Odpowiedź na recenzję "Dukaj na manowcach"

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „Miesięcznik” ŚKF nr 101.

Z początku wydawało mi się czymś niewłaściwym wdawać się w polemikę z recenzją własnego utworu, zważywszy jednak, iż Miesięcznik jest pismem o charakterze bardziej klubowego informatora, a me zastrzeżenia budzą zarzuty natury raczej pozaliterackiej (zresztą sam z zainteresowaniem śledzę podobne przekomarzanki, częstokroć są ciekawsze od samych książek) - pozwolę tu sobie na wyrażenie w paru punktach mego zdziwienia.

Ad Xavras Wyżryn:

1. „Gdyby w 1920 r. padła Polska, Niemcy wpadłyby w ręce Sowietów jak dojrzały owoc”. Czy ja temu przeczę? (Choć mógłbym; oczywistość takiego wariantu nie jest bynajmniej stuprocentowa). Lecz - co dalej, co po 1920 roku? Sowieci parliby (a w każdym razie na pewno by to planowali) aż do Atlantyku. Czy mocarstwa zachodnie przyglądałyby się temu w spokoju? Nieuniknionym wydaje się tu powstanie antysowieckiego aliansu (swoista powtórka z I wojny światowej z odwróconymi sojuszami) z bardzo znaczącą w nim rolą Niemiec jako państwa frontowego/buforowego. W efekcie otrzymalibyśmy właśnie taką „ślimaczą wojnę”, jaką opisuję. A preferowane przez p. Olszańskiego totalne w niej zwycięstwo Rosji widzi mi się już ekstremalnie mało prawdopodobnym, sytuacja ciążyłaby ku zarysowanemu przeze mnie patowi (a pamiętajmy, że akcja Xavrasa rozgrywa się po z górą pół wieku od ustalenia takowej równowagi). Dlaczego? Wymienię tu cztery z poważniejszych przyczyn. Primo: bomba atomowa w rękach Zachodu (miałem prawo przesunąć jej wynalezienie w czasie, bo nie było to zdarzenie niezależne jak np. upadek Meteorytu Tunguskiego); secundo: silne zawirowania personalne na szczytach władzy na Kremlu w początkowej fazie inwazji (Stalin dopiero wchodził w buty Lenina, spadały głowy najzdolniejszych dowódców, „władza ludu” jeszcze nie okrzepła); tertio: kwestia drugiego frontu - Rosja to państwo nie tylko europejskie - nuggety przeciwko orzechom, że np. Japonia nie przepuściłaby okazji; wreszcie quarto: ekonomiczna wydajność machin wojennych Wschodu i Zachodu, podówczas nieporównywalna.

2. Smith początkowo używa nazwy „Allenstein” na podobnej zasadzie, co „Republika Nadwiślańska”; wyżrynowcy rzekliby zaś tak jeno z sarkazmem, w użyciu są nazwy polskie, bo choć wszak żadne miasto nie „leży w Polsce”, to wszystkie je mają oni za polskie (a przecież Sowieci z pewnością przemianowaliby topografię podbitych ziem, vide casus Katowic). Jak inaczej zatem mają mówić? I jak inaczej, niż Smith, mówiłby „obcy”?

3. „Los Ukrainy” - czy nie to właśnie, a nawet coś gorszego, spotkało tu Polskę? Jak więc jest z tym Kaukazem - tam lepiej? A inspiracja Czeczenią jest oczywista, odniesienie do rzeczywistości to chyba nie wada.

4. Wszelkie dyskusje na temat realności danej historii alternatywnej skażone są nieuniknionym subiektywizmem. Nie ma tu żadnego wysuniętego „poza historię” punktu odniesienia dla oceny stopnia ich prawdopodobieństwa. „Cud nad Wisłą” uznaje się za faktycznie niemal cud; jakież baty zebrałby w świecie Wyżryna Dukaj-prim od Olszańskiego-prim za wypisywanie bzdur o zwycięstwie Piłsudskiego...! Gdyby natomiast uciec się do cokolwiek szalonych koncepcji fizyki teoretycznej (każda alternatywa kreuje wszechświat), to doszlibyśmy do wniosku, że wszystkie warianty historii są równie prawdopodobne, przeciwko czemu buntuje się zdrowy rozsądek. Niemniej jest to bardzo ciekawe zagadnienie.

