Wirtualny odbiorca wirtualny

(albo o tym, jak Jacek Dukaj wymyślił czytelników współczesnej literatury polskiej)

Poniższy tekst pierwotnie ukazał się w „Czasie Kultury” nr 153 (6/2009).

Każdy czytelnik prozy Jacka Dukaja zna (i zwykle lubi) pewien specjalny rodzaj oszołomienia, w jakie wprawia go zasięg spekulacji światotwórczych owego autora. W Czarnych oceanach przyjąć musimy do wiadomości istnienie rzeczywistości, która pojawiłaby się, gdyby memetyka pozwalała na zupełne nowe zarządzanie ludzką pamięcią, gdyby inżynieria genetyczna dawała już sposobność do modelowania naszych ciał w całości, gdyby telepatia okazała się jedną z kluczowych ludzkich zdolności i gdyby spełnionych zostało jeszcze kilka podobnych „gdyby”. Sporo frajdy z doświadczania owego pisarstwa na własnej skórze bierze się stąd, że musimy emigrować w równie alternatywne historie, niemal współwymyślać z autorem odmienne stany społeczne i konstelacje polityczne, wyobrażać sobie gramatyki i słowniki odchylające się od tych nam znanych. Co istotne, szczegółowość zaprojektowanej wizji zdumiewa żelazną konsekwencją, ten pisarz naprawdę trzyma się raz obranej zasady rzeczywistości, naginając ku niej wszystko – z czytelnikami włącznie. Prowadzić może to do podejrzenia, iż również sposób poruszania się w Jacka Dukaja w przestrzeni polskiej kultury literackiej przypomina metodę wytwarzania przezeń wariantywnych rzeczywistości, tj. pisarz ten przyjmuje jako autorską hipotezę istnienie pewnego stanu literatury i zachowuje się, tak jakby był to stan faktyczny. Jego powieści zatem nie tylko przetwarzają pewną bliższą i dawniejszą tradycję literacką, konwencje literatury fantastycznonaukowej i „głównonurtowej”, ale także zmyślają sobie pewne obyczaje odbiorcze, nieistniejące przyzwyczajenia czytelnicze, rzekome zdarzenia wcześniejszego i obecnego życia literackiego i na czas lektury próbują nam zaproponować udział w ten sposób skomplikowanej, podwojonej sytuacji odbiorczej.

Rozpocznijmy od obserwacji, iż do powszechnych, ale i nieco wstydliwych, utyskiwań na tę twórczość należy pretensja o rozmiar powieści Dukaja. Tysiąstronicowy Lód (dość drobnym druczkiem na kartce o sprytnie powiększonym formacie!) czy nieco krótsze Inne pieśni odstraszyć mogą niejednego czytelnika. Bez wątpienia Dukaj nie myśli za bardzo o empirycznym czytelniku bądź czytelniczce polskiej (powiada o tym wprost w niektórych wywiadach), to znaczy nie przejmuje się ich odpornością na ilość słów, po prostu na czas pisania zakłada, iż tacy odbiorcy istnieją i śmiało sobie fabularyzuje. Rzecz jasna, żyją gdzieś na świecie miłośnicy wielotomowych sag, tysiącstronicowych tekstów, ale, co tu ukrywać, należą oni dziś do zdecydowanej mniejszości. „Pełnometrażowy” format jego utworów każe przeto myśleć o nich czasem jako o zaskakującym anachronizmie. Są to dzieła, które zdają się mówić, że wiek XIX nadal trwa sobie w najlepsze, że wszyscy wciąż przede wszystkim czytają książki (a nie oglądają, słuchają, klikają w kontakcie z innymi mediami) i poprzez nie poznają świat, stąd zapotrzebowanie na wielostronicowe czy multiwoluminowe wizje rzeczywistości. Czasy Balzaka co pisał ponad stuczęściową Komedię ludzką albo Zoli co bez końca snuł dywagacje o genetycznych powinowactwach rodziny Rougon-Macquartów w tym przypadku jakby nie przeminęły. Swoboda, z jaką snuje swoje narracje autor Xavrasa Wyżryna, skryte przekonanie jego narratora, iż atrakcyjna fabuła może rozwijać się w tak obszernym formacie wygląda przeto na wynik hipotezy historycznoliterackiej autora. Zgodnie z tą hipotezą przez cały wiek XX do dnia dzisiejszego do kluczowych doświadczeń kulturowych szerokiej masy czytelniczej należało rozczytywanie się – na wzór czytelniczek i czytelników z belle époque – w sagach rodów czy obrazach całego społeczeństwa zapisanych w nader pojemnych czy wręcz workowatych cyklach powieściowych. Tymczasem jakkolwiek doświadczeń podobnych nie zabrakło, to z pewnością nie moglibyśmy powiedzieć, że miały one status kluczowych czy dominujących w nastawieniach odbiorczych. Wyglądały one raczej jak oddawanie się szlachetnej, choć staroświeckiej metodzie obcowania z tekstami, może nawet towarzyszyło im podejrzenie, iż wizje tego typu musiały jednać sobie czytelniczki i czytelników za cenę artystycznych uproszczeń. Dukaj wszakże zachował się wobec współczesnego odbiorcy tak, jakby ten miniony zwyczaj trwał nadal, jakby był wyrabiany przez polską prozę XX wieku, jakby do ogólnie przyjętego obyczaju należało wyłączanie się z życia na tydzień, aby zapoznać się z fabułą Lodu.

