody Kaukazu wyszły z komunizmu, jest niewątpliwie znacznie lepszy, niż ten, w którym znaleźli się Ukraińcy, a może i Polacy. Zapewne dlatego, że tamte społeczeństwa opierają się bezpośrednio na więzach krwi i lojalności rodowej, strukturach więzi społecznej, o których Polacy zapomnieli przed wiekami. Że - mówiąc innymi słowy - są to społeczności znacznie mniej nowoczesne. Czeczeńcy przetrwali utratę w latach czterdziestych ponad 50% „substancji biologicznej”, straty nieporównanie większe niż Ukraina w latach trzydziestych-czterdziestych czy Polska w latach czterdziestych - i ani na chwilę nie złamało to ich woli oporu, którą tak Polacy, jak i Ukraińcy utracili na długie lata (Polacy na krócej).

Co do Olsztyna/Allensteinu: nie zarzucałem posługiwania się dwoma nazwami tego samego miasta, lecz umieszczenie go raz w jednym, raz w drugim państwie (str. 179 i 286). Jest to oczywisty lapsus, na który powinien był zwrócić uwagę redaktor.

Wierzę, że autor nie chciał napisać książki tchnącej nihilizmem i fatalizmem - ale najwidoczniej inaczej się pisze, inaczej się czyta. Dla mnie Xawras Wyżryn jest przesiąknięty jednym i drugim. Wyżryn wybierającym ścieżki? Jego ostatnia rozmowa ze Smithem ukazuje go jako fanatycznego wyznawcę i sługę nieuchronnych, objawionych mu przeznaczeń (str. 309-316). Jeżeli ta wizja dziejów nie jest fatalizmem, to czym może jeszcze on być? Zaś nihilizm, to w najpierwotniejszym znaczeniu wola nicości, żądza unicestwienia (i samounicestwienia). Czyż nie o tym jest ta książka?

I jeszcze jedno - nie chciałem tego pisać w pierwszej recenzji, ale teraz już nie zmilczę, za co przede wszystkim tak bardzo nie znoszę Xawrasa Wyżryna. Za zniszczenie Krakowa. Zagładę Warszawy jakoś bym ścierpiał, choć w niej mieszkam (a może trochę i dlatego...). Czy naprawdę nie ma już nic świętego?! I czy Polska, czy polskość jest w ogóle możliwa bez Krakowa?

Tadeusz A. Olszański