Wyższa kotologia

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „Fahrenheit” nr 4 (1999-02/03).

Kilka lat temu, gdy dobierałem jeszcze repertuar do serii fantastyki pewnego nie istniejącego już wydawnictwa, zamyśliłem wydanie zbioru opowiadań monotematycznych - o kotach. Ponieważ na samą ideę publikacji zbioru tekstów polskich autorów dział zbytu dostawał wówczas drgawek, a szef intensywniej niż zwykle interesował się pogodą za oknem, stanęło na imporcie. Pierwszymi dwoma książeczkami, które wpadły mi następnie w ręce były zbiory powstałe pod patronatem Andre Norton CATS OF WONDER i MORE CATS OF WONDER. Wziąłem się do czytania i... niestety. Po niejakim zastanowieniu spytałem agencję, która książki owe udostępniła, czy uzyskam zgodę na wybranie najlepszych utworów z obu zbiorów, aby sklecić jedną, w miarę przyzwoitą książkę. O ile pomnę zgodę nawet dostałem, tyle że sprawa skończyła się wraz z wydawnictwem.

Co jednak mnie aż tak przeraziło? Opowiadań były tam łącznie ze trzy garście, wszystkie praktycznie o kotach, jednak z połowa, chociaż natchniona uwielbieniem futrzastych, reprezentowała poziom myszy drugiej świeżości. Na przykład coś takiego, tytuł akurat pamiętam oba zbiorki odpłynęły wraz z inwentarzem wydawnictwa): „Bismarck” and The Bomber - marynarze z załogi lotniskowca Ark Royal wyławiają (w rejsie z Gibraltaru, gdy zespół ten, z Renownem, płynął przeszkodzić uciekającemu Bismarckowi) z oceanu kota. Ma on obróżkę z plakietką HMS Hood. Wysuszony kocur przemyca się następnie na pokład Swordfisha, który leci torpedować niemiecki pancernik. W kulminacyjnej chwili cudownym sposobem przenosi się na mostek tamtego, i tak odwraca uwagę wszystkich, że ci nie zauważają torpedy (tej najważniejszej, która zniszczyła urządzenia sterowe). Potem wraca i jest już normalnym kotuchem imieniem Bomber. I tak wiemy, czemu „polowanie na Bismarcka” nie zakończyło się totalnym blamażem Royal Navy. Niby wiele się zgadza: wątpię, by na przerażająco długiej liście poległych na krążowniku liniowym Hood nie było również i pokładowego kota. Mało która załoga nie miała wówczas swoich pupili. Dotyczy to szczególnie flot Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, ale i amerykańskiej i innych, wiadomo że koty były nawet na polskim Garlandzie. Idea - iż kot w kolejnym żywocie pomścił całą swą okrętową rodzinę, OK (chociaż przyczyna zatonięcia Hooda nie została wciąż definitywnie i bezsprzecznie określona) jednak co do szczegółów, to jak dla mnie granice bezsensu zostały tutaj cokolwiek przekroczone, i to „na rympał”, a nie sposobem.

Po takim doświadczeniu informację o planowanym zbiorze „kocich” opowiadań polskich fantastów przyjąłem z uczuciami nieco mieszanymi, jednak gdy tylko się pokazał - kupiłem. Potem przeczytałem. Następnie nie cisnąłem nim o ścianę.

A teraz postanowiłem jeszcze rzecz skomentować. Czemu ja? I czemu ten akurat zbiór (tyle jest przecież książek)? Jeden powód jest oczywisty. Drugi, to kilkadziesiąt lat lektury fantastyki. No i powód zasadniczy, jeden w wielu osobach, których rachubę straciliśmy już dawno, wszelako sześć ich mieszka z nami.

Jak we wszystkich podobnych zbiorach, tak i tutaj można przeprowadzić podział wedle klucza: które opowiadania są naprawdę o kotach, a w których można by owego kota zastąpić jakimś innym zwierzakiem (lub zgoła przedmiotem), a nikt by nawet roszady nie zauważył. Biorąc pod uwagę zamierzenia wydawców, takie właśnie kryterium oceny zdaje się być w przypadku zbiorku TRZYNAŚCIE KOTÓW najstosowniejszym, chociaż nie musi, oczywiście, pozostać jedynym.

