Ukąszenie krucze

Poniższy tekst pierwotnie ukazał się w „Czasie Fantastyki” nr 22 (1/2010).

Baśniowy „Wroniec” Jacka Dukaja, ukazujący się teraz, 28 lat po wprowadzeniu stanu wojennego, wygląda na interesujące ćwiczenie artystyczne i intelektualne. Ciekawe, co zapamiętał, co zrozumiał ze stanu wojennego autor, który przeżył ten czas w małym mieście, jako siedmiolatek oraz jaką i jak nośną formę nadał swej opowieści?

Pytanie uzupełniające – co zrobili z tym tematem pisarze starsi, których odczuli stan wojenny na własnej skórze i patrzyli nań dorosłymi oczami?

Dopiero po takim postawieniu kwestii widać, jak bardzo jest książka Dukaja pionierska.

W polskim kinie, prozie, zieją „w tym temacie” czarne dziury i białe plamy. Praktycznie nie przebiły się do duchowego obiegu dokonania, które robiłyby z Jaruzela sługusa Moskwy ani te, postrzegające go, jako anioła okrągłego stołu. Prawda, Oramus w „Święcie śmiechu” (1995) ciekawie żenił realia świata podbitego przez WRON z poetyką jasełek, no i nie krył moralnej i odrazy do jaruzelszczyzny oraz rozkwitłych pod jej skrzydłami podłości, ale poniósł czytelniczą porażkę.

Trudno orzec, co przeważyło? Nadmiar namiętności, niedostatki artystyczne „Święta…” czy polityczna niezgoda na skruchę i rozliczenia publiczności, namiętnie czytającej Urbanowe „Nie”. Podobnie przemknęły bez echa, nie zmieniając nam świadomości, suche i pełne wzgardy para reporterskie migawki z tamtych lat pióra Marka Nowakowskiego.

Rafał A. Ziemkiewicz pierwszy fantasta polityczny III RP (tak jak Zajdel rządził w PRL) w najlepszych nowelach, począwszy od „Szosy na Zaleszczyki” (1990) i powieści „Pieprzony los kataryniarza” (1995) raczej się stanem wojennym nie zajmował. Już prędzej Katyniem, no i losem Polski na globalnej scenie, na której po staremu hulają Niemcy, Ruskie, a dołączają do nich feministki, muzułmanie i liberały-aferały wspomagani cudowną elektroniką.

Po wybuchu wolności zszarzała tamta męka i tamto draństwo i zwłaszcza tamten heroizm. Silny napadał słabszego, społeczeństwo może by się i broniło, gdyby nie strach przed sowietami. Orła wrona nie pokona? – banał. Onegdajsi bohaterowie blamowali się w bieżącej polityce, a poprawnościowy uzus nie pozwalał nazwać generała Jaruzelskiego zdrajcą; już więcej było gotowości by mówić tak o pułkowniku Kuklińskim. Horror po prostu! IV RP trochę zmieniła terminologię i odruchy, ale teraz sama jest na cenzurowanym.

Mówiąc w skrócie chodzi o to, że sięgając po temat stanu wojennego, pracował Dukaj praktycznie bez literackiego zaplecza. Nie kontestował ani nie naśladował, praktycznie nie było kogo. Proza polska temat olała (a trochę się zlała wobec tego, co ją przerastało), więc musiał sam wymyślić język i mity swojej opowieści.

Ten słowotwórczy i mitologiczny wysiłek widać we „Wrońcu” wyraźnie. Powiem otwarcie, że mnie, jako świadomemu (poranionemu, poniżonemu) świadkowi epoki, to zderzenie oryginału z jego baśniową repliką, trochę na początku zgrzytało.

Dobry jest punkt widzenia dziecka, które opowiada o świecie przed medialnym i cywilizacyjnym przełomem. Dobre są tajemnicze zachowania starszych, palących dużo papierosów, stukających na maszynie, wychodzących pogadać na balkon, korzystających z usług jedynego lokatora w bloku posiadającego telefon. Znakomite, bo symboliczne, nie dosłowne, przetworzone przez zgorączkowaną psychikę malca, jest porwanie ojca i matki przez tytułowe wielkie złowrogie ptaszysko.

Spadające na nas potem obrazy ze wspaniałym panem Betonem (który wgniata agenta w mur), z grasującymi po ulicami Milipantami, Bubekami, szpiclami z antenami na głowie… sytuacje z wrastaniem małego bohatera w kolejkę, w której ludzie pokrzykują „pan tu nie stał”… personifikacja gazu łzawiącego (taka sobie), personifikacja U-lotki, na której można polecieć nad miastem (znakomita)…wszystko to wprawiło mój starczy czytelniczy umysł w stan rozkojarzenia i zamętu.

Gdybym się przy tym zatrzymał i odłożył książkę, pisałabym pewnie o „Wrońcu” tak źle, tak po ciemniacku, jak pani Małkowska w „Rzeczpospolitej”; dla tej krytyczki, co nie jest rzeźbą z mydła, albo wielką pustą w środku skrzynią, symbolizującą udręki narodu wybranego, to nie zasługuje na miano sztuki. Choć nie wykluczam, że dobrze mówili o „Wrońcu” także ci, którzy poprzestali na kilkudziesięciu stronach i nie dokopali się do jadów ukrytych w tej powieści.