5. „Nihilizm i skrajny fatalizm”? Chyba coś wręcz przeciwnego. Czyż nie wystarczającą ilość razy powtórzyłem, iż to Wyżryn jest wybierającym ścieżki, iż to on de facto kreuje przyszłość? To zgoła antyfatalizm.

Ad Zanim noc:

1. Dlaczegóż miasto Trudnego miałoby być miastem małej lub średniej wielkości? Wydaje się, iż w oczach p. Olszańskiego jedna wątlutka przesłanka (tempo rozprzestrzenienia się plotek?) przeważa we wnioskowaniu wszelkie przeciwne; stąd może on już ustalać sprzeczność z tak gładko wywiedzionym wnioskiem wszystkich innych poczynionych przeze mnie założeń fabularnych, włącznie z Generalmajorem SS i intendenturą Waffen SS.

2. Co do lokalizacji czasowej utworu. Obydwie rozmyłem celowo: raz - w świadomości niepełności własnej wiedzy o warunkach panujących w poszczególnych miastach polskich podczas okupacji; dwa - dla zuniwersalizowania odbioru („to mogło się zdarzyć u nas!”) i wyakcentowania wątku pozawojennego. Przyznaję jednak, iż dałem plamę z panzerfaustem, nie przyszło mi po prostu do głupiego łba sprawdzić datę jego wejścia do produkcji. Natomiast: wywózki z gett do obozów śmierci zdarzały się jeszcze sporo przed wydaniem rozkazu ostatecznej likwidacji tych pierwszych (choć z ich „masowością” było różnie), zatory komunikacyjne, przeludnienie itp. były permanentne i nie ograniczały się do ostatniej fazy; na członków AK mówiono „chłopcy z ZWZ” bodaj jeszcze w 1944 roku (inercja językowa). Ale to tylko na marginesie, bo chętnie przyznaję, iż umyślnie dawałem drobne wskazówki co do zimy 1941/42 (przed rozkazem Sikorskiego): pomiędzy Barbarossą a Stalingradem - potrzebowałem Niemców w takim właśnie nastroju. Nie jestem historykiem, lecz doprawdy nie pisałem tego wszystkiego z głowy i zdarzyło mi się przeczytać to i owo. Podobnie nie jestem architektem i nie planowałem czynić z domu na Pięknej przykładu budownictwa modernistycznego, znów moc dedukcyjna p. Olszańskiego wprawiła mnie tu w podziw i zawiść (ach, chciałoby się potrafić analizować książki z podobnie anihilacyjną wręcz dogłębnością!).

3. Trudny nie jest prymitywem z nosem wciśniętym w liczydła - co chyba widać - i choć nie uczyniłem go koneserem malarstwa, to o stylu Picassa mógł przecież mieć niejakie pojęcie. Zaś kwestia wyalienowania Żydów to sprawa nader śliska . Osobiście odnoszę nawet pewne ogólne wrażenie, iż seperacja społeczności żydowskiej była tym większa, im ta społeczność lokalnie liczebniejsza. Zdaję sobie sprawę z dzisiejszej kontrowersyjności postawy bohatera. Wszelako czy posiadanie w tym względzie odmiennego poglądu równoznaczne jest z „kiksem”?

4. W trójnasób odnosi się powyższe do stosunku do Holocaustu i tego, co wobec niego jest dopuszczalne w literaturze. P. Olszański i tu daje wyraz swym prywatnym przekonaniom.

5. Całkowicie zgadzam się z zarzutami co do mej niesprawności językowej, takoż uważam, iż Zanim noc mogłaby być znacznie lepsza, został tam dość spory niewykorzystany potencjał, powininiem pójść bardziej w piąty wymiar, rozwinąć wątek Die Gruppe oraz „życia po życiu” Trudnego.

Ponarzekawszy tak na recenzenta, muszę rzec całkiem szczerze i bez ironii, iż trafić na tak dociekliwego i samodzielnie myślącego czytelnika to po równo wielka przyjemność i wyzwanie dla autora. Tak zatem, pognębiony ambiwalencją mych odczuć, z drżeniem i bojaźnią czekam na kolejne spotkanie Tadeusza Olszańskie go z niedoskonałymi płodami mego umysłu.

Jacek Dukaj