I tak, najbardziej przypadkowym tekstem zdaje się być opowiadanko Marcina Wolskiego Worek - stereotypowa straszynka z nierozwikłanym końcem sugerująca, że wielkie koty drapieżne są niebezpieczne, a rodzą się w workach i znikają bez śladu, wrabiając nas w sprawy kryminalne. W podtekście mamy zwykły ksenofobiczny zespół lękowy, tekst akurat dla tych, którzy kotów się boją (są tacy!), po zmianie kota na fikusa o złych wibracjach listnych będzie dobry i dla antydoniczkowców roślinnych. Gdyby przeczytał tekst nam pan Włudarski, pewnie byłoby miłe, ale to se ne vrati...

Dość podobne w założeniu wydają się teksty Eugeniusza Dębskiego Aaa, kotki dwa, Jacka Dukaja Ponieważ kot, Andrzeja Zimniaka Rozpakuj ten świat, Evitt, Piotra Goraja Ale kyno! oraz Konrada Lewandowskiego Rydwan bogini Freyi. Grupuję je razem, chociaż różnią się i poziomem literackim, i znajomością spraw kocich jak i wielu innych, jednak wszystkie, jak sądzę, opierają się na jednym i tym samym przekonaniu potocznym - kot to stworzenie tajemnicze, licho wie czemu, tak już jest, za diabła nie dowiemy się co w nim siedzi, to nie na ludzki rozum.

Wszelako, jak wspomniałem, są i różnice. Eugeniusz Dębski przedstawia zdolności kota jako telepaty projekcyjnego (nazwijmy to w ten sposób). Detal, że w tym przypadku zdolność ta przywodzi do złego, ważniejsze, iż budzi pewne osobliwe skojarzenia. Nie zaliczam się do osób, które „wierzą w telepatię, teleportację, UFO, lewitację i ducha Napoleona”, jednak skłonny jestem akceptować fakty. W tym przypadku fakt przybiera postać zakłóceń rozkładu statystycznego. Nie twierdzę, że jednocznacznie czegokolwiek to dowodzi, jednak jest: wielokrotnie doświadczyliśmy sytuacji, gdy koty, niekoniecznie dobrze nam znane, zdawały się wywierać prosty wpływ na nasze zachowanie (inni też to, jak wiem, zauważają, starczy wspomnieć relacje Andrzeja Urbańczyka z kontaktów z Myszołowem). Czy to telepatia? Nie wiem i raczej wątpię, prawdopodobniejszy zdaje mi się odbiór sygnałów podprogowych przez osoby nawykłe do kontaktów z kotami (m.in. silne rozwnięcie empatii), chociaż wszystkich znanych mi zajść to nie tłumaczy.

Ponieważ kot Jacka Dukaja realizuje niemal wzorcowo tezę zarysowaną chwilę temu - tajemna siła tkwi w kocie, której nikt „normalny” nie pojmie, nie wykorzysta. Powiedziałbym, że to łagodna mitologizacja kota, „naukowa bajeczka”.

Andrzej Zimniak informuje nas, że „na początku był kot”. Czemu nie? Jest to istota piękna, zdawałoby się że idealnie ukształtowana, jedyny byt, który w tym tekście nie poddał się „rozpakowaniu”. Czyli - byt niepodatny na interpretację, struktura doskonała, w podtekście zaś - również niezrozumiała, chociaż bez wątpienia wyższa.

Podobnie poniekąd zdaje się widzieć sprawę Konrad Lewandowski, jednak tutaj niezrozumiałość (z definicji) idzie w parze z ksenofobią (poprzednie trzy teksty tego lęku były zasadniczo pozbawione). Owszem, próbuje wniknąć głębiej, jednak tam, gdzie inni dostrzegają ciepło uczuć i empatię, on widzi zagrożenie, Źródło lęku. Najbardziej ze wszystkiego tekst kojarzy mi się ze średniowiecznymi straszakami, kiedy to duby smalone o kotach rozpowiadano. W sumie jakby nieco rozwnięta wersja Worka Marcina Wolskiego, wniosek dla mnie ten sam - lęk przed kotem tkwi w nas samych, kot nie ma z tym nic wspólnego, chociaż jego „inność” prowokuje wielu ludzi do przypisywania mu cech możliwie diabolicznych.

