Władza leży między

Recenzja poniższa została pierwotnie wydrukowana w „Gazecie Wyborczej”, a w Internecie opublikowana tutaj.

Powieść „Czarne oceany” Jacka Dukaja została okrzyknięta legendą na długo przed ukazaniem się. Od trzech lat dochodziły plotki, że jest genialna, ale nic z niej nie można zrozumieć, o co wydawca miał się pokłócić z autorem. Teraz legenda weszła do księgarń. Czy było na co czekać? - zastanawia się Wojciech Orliński

Jacek Dukaj przyciąga uwagę czytelników s.f. od swojego debiutu. Urodzony w 1974 r. zadebiutował jako 15-latek opowiadaniem „Złota galera” drukowanym w „Fantastyce”. Opowiadanie to przewrotnie łączyło schematy odmiany s.f. zwanej „space opera” - w której ścierają się ze sobą międzygwiezdne imperia, w szeregach których walczą heroiczni agenci uzbrojeni w techniczne gadżety o uroczych nazwach typu „blaster” czy „nanowszczepka”. W tym gatunku rzadko kiedy powstają arcydzieła, ale Dukaj w interesujący sposób ożywił ten schemat, czyniąc swych bohaterów zakonnikami, ale nie fikcyjnej „religii Jedi”, tylko jak najbardziej ziemskiego chrześcijaństwa, walczących Biblią i blasterem ze sługami szatana.

Dukaj kontynuuje tradycję wyznaczoną polskiej s.f. przez mistrza Lema - intelektualny koncept ma u niego pierwszeństwo przed fabułą. O ile jednak mistrz zawsze stawiał na piedestale Rozum i Nauki Ścisłe, jego niesforny uczeń nie boi się wycieczek w stronę teologii, filozofii i nauk humanistycznych. Toteż jego utwory bywają trudne w interpretacji - w naukach ścisłych na prawidłowo postawione pytanie zazwyczaj jest tylko jedna prawdziwa odpowiedź, humanista rzadko ma taki luksus.

Stąd Dukaja łatwo opacznie zrozumieć. Paweł Dunin-Wąsowicz zalicza go na przykład do „nurtu romantyczno-konserwatywnego polskiej fantastyki”, interpretując nowelę „Xavras Wyżryn” jako nawiązanie do XIX-wiecznej romantyki. Akcja powieści rozgrywa się w alternatywnym świecie, w którym Polska przegrała wojnę bolszewicką i jest zrujnowanym przedpolem Rosji w stanie wiecznej irredenty jak Czeczenia. Główny bohater - polski patriota - chce w imię polskiej sprawy dokonać strasznego zamachu terrorystycznego, detonując w Moskwie bombę atomową.

Pisarz wieloznaczny

„Xavras” czytany po 11 września brzmi już raczej jak utwór antypatriotyczny, pokazujący patriotyzm jako siłę potencjalnie niszczycielską niezależnie od szlachetnych intencji. Dukaja można więc równie dobrze odczytać jako ostatniego epigona polskiego romantyzmu i jako kogoś, kto mit Konrada chce właśnie odrzucić i zdeptać - i najwyraźniej o tę wieloznaczność właśnie chodzi pisarzowi unikającemu własnych odautorskich ocen i komentarzy. Pozostawia to czytelnikom.

Swoich czytelników od przeszło dziesięciu lat Dukaj karmi jednak opowiadaniami i nowelami, których pisze dużo, często znakomitych (w grubym tomiku „W kraju niewiernych” nie ma ani jednego słabego utworu), ale jednak prawdziwym testem dla prozaika zawsze pozostaje powieść. Stąd wyczekiwanie na „Czarne oceany”.

Legendy o książce częściowo były prawdziwe. Wskutek sporów z wydawcą Dukaj rzeczywiście napisał powieść prawie całkiem od nowa, z pierwotnych 1300 stron robiąc wersję krótszą i przystępniejszą (fragmenty wersji pierwotnej są dostępne w internecie).

Mimo skrótów powieść oszałamia bogactwem wizji przyszłości. Akcja dzieje się w połowie XXI wieku w rzeczywistości rządzonej przez „metaksokrację”, czyli system władzy umieszczonej „między”. Między instytucjami, ludźmi i mechanizmami. Głównym miejscem akcji są demokratyczne Stany Zjednoczone, na świecie istnieją też inne państwa demokratyczne i totalitarne, ale prawdziwa władza jest już gdzie indziej.