Przejdźmy teraz do kolejnej osobliwości, a raczej spekulacji historycznoliterackiej, w jakiej uczestniczymy za sprawą utworów Dukaja. Relacje polskiej literatury ze światem myśli naukowej nie należały prawie nigdy do najgorętszych. Mędrzec ze szkiełkiem i okiem został na tyle wcześnie i skutecznie zdyskredytowany, że kolejni Śniadeccy mogli, co prawda, intrygować wąskie grono przeintelektualizowanych i snobistycznych dziwaków literackich (upraszcza, upraszczam…), niemniej do paradygmatyzującej się romantycznie społeczności nadwiślańskich odbiorców literatury wstęp mieli nader utrudniony. W podobnej sytuacji znowuż uderzające okazuje się, iż autor Extensy przyjął, że naturalną częścią rodzimych dyskusji literackich i filozoficznych jest nieprzerwany spór teoretycznonaukowy, że przemiany myśli naukowej od zawsze trwale niepokoją, intrygują i inspirują polskie pisarki i pisarzy oraz ich publiczność, zaś krytyka literacka kompetentnie pożytkuje podobną sferę refleksji we własnych konstrukcjach metaliterackich. Zakłada on wręcz, iż dosyć powszechną praktyką twórczą i odbiorczą byłoby w Polsce nieustanne testowanie literackie najróżniejszych teorii naukowych dawnych i nowych. Stąd Inne pieśni zupełnie „zwyczajnie” zbudowane być mogą na bazie starogreckich koncepcji naukowych oraz na spekulacji, zgodnie z którą jako czytelnicy bardzo chcemy prześledzić proces nieuchronnej hellenizacji (nie zaś latynizacji, która faktycznie miała miejsce) całych dziejów europejskich, do jakiej doszłoby, gdyby to nauka antycznej Hellady była trafnym opisem świata nie zaś późniejszy nowożytny scjentyzm. O tym, że teoretyzowanie naukowe należy rzekomo do zasadniczych podniet polskiej czytelniczki i polskiego czytelnika świadczyłoby również napisanie Lodu, gdzie cały świat przedstawiony oparty został o zasadę logiki trójwartościowej stworzoną przez polską szkołę logiczną lwowsko-warszawską. Zakłada się tam ponadto, iż ma miejsce trwałe zamieszkiwanie przez odbiorców gmachu teorionaukowego, a przynajmniej podobne zamieszkanie prokuruje się im na czas lektury. Głód refleksji metalogicznej, chęć rozwijania wyobraźni abstrahującej pojęciowo świat jest, zdaniem „autora” tej książki, u publiczności literackiej w Polsce tak silny, że bohaterowie powieści na podobne tematy wypowiadają się jeszcze wprost i są to, sprawa chyba nie wymagająca dopowiedzenia, wypowiedzi więcej niż obszerne. Bohaterowie Dukaja prowadzą przeto własne rozmowy istotne na tematy, które niemal nigdy nie schodzą poniżej, powiedzmy, różnych modeli fizyki. Mówiąc nieco aforystycznie, romantyczne odrzucenie scjentystycznych prawd „nieznanych ludowi” było zdarzeniem, które najwidoczniej jest „nieznane Lodowi” oraz jego hipotetycznym czytelnikom.