Przeczytałem książkę do końca. Dzięki temu oswoiłem się z Dukajową wizją, przyswoiłem sobie jego kody, jego desygnaty. Doceniłem ich barwność, tamten mój czas był przeraźliwie szary (autor to wie, ważną rolę gra u niego Maszyna-Szarzyna), no i groźny, ale też śmiertelnie nudny. Tymczasem we „Wrońcu” pisarz z pomocą Jakuba Jabłońskiego (plastyka, który wspomagał Tomka Bagińskiego przy „Kinematografie) kreuje barwny wciągający świat, który oczywiście zewnętrznie nie przypomina tamtego. Ale go symbolizuje, tłumaczy, o nim opowiada.

Ciekawa sprawa. Dukaj gubi realia, podmienia kolory, ale przechowuje emocje. Jako motto daje cytatę z „Alicji w krainie czarów” Carolla . OK tak to jest konstruowane i wymyślone, ale też uczciwie przywołuje „Drogę” Cormaca McCarthy, bo mu na taką paralelę zwrócili uwagę przyjaciele. Mało odnajduję sensu w tym drugim porównaniu. Dla mnie prawdziwy trop to „Królowa śniegu” Andersena.

Mały bohater, jak Kaj i Gerda, szuka tu swojego ojca, wspomagany przez sojuszników, ale i powstrzymany przez przeciwników. Świat jest groźny, zmieniony uwięźnięciem okruchów diabelskiego lustra w sercu i oku (tutaj mamy do czynienia z ukłuciem kruczego pióra i dzioba). Ludzie przemienieni współpracą z Wrońcem, koncesją na rzecz Wrońca, wyglądają na coraz bardziej jednowymiarowych, żałosnych. Milipanci odmieniający się (np. pod wpływem dolara) pokazują tu swoją grozę, ale i małość.

I staje się tak jakby zrazu odrobinę nieadekwatne gadżety i transformacje Dukaja zgrabnie spadały w drugiej części książki na cztery łapy. Oryginalna, wyzywająca także w warstwie słownej propozycja książki przestaje niepokoić, okazuje się, że przy pomocy tej bajkowej rekwizytorni opowiada Dukaj nie tylko o łomocie na ulicach. Znajdziemy tu dramatyczną przypowieść o zdradzie, inwigilacji, upadku, przebaczeniu. Mityczna Ameryka, jako symbol wszelkiego dobra, rozczula, jako chwyt artystyczny i prawda o czasie, który minął. Członek (w domyśle PZPR) okazuje się tu napuszoną, ale i dramatyczna figurą bez osobowości, bo czymś w rodzaju kłącza wielkiej rośliny… Papier, dokument z pieczątką, kluczem otwierającym wszystkie drzwi.

To znaczy ta dziecinna książka – choć Bóg jeden wie, jak poradzą z nią sobie dzieciaki – odsłania się jako pełnowymiarowa proza. Jej autor próbuje sobie radzić z nieodległymi dramatycznymi wydarzeniami w sposób intelektualnie i artystycznie, co najmniej satysfakcjonujący.

Nowatorski, niepokojący, również mylący jest też sposób jej wprowadzania na rynek. Opowieści towarzyszą jak się rzekło, zachwycające barwne obrazki; razem z książką wydaje się grę, płytę z piosenkami Kazika, a wydawniczej premierze towarzyszą przebierańcy w mundurach ZOMO i robią groźne miny. Celebracja prawie taka jak coroczne bitwy na polach Grunwaldu. Jeśli przypomnieć, że współudziałowiec przedsięwzięcia Jakub Jabłoński współpracuje z Bagińskim przy jeszcze bardziej wyzywającym przedsięwzięciu filmowym mieszającym Powstanie Warszawskie z inwazją Obcych i Robotów, widać, że nie chodzi o kaprys, tylko fragment większego zjawiska. O znaczącą kulturową przemianę.

Oto paradoks. Szarość, beznadzieja opisane kolorem. Brutalna cyniczna przemoc pokazana jak składnik baśni. Udręka, rozpacz, rozczarowanie, jako przedmiot rozrywki - gra we Wrońca, jako prezent pod choinkę. To jakiś masochizm, bawimy się w to, że znów jesteśmy nieszczęśliwi, żyjemy w niedostatku, pałowani, cenzurowani, podsłuchiwani… Toż to leży tuż obok prowokacji Libery, który zbudował obóz koncentracyjny z klocków lego… No, więc i tak i nie. Na szczęście tu i tam jest do cholery ironii. I kreacji, dystansu, inwersji, która nie obraża, tylko zmusza do myślenia, odsłania ukryte. Myślę, że Dukajowi udało się i tym razem.

Maciej Parowski

Jacek Dukaj: „Wroniec” (ilustracje: Jakub Jabłoński). Wydawnictwo Literackie 2009. Cena 39,90 zł.