Władza inaczej

Globalizacja gospodarki, błyskawiczny przepływ kapitału sprawiają, że możliwości wyborów, przed jakimi stoją politycy, są bardzo ograniczone. Nie można nawet powiedzieć, że politykę dyktują bankierzy czy maklerzy, bo ci z kolei też najczęściej są bezwolnymi wykonawcami decyzji podsuwanych przez komputerowe programy analizujące i przewidujące trendy gospodarcze. Oczywiście w każdej chwili jakiś polityk może się zbuntować przeciw metaksokracji i zapowiedzieć radykalnie odmienną politykę - tyle tylko, że spowoduje tym błyskawiczny odpływ kapitału, krach walutowy, a w efekcie załamanie gospodarcze i prędzej czy później zastąpi go ktoś, kto powróci do globalnych rozwiązań, ale już na gorszych zasadach.

Akcja powieści rozgrywa się w kręgach elity biurokratycznej i intelektualnej Stanów Zjednoczonych. Życie tej elity przedstawione jest dość groteskowo. Fala pozwów cywilnych wywołała wykształcenie nowej etykiety, zgodnie z którą w publicznych kontaktach wszyscy unikają jakichkolwiek zachowań mogących być uznane za narzucanie się, straszenie czy molestowanie. Najbardziej zmieniło to oczywiście erotykę - flirty i zalotne uśmiechy istnieją już tylko na starych filmach, bo za jedno pożądliwe spojrzenie można zostać zrujnowanym w sądzie. W tym świecie romans nawiązuje się tylko za pośrednictwem swatek z licencjonowanej kancelarii.

Bohaterów śledzimy w takim właśnie biedaromansie, niejako luksusowym (rozgrywa się w komfortowych nowojorskich apartamentach), ale jednak wzbudzającym współczucie.

„Czarne oceany” to bardzo ponura wizja przyszłości. Tym bardziej że brzmi bardzo realistycznie. Metoksokracja panuje właściwie już dzisiaj - rządy prawicowe i lewicowe mają niewielkie możliwości manewru. Nowa etykieta to sprawa przyszłości, ale da się ją odczytać jako logiczną ekstrapolację obecnych tendencji.

Inne niewesołe pomysły Dukaja - jak prywatyzacja nauk ścisłych (ośrodki akademickie mają do wyboru przyjęcie współpracy prywatnych korporacji albo budżetową degrengoladę) czy prywatyzacja wymiaru sprawiedliwości - też mają korzenie we współczesności. Przecież już dzisiaj członkowie klasy średniej, nie ufając policji, powierzają swoje bezpieczeństwo prywatnym agencjom ochrony.

Świat „Czarnych oceanów” jest światem, w którym nikt z nas nie chciałby się chyba znaleźć, ale jednocześnie do niego szybko zdążamy. „Nie było żadnych szumnych ustaw, nagłych rewolucji, konkretnych postanowień” - pisze Dukaj - po prostu świat zmieniła kumulacja kolejnych precedensów. „Nie można oddzielić dobrych stron postępu od złych, można tylko albo zatrzymać cały postęp, albo pogodzić się z jego negatywnymi skutkami” - pisał przed laty w swym manifeście Ted Kaczyński, słynny „Unabomber” usiłujący zatrzymać postęp przez mordowanie naukowców.

Wzmianka o Kaczyńskim nieprzypadkowo pojawia się w powieści Dukaja, jest ona bowiem ponurym rozwinięciem tej myśli z manifestu „Unabombera”.

To nie jest powieść bez wad. Można się domyślić, że wydawca, każąc autorowi przerabiać i skracać, miał sporo racji - niektóre dialogi w „Czarnych oceanach” brzmią jak z akademickich seminariów. Autor za bardzo chce z najdrobniejszymi szczegółami przedstawić swoją wizję przyszłości.

Mimo to powieść jest warta przeczytania, jeśli nie dla zagmatwanej fabuły, to właśnie dla owej wizji. Aż trudno uwierzyć, że to jest powieść 27-latka. Lem w tym wieku jeszcze nawet się nie zabrał do pisania swych debiutanckich „Astronautów”. Strach pomyśleć, co napisze Dukaj, gdy będzie w wieku Lema tworzącego „Solaris” czy „Cyberiadę”.

Wojciech Orliński (25-10-01 17:47)

Jacek Dukaj, „Czarne oceany”, wyd. SuperNOWA 2001