„ Ale kyno!” Piotra Goraya - to chyba cyberpunk (chyba, boć to rozróżnienie na cyber i niecyber wydaje mi się sztuczne). Czy można skocieć poprzez pobyt w rzeczywistości wirtualnej? Czemu nie, jak ktoś bardzo chce... Zaś na marginesie tego opowiadania pojawia się kwestia różnic psychiki psa i kota. Spór to dawny (toczony przez wielbicieli jednych i drugich) i trudny do rozstrzygnięcia, gdyż opierać się można jedynie na przesłankach, brak jednoznacznych wyników np. testów na inteligencję. Konrad Lorenz sugerował wyższość inteligencji psów, jednak koronnym dowodem było dlań, iż „psy potrafią oszukiwać”, co mogę spokojnie obalić, gdyż koty także (Lorenz obserował pilnie psy, ale systematycznej obserwacji kotów nigdy nie prowadził)1. Cechy anatomiczne przemawiają na korzyść kota (proporcje między trzewio a mózgoczaszką), obserwacja rozwoju psychicznego kociąt i szczeniąt ujawnia znacznie większą inwencję tych pierwszych. Analiza faz snu sugeruje zaś dwuipółkrotną przewagę złożoności psychiki kociej nad psią (czas marzeń sennych u psa na cały okres snu 6%, u kota 15%, u człowieka przeciętnie, przy IQ=100 - 20%, u osobników powyżej IQ=150 - 26%)2. Czemu zatem potoczny sąd głosi inaczej? O tym jeszcze poniżej.

Reszta opowiadań nosi już, jak sądzę, cechy bardziej „kocie”, przynajmniej w tym znaczeniu, iż odnajduję w nich próby odtworzenia kociego świata, przynajmniej w drobnej części.

Nieco poetyzująca (jak zwykle chyba) Ewa Białołęcka („Usta Boga”) zostawia wrażenie, iż przyjęcie pewnych cech psychiki kotuchów byłoby całkiem na rzeczy3. Już wielu wcześniej opisywało, iż najlepiej przemiany kulturowe inicjować poprzez „inżynierię religijną” (np. Frank Herbert), tak jest i tutaj. Tekst (jak dla mnie) nazbyt zdobny w motywy roślinne, jednak po kociemu ciepły.

„Źrenice” Macieja Żerdzińskiego - przykład zapewne nadintepretacji (wszelako jakby baśniowej), aż tyle po kocie bym nie oczekiwał, chociaż, jak wspomniałem wcześniej, są one znacznie inteligentniejsze, niż wielu sądzi. Po wielu latach znajomości z kotuchami stwierdzam stanowczo, że gdybym chciał kiedyś szukać innych jeszcze „braci mniejszych”, przy czym właśnie poziom rozgarnięcia miałbym brać przede wszystkim pod uwagę, to byłbym w kropce. Naprawdę inteligentne papugi są bardzo rzadkie (i zapewne drogie), goryle czy szympanse w bloku to chyba nie najlepszy pomysł (z wielu powodów), zaś delfiny odpadają w przedbiegach w przyczyn technicznych. Wspomniany tekst zaś, chociaż pełen emocji, jest jednak wyciszony, owe emocje jakby na miejscu, zaś bohater mur ksenofobii i własnych urazów mimo wszystko, jak sądzę, przechodzi. Uznaje w zwierzu partnera, chociaż po niewczasie.

„Dotyk pamięci” Tomasza Kołodziejczaka - czytałem to z potknięciami, ale i uporem. Tam jest żywy kot. Potoczne sądy gdzieś znikają. Pojawia się dialog ze zwierzakiem i nieważne, że onże nie odpowiada tym samym językiem. Mamy próbę jego zrozumienia. Podejście nadal rzadkie (chociaż to samo próbował czynić Dante - kilkaset lat temu, kiedy reszta najbliższego nam świata szykowała się z fanfarami na przyszłe triumfy behawioryzmu!). A poza tym - czy kot potrafi konsolidować, łączyć ludzi... I to jak! Tutaj tylko symbolicznie, na ile okoliczności dały mu szansę (widać, że pod ogonem ma wszelkie ludzkie podziały społeczne - to prawidłowość). W sytuacji bardziej sprzyjającej czyni to jeszcze lepiej, pod warunkiem wszakże, że otaczający go ludzie akurat się do tego nadają.

