Niebo za karę

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 241 (2002-10).

W fantastyce, jak i gdzie indziej, są autorzy-gramofony i autorzy-dyrygenci. Autorzy odtwórczy i autorzy twórczy. Pierwszym nie wstyd powielać w nieskończoność konwencji i wątków; drudzy nie spoczną, póki czegoś nowego nie wymyślą, po głowach błądzą im bez przerwy nieziemskie skojarzenia - i to oni, drapieżniki literatury, stanowią jej siłę napędową, w przeciwieństwie do dostojnych przeżuwaczy. Strategia przeżuwacza jest rynkowo bardziej opłacalna, bo czytelnik też woli przeżuwać, raz że sam do tego gatunku należy, dwa - że chcąc z autorem współpracować trzeba mieć coś z jego osobowości i upodobań.

Takich oryginałów można by na polskim terytorium policzyć na palcach jednej ręki: Lem, Huberath, Żwikiewicz, kiedyś późny Zajdel i wczesny Snerg. Teraz do tego elitarnego grona dołączył Jacek Dukaj; jego największą bodaj siłą i walorem są pomysły, na które jeszcze nikt nie wpadł. Na tak wyeksploatowanym spłachetku jak SF odnalezienie czegoś oryginalnego, świeżego graniczy niemal z cudem.

W krótkiej powieści „Extensa” Dukaj sięgnął tym razem po skojarzenie związane z tzw. paradoksem Einsteina-Rosena-Podolskiego z 1935 roku, ukazującym szpary w mechanice kwantowej. Jest to eksperyment myślowy z udziałem dwóch cząstek elementarnych; nie wchodząc w szczegóły panom EPR wynikło, że gdy owe cząstki są blisko, oddziałują ze sobą, natomiast po rozsunięciu na dystans rzędu lat świetlnych sprzężenie między nimi zostaje zachowane. W popularnym ujęciu, z którego skorzystał Dukaj, wygląda na to, jakby cząstki owe informowały się na dowolną odległość o swej sytuacji, tzn. jakby o pomiarze wykonanym na jednej z nich natychmiast „dowiadywała się” druga. To by zaś znaczyło, że oddziaływania są przekazywane z prędkością nadświetlną. U Dukaja jedną z cząstek jest człowiek, drugą zaś tytułowa extensa, czyli forma sztuczna, monstrualny kompleks informatyczno-badawczy urzędujący o 250 lat świetlnych dalej w układzie planetarnym Meduzy.

Gdy się „Ekstensę” zaczyna, natychmiast przychodzą na myśl „Poczwarki” Wyndhama: tak samo pogruchotany po kataklizmie świat i tak samo opowieść toczy się z punktu widzenia dziecka, które nie dziwi się niczemu. Katastrofa dotknęła ludzkość w wyniku przymusowego kontaktu z cywilizacją o tyle wyżej stojącą technicznie, że dla nas operującą cudami. Owa ekstensa to pomysł Obcych na badanie kosmosu; nikomu nie chce się tego robić, realność dla tych półbogów przestała być atrakcyjna. Świat materialny oferuje w końcu bardzo ograniczoną ilość fenomenów, prawa są stałe, fizyka niezmienna, zaskoczenia małe, a wielka powtarzalność; Oni natomiast mają wewnątrz wolność absolutną, każda fizyka, każdy wszechświat jest tam możliwy, powiada bohater. Wątpliwą kwestią pozostaje, na co owej wyrafinowanej technice człowiek przywieszony na drugim końcu. Może jego udział, dość bierny i sprowadzający się do odbierania szoków, jest tajemnicą technologiczną, a może w ten sposób przejawia się troska Obcych o nadzór rozumu nad techniką, byle jakiego, ale jednak rozumu?

W „Ekstensie” łamie Dukaj parę dogmatów z poletka tematycznego SF. Po pierwsze kwestionuje konieczność istnienia okna kontaktu pomiędzy cywilizacjami, czyli takich maksymalnych różnic między nimi, przy których porozumienie i zrozumienie są jeszcze możliwe. W zaoranym świecie Obcy są jednak w stanie schylić się do poziomu Ziemian, ale traktują ich jak mrówki; prowadząc jakieś swoje prace powodują zalanie coraz to większych połaci Zielonego Kraju (reszta kontynentów dawno już pod wodą). Druga rzecz: uważa się, że badanie naukowe winno być dyskretne, nie naruszać obiektu badanego ani nie wprowadzać zakłóceń w jego funkcjonowanie. Obcy tego w ogóle nie przestrzegają, ani w demolowanym układzie Meduzy, ani wobec ludzkości. Jest więc „Ekstensa” powieścią o kontakcie, ale zwichrowanym, zwyrodniałym, unicestwiającym słabszego. Bardzo to lemowskie podejście, by wspomnieć chociażby „Fiasko”.

Dla twórczości Jacka Dukaja z kolei „Extensa” to dokonanie charakterystyczne, mieszczące się w głównym paśmie jego zainteresowań i realizujące ściśle postulat o ortodoksyjnym traktowaniu powinności wynikających z obecności członu science w nazwie gatunku. To także utwór bardzo udany, ze ściszenia i sielskości eksplodujący na cały Wszechświat (nie wiedzieć czemu tę nazwę własną pisze Dukaj uparcie małą literą, w przeciwieństwie np. do Ciemnej Materii). Jest tu i wyczyn cudownej techniki, i dramat bohatera, który poddał i oddał się Obcym, tracąc nawet ten okruch suwerenności, jakim dysponują zwykli mieszkańcy Zielonego Kraju. Należy uważać, jakiemu panu deklaruje się służbę; za niedostępne śmiertelnikom doznania płaci się bowiem przymusowym wcieleniem w szeregi anielskie, i to dopiero jest piekło.

Marek Oramus