W ślepym zaułku

Recenzja poniższa została pierwotnie wydrukowana w „Nowej Fantastyce” nr 231 (2001-12).

Wydawałoby się, że z cyberpunku nic więcej nie da się wycisnąć. Po ile razy można opiewać perypetie bohaterów sterowanych wszczepami domózgowymi albo rozbijającymi się w cyberprzestrzeni? Jacek Dukaj dowodzi ustawicznie, że cyberpunk ma jeszcze spore rezerwy, o ile autor nie ograniczy się tylko do samych wszczepów i skanów. Choć wydawca Dukaja ostatnio oświadczył publicznie, że „Czarnych oceanów” nie rozumie, bez wątpliwości można je uznać za dzieło wybitne.

Ale też Dukaj swoim zwyczajem wprowadził do powieści wielobój, gdzie elementy tłoczą się jedne na drugich, wchodzą ze sobą w interakcje, sprzęgają się - w rezultacie powstaje ów specyficzny dla tego autora melanż, który tak zmęczył wydawcę. Z ważniejszych składników intrygi wypada wymienić pole morfogenetyczne, futuroskop, nano biologiczne, daleką od konwencji formę kontaktu z Obcymi, a także grające dominującą rolę monady, memy (psychomemy) oraz coś, co autor nazwał myślnią. Te ostatnie tworzą jakby psychosferę oddziałującą na jaźń, z reguły rzecz jasna destrukcyjnie. O rekwizytach komputerowych nie ma co wspominać, gdyż walają się dosłownie na każdym kroku.

Tego materiału Dukaj użył do oddania wizji naszej cywilizacji za jakieś pół wieku i nie intryga typu sensacyjnego jest tu główną atrakcją, ale właśnie owo przedstawienie przegęszczonego i przekomplikowanego do granic możliwości bytowania ludzkiego w przyszłości. Zapewne gdzieś tam egzystują gardzący cyberem prostaczkowie, lecz ci dla Dukaja nie są zajmujący. Frapują go gracze, którzy usiłują utrzymać się w nurcie przemian, którzy sami je powodują i którzy - postawieni pewnego dnia wobec czegoś, co ich przerasta - próbują nieznany fenomen zrozumieć, a następnie opanować. „Czarne oceany” ukazują cywilizację w ślepym zaułku, miotającą się w spazmach boleści, które sama sobie sprokurowała.

Nową fazę konfrontacji na świecie widzi Dukaj w wojnach ekonomicznych, które są prowadzone wyłącznie przez zaawansowane programy komputerowe. To akurat wydaje mi się mało prawdopodobne, gdyż operacje finansowe nie mogą obyć się bez czynnika ludzkiego, choćby dlatego, żeby miał kto zebrać laury albo ponieść odpowiedzialność. Malownicze opisy, jak błyskawicznie walą się i powstają fortuny, jak padają i rosną mocarstwa finansowe, są wątpliwe także z tego powodu, iż giełdy, te osobliwe piramidy świętego Antoniego - pierwsze kolapsują w wypadku ogólniejszego zamętu.

Także i ufność, jaką Dukaj pokłada w memach, znaczenie, jakie im przypisuje, wypada uznać za przesadne. Memy to nowy Graal humanistów, ich aktualna gwiazda betlejemska, zbudowana na analogii do genów biologicznych. Dukaj ma w „Czarnych oceanach” jakby za oczywistość, że memy istnieją realnie, podobnie jak myślnia czy monady - a prawdopodobnie to tylko gęstwa współczesnej kultury masowej sprawia, że pewne zbitki słów/obrazów/gestów powtarzają się częściej od innych, żadnej mocy nadprzyrodzonej, przypisywanej im przez humanistów, nie posiadając. No ale wszak mówimy o fantastyce, na której potrzeby taka wiara wystarczy.

W wielu fragmentach tej powieści ręce same składają się do oklasków. Dukaj wypraktykowanym w gatunku zwyczajem bierze pewne tendencje dzisiejsze i dociąga je do skrajni; rzecz w tym, co bierze i jak dociąga. Mamy więc wywiedzioną z politycznej poprawności etykietę NEti, która do centymetra reguluje kontakty międzyludzkie, mamy wszechdominację prawników, do tego stopnia, że obowiązuje ubezpieczenie prawne całych pomieszczeń, mamy „rzeźbienie” genetyczne i pigułki dla znudzonych życiem, tzw. kevorkianki (od nazwiska głośnego „lekarza” holenderskiego, ordynującego pacjentom ten radykalny sposób pozbycia się dolegliwości) itp. Wszystko to zostało użyte rozumnie i wiarygodnie, co w SF znowu takie częste nie jest.

Dukaj używając tego instrumentarium konstatuje, że czeka nas kres ewolucji biologicznej, po czym zacznie się ewolucja mód. Nie bierze pod uwagę, że rozwierające się nożyce ekonomiczne sprawią, iż w ten sposób zabawiać się będzie wąska elita populacji, czerni zaś pozostaną zmagania z losem o przetrwanie fizyczne albo zwyczajne marcie z głodu. Wygeneruje to - już generuje - konflikty nowego typu. Tak czy owak powstała powieść imponująca bogactwem pomysłów, diagnoz, szczegółów, szerokością horyzontów, orientacją w trendach naukowych, dostrzeganiem związków wszystkiego ze wszystkim, charakterystycznych dla cywilizacji doby obecnej. W dorobku Jacka Dukaja „Czarne oceany” są bez dyskusji największym jak dotąd osiągnięciem.

Marek Oramus

Jacek Dukaj: Czarne oceany. SuperNOWA 2001