I właśnie, nie każdy potrafi nawiązać kontakt z kotem (zwykle winiąc za to kota, nie siebie). Przyczyna zasadnicza, jak sądzę, tkwi w naszych odmiennych cechach gatunkowych wyrażających się formami życia społecznego. Człowiek (podobnie jak szczur czy pies) jest stworzeniem stadnym, co warunkuje z kolei wysoki poziom agresji wewnątrzgatunkowej, ostrą rywalizację, skłonność do hierarchicznego postrzegania rzeczywistości społecznej i całej innej. Koty żyją gromadnie. Ich instynkt stadny jest dość słaby, przez skłonne są do nawiązywania związków partnerskich raczej (w tym międzygatunkowych), niż jakichkolwiek innych. Człowiek dominuje nad psem, dla psa jest to „normalne”, gdyż w jego świecie albo się panuje, albo ulega. Kot podobną próbę podporządkowania go sobie interpretuje jako nieuzasadniony akt agresji. Stąd właśnie mniejszość ludzi potrafi żyć z kotem pod jednym dachem - tylko ci, którzy zdolni są do wyjścia ponad swoje uwarunkowania filogenetyczne (stadność) i nie są skrajnymi konformistami. Stąd też, jak sądzę, biorą się kłopoty z pojęciem ich psychiki - są niezależne, „chodzą swoimi drogami” i tak dalej. Po prostu umykają prostemu wzorcowi naszego pojmowania rzeczywistości społecznej, nie wpasowują się w naszą postać „reguły dziobania”, jak czynią to psy. Wielu autorów opracowań o kotach zauważało już, iż typy autorytarne (w tym i wiele postaci historycznych) zazwyczaj kotów nie cierpią (jak np. Tolkien, że wypomnę autorowi Władcy Pierścieni jeszcze i to).

„Kot typu Stealth” Włodzimierza Kalickiego - udana groteska i marzenie wielu kotolubów. Ogólnie wyczucie całkiem dobre. Armia w wydaniu ludzi skociałych nie miałaby prawa opierać się na drylu (patrz powyżej), ale sam pomysł przeróbki kocięcia na układ stealth jest poroniony. Panie Włodzimierzu, po co dręczyć kociaka, skoro one i tak potrafią przemknąć niezauważone w nadziwniejsze miejsca? Nie bawiły się z panem nigdy w grę „Gdzie jest kot?”

Andrzej Sapkowski pojawia się dwa razy, znanym już z kilku przedruków opowiadaniem „Muzykanci” oraz tekstem „Złote popołudnie”. To pierwsze, to już klasyka (niestety, nawet gdyby autor miał uznać, że bycie klasykiem to gorsze, niż Montezuma's Revenge). Zaś owo popołudnie - fragment Alicji z Krainy Czarów opowiedziany z puntu widzenia wiadomego kota. Po prostu perełka. No i właśnie. Gadają różni tacy, że kot przywiązuje się tylko do miejsca. Owszem, jak brak mu rodziny, to dominuje w nim cecha gatunkowa, czyli terytorialność. Gdy ma ludzką rodzinę, to ona jest zwykle najważniejsza (w układzie partnerskim oczywiście). Poza tym ten akurat tekst (mocno erudycyjny, jak zwykle w przypadku Andrzeja Sapkowskiego) komentować byłoby trudno, trzeba go po prostu posmakować.

Zaś „Muzykanci” są z innego zupełnie świata, czyli dokładnie naszego, nie krainy Alicji. Włodzimierz Kalicki podsuwa, jak radzić sobie z sadystami, fajnie by było, Andrzej Sapkowski przywołuje do rzeczywistości.

Przypomina się, iż to Polska właśnie ma w Europie największą ilość „bezdomnych” zwierząt na liczbę mieszkańców. Proszę, jak przodujemy! Zaś owi sadyści - w większości to po prostu osoby emocjonalnie niedorozwinięte, bezrefleksyjnie odmawiające zwierzakom każdego prawa, prócz prawa do cierpienia. Ba, wielu z nich najpewniej nie pojmuje nawet, że zwierzak może cierpieć. Stąd blisko już do utrwalenia zachowań kompensacyjnych - jestem sfrustrowany, kopnę psa, zabiję go, ulży mi. Tzw. „przemoc domowa” jest ciągiem dalszym tego samego zjawiska. A niemal wszystko to dzieje się w rodzinach „normalnych”. Każdy z nas zna najpewniej co najmniej jednego takiego osobnika, którego oburza, gdy widzi serdeczność okazywaną zwierzakowi4. Na marginesie - układ PRL-u rzecz wzmocnił, cofając nas znacznie, bowiem nie dopuszczał tworzenia grup wypływów działających, aby świadomość w tej kwestii (i wielu innych, pokrewnych) poprawiać. Jak twierdzą niemieccy działacze, pod koniec lat osiemdziesiątych okrucieństwo wobec zwierząt było w RFN zjawiskiem już zanikającym. Sytuacja pogorszyła się dramatycznie po zjednoczeniu... Jednak nie tylko to - nasza „normalność” wymaga solidnej przebudowy, co może się udać, chociaż nie dziś, nie jutro, i tylko w powiązaniu z rozwojem gospodarczym i zmianą struktury uwarstwienia naszego społeczeństwa. W każdym innym przypadku, jak sądzę, Krostowaty przejdzie przez Zasłonę i żadne muzykowanie ani nas, ani zwierzaków nie uratuje.