Kolejną cechą dzieł tego autora, która wygląda na spekulację z zakresu dziejów recepcji i historii literatury polskiej, jest poziom czy zakres niejasności przekazu, z jaką lubi nas konfrontować Dukaj. Jest to uderzająco silne przeżycie intelektualno-emocjonalne, charakterystyczne zwłaszcza dla lektury Perfekcyjnej niedoskonałości, gdzie co najmniej przez pięćdziesiąt stron utworu nie wiemy co się dzieje, kto właściwie jest bohaterem, kiedy rozgrywa się akcja i czy jakakolwiek akcja naprawdę ma miejsce, gdyż wszystko może być czyimś snem, emisją pewnej wirtualności itp. itd. Właściwości świata przedstawionego są na tyle nieokreślone, że z wielką biedą orientujemy się, iż chodzi o wiek XXIX i nieznane nam jeszcze możliwości symulacji świata, niemniej nawet to ustalenie jedynie trochę obniża poziom niejasności. Tu znowuż trzeba powiedzieć, że Dukaj przypisuje polskiemu odbiorcy literatury wrażliwość estetyczną, która wcale nie należy do powszechnych i mogła była się pojawić, gdyby centralną tradycją polskiego piśmiennictwa prozą w wieku XX były książki w rodzaju Ulissesa i Finnegan’s Wake Jamesa Joyce’a. Wychodzi na to, że kolejna hipoteza historycznoliteracka polegałaby na założeniu, iż paradygmat nowoczesnej powieści eksperymentalnej stał się paradygmatem polskiej prozy modernistycznej. Rzecz przecież miała się inaczej, zwyciężało prawie zawsze coś, co nazwać można (przystosowując termin „nowoczesności tradycjonalistycznej” zaproponowany przez Michała Pawła Markowskiego) nowoczesną powieścią tradycjonalistyczną. Ten typ prozy – nie miejsce tutaj, by rozstrzygać czy na szczęście czy na nieszczęście – zjednywał sobie skuteczniej smak odbiorców naszej literatury, zaś radykalne eksperymentatorstwo, nieczytelność, bezznaczeniowości, nieokreśloność z reguły spotykały się z irytacją i prowokowały do odrzucenia podobnego stylu mówienia prozą.

Gdyby chcieć nieco uporządkować omówione powyżej skrótowo osobliwe role przeznaczone dla odbiory przez Dukaja, można by przywołać dawne, aczkolwiek nader współcześnie brzmiące, określenie zaproponowane ongiś przez Michała Głowińskiego – odbiorca wirtualny. Przywołanie to wiązać się wszakże będzie z pewnym kłopotem, gdyż Głowiński nazywał w ten sposób czytelnika, który jest częścią tekstu literackiego, stanowi założoną już przez tekst instancję odbiorczą. W przypadku powieści autora Extensy wirtualność została podwojona, skoro założony czytelnik pojawia się w książce w obrębie pewnej założonej sytuacji literackiej. Dlatego należałoby mówić, że w powieściach Dukaja pojawia się wirtualny odbiorca wirtualny, jego działania określałaby formuła: „gdyby istniała odmienna historia literatury polskiej i wytworzone przez nią odmienne obyczaje czytelnicze, wówczas czytelnik wirtualny tej książki byłby następującą rolą…” Pisarz proponuje przeto czytającym nader rzadką przyjemność lekturową i chyba jest to jeden z powodów, dla których jego osobliwa i wymagająca niemało trudu odbiorczego twórczość spotyka się z rosnącym uznaniem i popularnością. Mówiąc odrobinę żartobliwie, czytelniczka Innych pieśni i czytelnik Perfekcyjnej niedoskonałości mogą wytrzymać tak obszerne dzieła powieściowe właśnie dlatego, że podczas ich lektury nie tylko fantazjują o pewnej alternatywnej rzeczywistości technologiczno-ekonomiczno-politycznej, ale zarazem zmyślają całą historię polskiej literatury, szczególnie zaś intensywnie wymyślają polską literaturę współczesną i siebie samych jako jej odbiorców. Przymierzają się wówczas do różnych własnych hipotetycznych wrażliwości, przemodelowują swoje ciała estetyczne, eksperymentują z zasobami własnej pamięci kulturowej… Siła towarzyszącej tym hipotezom estetyzacji świata literatury nazywałaby różne czyhające na czytelników prozy Jacka Dukaja niebezpieczeństwa, za to intelektualna i krytyczna wartość podobnego uaktywnienia odbiorcy decydowałaby o wyjątkowości tego pisarstwa.

Tomasz Mizerkiewicz