I na koniec opowiadanie, które jawi mi się jako najbardziej kocie: Marobet Iwony Żółtowskiej. Od początku ujęło mnie przede wszystkim swojsko naturalnym podejściem do kociej osoby. Kot nie ma właściciela - kot ma opiekuna (drobiazg może, ale zapomina o tym rozróżnieniu nawet większość autorów poradników dla kociarzy). Kot zawsze należy do rodziny - a gdy już należy, to ma takie samo prawo do opieki i troski jak ludzie w tej rodzinie (w normalnych domach odnosi się to naturalnie do każdego zwierzaka). Dla kociarza oczywiste, ale miło jest spotkać kogoś, kto na „dzień dobry” powiada to samo. Sytuacja: kot próbuje odnaleźć się po przeprowadzce do nowego domu. Tęskni za starą swą siedzibą, ale nie chce porzucać rodziny. Jak mu pomóc? Autorka przedstawia rzecz całkiem przytomnie: po pierwsze, dodać mu towarzystwo (koty są bardzo towarzyskie, zasadniczo nie należy nigdy brać docelowo jednego tylko kota do domu). Po drugie, uatrakcyjnić siedzibę (np. kocimiętka) oraz powiązać go emocjonalnie z nowym miejscem (pozytywne przeżycia). Pomysł ożywienia starego, zimnego gmachu (osoba nieco Italię znająca powiedziała mi, że w Toskanii faktycznie takie się trafiają), tutaj metaforyczny (nadanie Imienia), daje się przełożyć na mniej metafizyczną, ale skuteczną praktykę. Oczywiście, znajdą się sarkający, czy warto sobie zadawać tyle trudu dla kota. Dla mnie to pytanie człowieka, który sam potrzebuje pomocy. Podobnie jak kwestia wykarmienia kocięcia pipetką5. Czy warto? Nasz najmłodszy trafił do nas w drugiej godzinie życia (kotka nie miała pokarmu). Jakby kto miał jeszcze wątpliwości, to starczy spojrzeć teraz na Uszka, by wiedzieć, że warto.

Jak to było? „Najgłębsze czeluści piekielne zarezerwowane są dla tych, co nie dbają o swoje zwierzęta, szczególnie o koty”6. Starszy pan wiedział, co pisze.

Do wspomnianych we wstępie do zbioru przez panią Danutę Górską nazwisk dodać by mógłbym jeszcze kilka: Michael Moorcock, Chelsea Quinn Yarbro (zdjęcie jej drugiej kotki, po naszemu Letycji, wisi u mnie na ścianie), Alan Dean Foster, Cordwainer Smith (sporo racji miał, skubany, jeśli chodzi o tę subtelność psychiki), Terry Pratchett... W tym światku koty zdają się być wyraźnie cenione.

I stąd zastanawia mnie, czemu brak w zbiorze „Trzynaście kotów” innych jeszcze rodzimych autorów. O jednym słyszałem, iż uznał propozycję włączenia się za obraźliwą (w każdym razie tak to zabrzmiało). A reszta co? Też jest ponad to, czy tylko pomysłu lub czasu zabrakło? Z dawnych tekstów również coś by jeszcze można wybrać (np. opowiadanie Maćka Parowskiego), ale rozumiem, że zasadniczo miały się tu znaleźć premiery.

I to już cały zbiorek - oceniony jednostronnie, oczywiście, z punktu widzenia nieco wyedukowanego w materii kociarza. Ale przecież właśnie dla kociarzy został wydany. A reszta? Niech też poczyta, może się czegoś nauczy. Przynajmniej tego, że są ludzie7, którzy chcą dbać o swoje (i nie tylko) zwierzęta, a szczególnie o koty, i za cholerę nie zamierzają się tego wstydzić.

Radosław Kot

Trzynaście kotów, antologia; pomysł i opracowanie Danuta Górska i Mirosław Kowalski, SuperNOWA, Warszawa 1997, s. 284, cena ok. 21 zł.


1 Konrad Lorenz Tak zwane zło i I tak człowiek trafił na psa.

2 Za artykułem Bernarda G?ni?sa, polski przedruk FORUM nr 51/52 1997.

3 Dopowiadając w skrócie: struktury stadne zdają się być korzystniejsze dla przetrwania gatunku w warunkach ostrej rywalizacji w obrębie niszy ekologicznej - współpraca, np. przy polowaniu, silna specjalizacja albo anatomiczna (owady) lub poprzez tworzenie sztywnych wzorów ról społecznych (szczury, psy, ludzie) - jednak po uzyskaniu dominacji gatunku w obrębie niszy zaczynają jakby wadzić: ewolucja ludzkich społeczeństw rozwiniętych zdaje się zmierzać obecnie od form uwarunowanych stadnością (społeczeństwo - państwo - wyraźnie hierarchiczne, zamknięte, nietolerancyjne) ku formom gromadnym (zróżnicowanie równoprawnych ról społecznych, rezygnacja z uniformizacji - owocem tego dążenia jest uznanie istnienia czegoś takiego, jak prawa jednostki - to stosunkowo nowy wynalazek). O tyle właśnie Fritz Leiber miał rację - koty (prócz lwów) tworzą struktury społeczne wyższego „rzędu ewolucyjnego”, niż ludzie. My dopiero ku temu (zapewne) dążymy. W tym też tkwi sekret wpływu kota na ludzką rodzinę - on nie tylko przyjmuje wzory zachowań od ludzi, ale i sam je „propaguje”, wpływając w mniejszym lub większym stopniu na domową atmosferę (głównie łagodząc przejawy „koszarowości”).

4 Słyszane czasem przy takich okazjach uzasadnienie, iż jak można trwonić czas, siły czy pieniądze na zwierzaki, gdy tylu ludzi potrzebuje pomocy, to pozornie gładka wymówka. Idąc dalej tym tropem, należałoby uznać, iż nigdy nie będzie można pomagać zwierzakom, gdyż najpewniej zawsze gdzieś na świecie (zawsze - czyli w możliwej do objęcia myślą przyszłości) będą jacyś ludzie potrzebujący pomocy. Zresztą, przytłaczająca większość tak mówiących nie kwapi się wcale, by pomagać wspominanym z rzekomym współczuciem ludziom, zaś ci naprawdę coś robiący rozumieją zwykle, że nie można pomagać jednej tylko grupie, odrzucając drugą. To jedność - nie ma wrażliwości „na ludzi” i wrażliwości „na zwierzaki” - wrażliwość jest niepodzielna. Również, jeśli chodzi o skutki społeczne propagowania postaw „współodczuwających”.
To teoria - ostatnio trafił mi się taki sąsiad - wrócił skądś, i po dwudziestu latach posiadania mieszkania zaczął mieszkać - dość paskudny starszy pan. W praktyce uporać się z kimś tak aroganckim trudno. Pozostaje robić swoje, ale gdyby ktoś znał szczególnie pomysłowe sposoby pacyfikacji podobnych osób (w granicach prawa, jakże by inaczej) to chętnie posłucham.

5 I w Polsce jest już ciut lepiej. Nie trzeba pipetki, dostępne są i smoczki dla kociąt, i substytut kociego mleka w proszku. Gdyby nie było mleka, może być tłusta - ze 12% co najmniej - śmietanka. Kocie mleko ma wiecej tłuszczu niż krowie, toteż karmienie chudym mlekiem jest dla kociąt zabójcze. Potem można zacząć podawać kaszki z mlekiem (wedle smaku) i przeciery z porządnych pasztetów. Jeśli kocię nie ssało w ogóle matki, dobrze jest jak najwcześniej zadbać o podstawowe szczepienia.

6 Robert Heinlein Piętaszek, tłum. Andrzej Bis, s. 146.

7 Jeśli czegoś mi w zbiorku (pod względem formalnym) brakuje, to notek o autorach i o ich kocich kompetencjach - ogólny stan zakocenia kilkorga z nich znam - jednak tylko kilkorga.